Do poprawnego działania strony wymagana jest włączona obsługa JavaScript

Michał Gołębiowski: Bóg umiera za beat generation

Michał Gołębiowski: Bóg umiera za beat generation

Postawa młodych zbuntowanych wobec powojennej rzeczywistości była jednoznaczna. Prawdę skojarzyli z przemocową uzurpacją, która w ostatecznym rozrachunku za nic miała wartość ludzkiego życia. Niesione przez literaturę i sztukę ideały załamały się pod własnym ciężarem. Co więc pozostało? Chyba tylko wolność, ale ta tragiczna, rozumiana jako skazanie na ustanawianie własnych wartości i dowolność wyboru w świecie, który nie ma sensu. Proza Hemingwaya, chociaż usiłuje zachować jeszcze pewien tradycyjny etos, jest już świadoma zachodzącej zmiany – pisze Michał Gołębiowski w „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Hemingway. Pisarz (nie)stracony”.

Ernest Hemingway, pożegnawszy się z bronią, nie wiedział, bo nie mógł jeszcze wiedzieć, że jego pragnienie wolności, triumfalnej i męskiej, stanie się wkrótce tonem całego pokolenia. Dopiero później, kiedy natarła i odpłynęła niszcząca fala drugiej wojny, pięćdziesięcioletni już pisarz obserwował ruchy młodych uliczników, zbuntowanych, ubranych w czarną skórę i znoszone dżinsy; myślących o życiu w kategoriach anarchii i tragizmu, pozbawionych autorytetu i sceptycznych w stosunku do pewników, które podsuwała im skompromitowana w latach czterdziestych kultura Zachodu.

Beat generation, czyli „pokolenie pobitych”, „podbite pokolenie” albo „pokolenie beatu” jako „jazzowego rytmu”, błąkało się po świecie, który miał rzekomo zapewniać bezpieczeństwo i dostatek, lecz okazał się zimny, pusty, nieczuły. Wojna pozbawiła Zachód wszelkich wartości. Dwa totalitaryzmy, zrodzone ponoć z europejskiego kultu racjonalności, pozostawiły po sobie jedynie wielki nieporządek. Wszędzie śmieci, rozczarowanie i konsumpcja. Ta ostatnia miałaby zresztą pomagać w zapominaniu o pustce, która wyziera z samego środka człowieka.

Postawa młodych zbuntowanych wobec powojennej rzeczywistości była jednoznaczna. Prawdę skojarzyli z przemocową uzurpacją, która w ostatecznym rozrachunku za nic miała wartość ludzkiego życia. Niesione przez literaturę i sztukę ideały załamały się pod własnym ciężarem. Co więc pozostało? Chyba tylko wolność, ale ta tragiczna, rozumiana jako skazanie na ustanawianie własnych wartości i dowolność wyboru w świecie, który nie ma sensu. Proza Hemingwaya, chociaż usiłuje zachować jeszcze pewien tradycyjny etos, jest już świadoma zachodzącej zmiany. Odtąd trauma frontu miała dotyczyć nie tylko złamanych jednostek, skazanych na dojrzewanie w obliczu pożogi, lecz rozciągała się na całą kulturę.

Kryzys świata zachodniego okazał się zatem znacznie poważniejszy i bardziej dalekosiężny w skutkach, niż można było z początku sądzić. A przynajmniej był na tyle głęboki, że odbudowa aksjologiczna wydawała się już wówczas całkowicie niemożliwa. Tradycyjne wartości zostały przewartościowane przede wszystkim przez młodych, „dzikusów” (wild ones) i „bezpańskie koty” (straycats), którzy zapragnęli autentycznego życia, nawet za cenę samospalenia. W ich oczach świat bezpowrotnie utracił realność. Zaczął być natomiast rozumiany w kategoriach przepływu energii, a nie stałej natury, na której można by oprzeć swoje egzystencjalne niepokoje. Człowiekowi rzuconemu w ten tragizm pozostaje dostroić się do permanentnej zmienności, której ówczesnym symbolem stał się motocykl oraz rock and roll.

Świata nie można już więcej poznawać czy kontemplować. Można jedynie doświadczać jego zawieszonej w nicości dynamiki

Można więc powiedzieć, że bitnicy stworzyli subkulturę (albo może już kontrkulturę) wokół niepokojów, które od niedawna wyrażano w sposób usystematyzowany na wydziałach filozoficznych. Metafizycy popełnili karygodny błąd, mówiono. Błąd ten łudził człowieka obietnicą sensu, spełnienia i zrozumienia, owego adequationis rei et intellectus, a w praktyce poskutkował dyktaturą silniejszego umysłu nad słabszym. Tymczasem całość tak zwanej rzeczywistości to tak naprawdę swoisty cykl nieustających transformacji. Nie ma on kształtu ani trwałego fundamentu. Pozostaje nam jedynie włączyć się w jego nieokiełznany nurt, w ten ustawiczny proces, aby samemu kształtować własny punkt odniesienia, najczęściej płynny i nieuchwytny, dzisiaj taki, a jutro odmienny. Świata nie można już więcej poznawać czy kontemplować. Można jedynie doświadczać jego zawieszonej w nicości dynamiki.

