Paweł Hertz: Łacina

Catalogus archiepiscoporum j

Jesteśmy najbardziej łacińskim spośród narodów i krajów tej części Europy, w której nas los osadził. W tej drugiej mowie Rzeczypospolitej szlacheckiej powstała spora część polskiego piśmiennictwa. Ślady powszechnego używania łaciny w dniu codziennym przechowały się w nadmiarze – pisał Paweł Hertz w jednym ze swoich esejów. Przypominamy ten tekst w „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Paweł Hertz. Ogrodnik kultury”.

Od lat z niezmienną uwagą czytam wszystkie wypowiedzi Jerzego Turowicza. Czyniłem tak dawniej, czynię tak i teraz, toteż jego ostatnią wypowiedź na temat łaciny w Kościele przeczytałem z tym samym zainteresowaniem. Ale kiedy skończyłem tę lekturę, ogarnął mnie smutek. Zdaję sobie sprawę, że jest tak właśnie, jak on tam powiada: łacina musi ustąpić miejsca językom narodowym także i w tej wielkiej wspólnocie, jaką jest Kościół, dotychczasowy jej protektor i konserwator. Czy ta niewątpliwa prawda pocieszy tych, co w łacinie upatrują ową niezbywalną więź, bez której wszystko traci jakąś cząstkę swojego blasku i wzniosłości? Przecie sam Turowicz przyznaje, że „…śpiewana w kościołach pieśń Ciebie, Boże, wysławiamy, nie jest brzydka, ale gdzież jej tekstowi i melodii do potęgi Te Deum”.

Nie byłem nigdy dobrym uczniem i wiele natrudzili się moi nauczyciele, aby zaopatrzyć mnie w te podstawowe wiadomości i umiejętność ich zdobywania, bez czego później tak bywa trudno torować sobie drogę wśród lasu rzeczy i spraw tego świata. Ale może najserdeczniej dziś myślę o starym panu Dezyderym Ostrowskim, który uczył mnie łaciny i podstaw kultury antycznej. Za moich czasów, w trzecim dziesiątku tego stulecia, jeszcze takich dyscyplin uczono. Choć z mojej skromnej wiedzy niewiele już pozostało, potrafię przecież z wysiłkiem czytać, skandując, Horacego, a jeżeli nie zawsze wszystko od razu rozumiem, pojmuję wzniosłość tych miar i piękno tego ładu. W naszej nauce łaciny to może było najistotniejsze. Po krótkim czasie obcowania z tymi starymi tekstami okazywało się, że w jasnym ładzie ich umarłego języka, w marmurowym lśnieniu ich praw, ich obyczajów, ich życia, tkwi żywe ziarno Europy nowoczesnej, bije źródło wszystkich składni i wszystkich myśli, które stamtąd biorą swój początek. Na północ od Rzymu, za Alpami, wielkie morze ludów ułożyło się w końcu w brzegach wyznaczonych łaciną. A tam gdzie nie dotarły legiony, budując łuki i akwedukty, wytyczając drogi, wzdłuż których biegną dziś ulice wielkich miast, przyszli ze swoją późną łaciną zakonnicy.

Wszystko u nas było przetkane łacińską mową i tak trwało aż po dni mojej młodości. Inaczej niż gdzie indziej, nie trzeba było mieć wykształcenia klasycznego, aby obcować z nią za pan brat

Jesteśmy najbardziej łacińskim spośród narodów i krajów tej części Europy, w której nas los osadził. W tej drugiej mowie Rzeczypospolitej szlacheckiej powstała spora część polskiego piśmiennictwa. Nasi poeci łacińscy słynęli na całym obszarze kontynentu. Ślady powszechnego używania łaciny w dniu codziennym przechowały się w nadmiarze. Dla każdego z nas jest czymś oczywistym, że nim Mickiewiczowscy Polacy zaczną zajadać chołodziec litewski, „Bernardyn zmówi krótki pacierz po łacinie”. Wszystko u nas było przetkane tą mową i tak trwało aż po dni mojej młodości. Inaczej niż gdzie indziej, nie trzeba było mieć wykształcenia klasycznego, aby obcować z nią za pan brat. Myślę nawet, że jej znajomość, dostępna dawniej każdemu, kto się uczył w szkołach, zrównywała, a nie wyodrębniała.

Już fronton mojego gimnazjum, a była to uczelnia bynajmniej nie klasyczna, lecz realna, witał mnie napisem: „Macte animo!” W stosownym czasie każdy z nas już wiedział, że to do niego właśnie są skierowane słowa wyroczne: „Macte animo! generose puer, sic itur ad astra”. I z tymi słowami Wergiliuszowymi wstępowaliśmy co ranka na godne schody naszej szkoły. A tuż obok, na cokole Chrystusa dźwigającego krzyż, widniały do dziś świecące stamtąd słowa: „Sursum corda”. Kiedy zaś szło się dalej, ku Zamkowi, ze szczytu dawnego gmachu Towarzystwa Dobroczynności czerniły się litery, których i teraz nie zatarto: „Res sacra miser”.