W konsekwencji życie przestało mieć jakikolwiek cel. W miejsce klasycznego trójstopniowego pytania „skąd pochodzę, kim jestem, dokąd zmierzam”, pojawił się ekstatyczny manifest: „Dalej, do przodu”. Nie jest ważne, gdzie. Po prostu jechać. W mentalności beatników życie nie jest zatem podróżą bohatera, z jednego miejsca do drugiego, lecz w określonym kierunku. Nie jest nawet wyjściem Abrahama, który na głos Boga opuścił swój dom, choć nie wiedział dokąd zmierza (Hbr 11,8). Nie jest peregrynacją, pielgrzymką ani powrotem do domu. Życie staje się włóczęgą. Ma w sobie wprawdzie coś z Abrahamowego bycia nomadą nie przynależącym do tego świata, z tą jedynie różnicą, że nie ma tutaj żadnego transcendentnego porządku, który czuwałby nad pustynną tułaczką. Przede wszystkim jednak nie należy oczekiwać, aby to mozolne brnięcie przez pustynię tego świata miało jakiś wyższy sens. Jest samo dla siebie, i na sobie się kończy.

Dotychczasowe uwagi w oczywisty sposób kojarzą beat generation z rodzajem młodzieżowego, ludowego egzystencjalizmu. Bitnik czuł się ludzkim planktonem, kimś poddanym bezwzględnej absurdalności swojego losu. Minie jakiś czas, zanim na gruncie tego pesymistycznego w gruncie rzeczy postulatu wolności pojawi się nowa, odmienna kontrkultura, radosny kolektyw „dzieci kwiatów” działający na rzecz utopii światowej jedności i pokoju. Indywidualizm beat generation był bardziej zatomizowany, wyalienowany i ofensywny wobec prób zjednoczenia pod szyldem jakiejkolwiek wariantu metafizyki. Bitnicy to czarna, skórzana kurtka, dzieła Sartre’a w ręce i ciężar czasów powojennych, hipisi to eksplozja kolorów, medytacja transcendentalna i wiara w to, że wojna kiedyś stanie się reliktem przeszłości. Ci pierwsi czuli się skazani na wolność, podczas gdy ci drudzy – obdarowani wolnością niczym promieniem łaski.

Można wobec tego zapytać, czy istnieje w tej rzeczywistości miejsce dla jakiegokolwiek etosu. Proza Hemingwaya podsuwa nam dwa tropy, które mogą stanowić na to odpowiedź: apetyt na życie oraz niezłomność. Bitnicy, pomimo swojej pesymistycznej postawy wobec kultury Zachodu oraz teoretycznego nihilizmu (czyli zanegowania rzeczywistości), nie byli nihilistami w znaczeniu moralnym, nawet jeżeli etos był w tym przypadku jedynie praktyczny, a nie absolutny czy transcendentny. Aby udźwignąć brzemię wolności, należało bowiem przyjąć określone zasady. Probierzem siły charakteru jest wierność w stosunku do własnego etosu. Często jest to wierność wytrwała, wbrew wszystkiemu, z poczuciem nieuchronnej przegranej, a jednak idąca w zaparte, mocą wewnętrznej godności i męstwa.

Wpierw mówił o tym Hemingway, później Kerouac i Ginsberg. Gang motocyklowy z filmu Dziki z 1953 roku pozostawia miejsce chopperowym kowbojom z Easy Rider z 1969 roku. Twardy etos siły i pragmatyzmu w świecie pozbawionym wyższego sensu przeszedł w ruch duchowych poszukiwaczy (seekers). Jim Morrison, pogrobowiec bitników, pisał o „radiu Teksas i mocnym uderzeniu”, o „bólu serca i o tym, jak odszedł Bóg”. Cała jego poezja mówiła o tym pogrzebaniu w piaskach Nevady wszelkiej wiary. Ale Jack Kerouac, bodaj najważniejszy twórca beat generation, pozostał katolikiem, upadłym bądź nie, ale wciąż wierzącym w obecność Boga w świecie po wielkim dziejowym tsunami. Przeczuwał, że pośród rozproszonych, ubranych w skórę bitników mogą być też ukryci aniołowie. Pili z nimi motocykliści i poeci, słuchając rock and rolla z jukeboxa w przydrożnej knajpie.

Podobno po ich drogach chodził także Bóg, który ukazał się, już w innej postaci, dwom spośród nich, gdy szli na wieś (Mk 16,12). Chciał im oznajmić, że umarł za nich, kiedy błąkali się zaułkami ulic, poboczem autostrady, po barach i pustkowiach, w poczuciu bezsensu i rozczarowania, i patrząc na nieskończoną noc, wątpili czy udręczona dusza i ciało, które jest mięsem – mogą być zbawione.

Michał Gołębiowski

Foto: CAP/RFS / Capital pictures / Forum

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

05 znak uproszczony kolor biale tlo RGB 01


Czy podobał się Państwu ten tekst? Jeśli tak, mogą Państwo przyczynić się do publikacji kolejnych, dołączając do grona MECENASÓW Teologii Politycznej Co Tydzień, redakcji jedynego tygodnika filozoficznego w Polsce. Trwa >>>ZBIÓRKA<<< na wydanie kolejnych 52 numerów TPCT w 2024 roku. Każda darowizna ma dla nas olbrzymie znaczenie!

Wydaj z nami

Zostań mecenasem Teologii Politycznej Co Tydzień
„Nie zajmujemy się walką z grzechami świata czy walką z grzechami Kościoła. Zajmujemy się tym co ciekawe w sposób afirmatywny i pozytywny”
Brakuje
Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
500 zł
Wpłać darowiznę
1000 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.