W tych trzech przypadkowo przypomnianych napisach, odczytywanych przez całe dzieciństwo, czy nie mieści się już podstawowy skład zasad naszej cywilizacji? Dążymy ku rzeczom wzniosłym, nie tracimy ducha po drodze, a kiedy osiągamy zamierzony cel, pamiętamy o tych, co w biedzie i trosce pozostali. Bo przecie i tak można też wyłożyć sobie owe inskrypcje łacińskie.

Łacina tak czy inaczej towarzyszyła nam na ścieżkach naszego życia. Mogła być zmorą i udręką, gdy jej źle uczono, lecz nawet wtedy jej szczątki, jej ruiny, zdobią obszary naszych myśli

Tak zwykło się pomstować na Quo vadis? uznane, nie bez pewnej racji, za arcydzieło konwenansu literackiego, że całkiem zapomniano o zasłudze, jaką miało w przybliżeniu kilku co najmniej pokoleniom obrazu wielkiej potęgi, z pozoru świetnej, lecz w istocie chylącej się już do upadku, i owej szczupłej garstki prześladowanych, którzy obejmą po niej miasto i świat. Poprzez lekturę tej powieści Rzym jak gdyby się polszczył, stawał się bliższy, choć zawsze ogromny. Do dziś pamiętam, widzę Nerona, kiedy, patrząc przez szlifowany szmaragd, powiada z niesmakiem: „Za wąska w biodrach”. I cały żywot tego cezara, opisany przez Swetoniusza, który nie szczędzi barw ciemnych i obrazów strasznych, gaśnie w ohydnym, cynicznym świetle tego króciutkiego zdania.

Łacina tak czy inaczej towarzyszyła nam na ścieżkach naszego życia. Mogła być zmorą i udręką, gdy jej źle uczono, lecz nawet wtedy jej szczątki, jej ruiny, zdobią obszary naszych myśli. Dzieje się tak najpewniej dlatego, że nawet w owych resztkach kołacze się jeszcze duch ładu, geniusz porządku, którego nic już odmienić nie może. Pewno tego nam trzeba w świecie, gdzie wszystko tak szybko się odmienia. Potem łacina znika, odstępuje od niej ogół uczonych, a poeci chlubią się brakiem wszelkiej erudycji. Pokutowała jeszcze gdzieniegdzie ale i ona wygasa wraz z upadkiem mikstur złożonych, które zastępują gotowe specyfiki.

Jeszcze do niedawna ostatnią enklawą łaciny pozostawał Kościół, przemawiając na całym świecie tym językiem. W łacinie ucieleśniała się owa wspólnota i powszechność, które są jego powołaniem i udziałem. Ale gdy świat mówi dziś tysiącem języków, a znajomość łaciny upadła, ta więź wspólnoty zawodzi i oto jesteśmy świadkami paradoksu, że ku owej wspólnocie i powszechności trzeba dążyć oddzielnymi ścieżkami różnorodnych języków.

Pozostanie więc pewno łacina domeną dusz spragnionych ładu i porządku, obszarem, na którym będą się spotykali ludzie nowi, aby tu medytować o świecie, gdyż już zrozumieją, że w coraz to zmieniających się kształtach powtarza on tylko swoje wzloty i upadki. Tak właśnie, gdy wiek XVIII chylił się do kresu, pisał Gibbon: „W Rzymie, 15 października 1764 roku, siedząc bezczynnie pośród ruin Kapitolu, gdy bosi zakonnicy śpiewali nieszpory w świątyni Jupitera, powziąłem po raz pierwszy myśl, aby opisać upadek i kres Miasta”.

Paweł Hertz

Tekst pochodzi ze zbioru: Paweł Hertz, Miary i wagi, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978, s. 153-156. Dziękujemy wydawcy za zgodę na przedrukowanie tekstu.


Ambitna kultura potrzebuje Twojego wsparcia. Prosimy, przekaż darowiznę w dowolnej wysokości i dołącz do grona wydawców najnowszego numeru rocznika Teologii Politycznej. Kliknij tu lub przekaż darowiznę na konto: Fundacja Świętego Mikołaja, Volkswagen Bank Polska S.A. 64 2130 0004 2001 0299 9993 0001 z dopiskiem „darowizna na Teologię Polityczną nr 11”. Dziękujemy!

Wydaj z nami

TP11 Front
– pyta Dariusz Karłowicz, zachęcając do wsparcia wydania kolejnego numeru „Teologii Politycznej”
Brakuje

Zostań współwydawcą Teologii Politycznej. Przekaż darowiznę.

Wpłać darowiznę
50 zł
Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
200 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.