W każdym momencie historii PRL-u komuniści przegraliby – po półrocznej, wolnej kampanii – wolne wybory, gdyby te jakimś cudem się odbyły. Tyle że samowiedza Polaków co do tego, jak bardzo większość z nich jest antykomunistyczna i antyrosyjska, przygasała w momentach normalizacji następujących po kryzysach – mówi Dariusz Gawin w rozmowie dla „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Robotnik i polski Czerwiec”.
Adam Talarowski (Teologia Polityczna): Jakie jest miejsce i znaczenie Czerwca ’56 w „polskim kalendarzu”, w historii PRL, w historii drugiej połowy XX wieku?
Dariusz Gawin: Rok 1956 – rozumiany szeroko, razem z Czerwcem i Październikiem, które dopełniają się w pewną całość – jest na pewno punktem zwrotnym w historii PRL-u i powojennej Polski. W pamięci opozycyjno-solidarnościowej, kształtującej się od lat siedemdziesiątych, potem stanowiącej jądro pamięci III Rzeczypospolitej o PRL-u, poznański Czerwiec jest jednym z tych miesięcy, które tworzą pewien łańcuch wydarzeń: Czerwiec i Październik '56, Marzec '68, Grudzień '70, Czerwiec '76 i wreszcie Sierpień '80. Z jednej strony Czerwiec wpisuje się w ten ciąg, a z drugiej pewne różnice powodują, że nie do końca do linii polskich miesięcy pasuje.
Dlaczego?
Trzeba najpierw spojrzeć na charakter oporu przeciwko komunizmowi i walki z jego systemem. Reakcje na ustrój komunistyczny miały bowiem wiele odcieni, od walki i oporu, przez przystosowanie, aż po akceptację, czy nawet kolaborację. Polskie miesiące wpisywały się przede wszystkim w walkę: były momentami kryzysu, w których ludzie walczyli, po czym następowały mniejsze lub większe normalizacje, a wraz z nimi znów przystosowanie, opór lub akceptacja. Czerwiec jest jednak pośród nich nietypowy. Jeśli chodzi o rodzaj zachowania politycznego, odpowiadał bardziej polskiej tradycji insurekcyjno-rewolucyjnej w XIX-wiecznym rozumieniu. Jest gwałtownym buntem o charakterze zbrojnym, walką z bronią w ręku z komunistami, zdobywaniem siedzib władzy PRL-owskiej. Późniejsze polskie miesiące, nawet strajki i bunt na Wybrzeżu w 1970 roku, które przyniosły znacznie większą skalę ofiar, nie miały charakteru zbrojnego powstania, jaki miał Czerwiec. On antycypuje w pewnym sensie Budapeszt '56, ale się w niego nie przeradza, bo skala represji jest od razu wielka i dusi powstanie. „Powstanie poznańskie” – tak moglibyśmy powiedzieć – jest spontaniczne i pozbawione przywództwa, jest to nagła eksplozja bez politycznego kierownictwa. W Budapeszcie protesty przeradzają się w prawdziwe zbrojne powstanie narodowe. O ile w Poznaniu protestujący walczą przy użyciu broni strzeleckiej zdobytej w czasie zamieszek, o tyle w Budapeszcie część wojska opowiada się po stronie powstańców.
Zarazem rok 1956, widziany łącznie, otwiera w dziejach PRL-u jakąś nową epokę?
Tak, rok '56 otwiera epokę, którą określiłbym jako okres dojrzałego PRL-u – trwający około dwudziestu pięciu lat, mniej więcej od przełomu 1955/1956 do pierwszej Solidarności. Trzeba pamiętać, że Poznań’ 56 jest tak szokujący właśnie dlatego, że trwa wtedy odwilż po XX Zjeździe KPZR i Festiwalu Młodzieży w Warszawie.
To się zgadza z myślą Tocqueville'a, że najniebezpieczniejszym momentem dla złego rządu jest zwykle ten, w którym zaczyna się on reformować.
Tak, system zaczynał się liberalizować, co dla władzy zbudowanej na przemocy i totalnej kontroli zawsze jest ryzykowne. Społeczeństwo w tym okresie nie tyle akceptuje PRL – jestem zwolennikiem tezy, że w każdym momencie historii PRL-u władza komunistyczna przegrałaby wolne wybory; nigdy nie było takiego momentu, w którym większość, postawiona w sytuacji prawdziwie wolnego wyboru, nie wybrałaby wolnej Polski – ile raczej, po doświadczeniach II wojny światowej, Powstania Warszawskiego, klęski Mikołajczykowskiego PSL-u oraz tego, co niektórzy historycy nazywają powstaniem narodowym przeciwko Sowietom i polskim komunistom po 1944 roku, jest po prostu wymęczone i oczekuje jakiegokolwiek sposobu ułożenia sobie życia.
Kiedy czyta się „Dzienniki” Stefana Kisielewskiego czy inne prywatne zapiski ówczesnych obserwatorów życia publicznego, widać, że ludzie ci pogodzili się z myślą, iż za swojego życia wolnej Polski już nie zobaczą. Trzeba więc było nie tyle oportunistycznie urządzić się w tej rzeczywistości, ile raczej grać pomiędzy przystosowaniem a oporem wobec niej. To był okres, w którym ludzie funkcjonują w ramach PRL-u, godząc się na pewne reguły gry i zasady hipokryzji, które ten ustrój narzucał.
A przecież ten sam czas przyniósł niezwykły rozkwit polskiej kultury.
W pewnym sensie jest to wręcz złoty okres kultury polskiej XX wieku. Nie taki, który przewyższałby wcześniejsze, ale przecież to wtedy rodzą się polska szkoła filmowa i dzieła Wajdy, później kino moralnego niepokoju; to kultura wówczas uznawana za popularną, a dziś będąca wysoką, jak piosenki Osieckiej, Przybory, Młynarskiego. To polski jazz, który po 1956 roku, także w tym wymiarze dacie przełomowej, rozkwita: pierwszy festiwal w Sopocie współorganizuje Leopold Tyrmand właśnie w 1956 roku, pojawia się Komeda czy Polański. Mamy do czynienia ze spektakularną eksplozją twórczości artystycznej społeczeństwa, z którego zdjęto kajdany stalinowskiego totalitaryzmu.
Liberalizacja ta zbiegła się z wewnętrzną walką o władzę wśród samych komunistów, którzy po śmierci Stalina coraz wyraźniej rozumieli, że tak rządzić dalej się już nie da. Wszystko to sprawiło, że Polska stała się najbardziej liberalnym z państw tzw. bloku komunistycznego. Polacy żartowali nawet, że są „najweselszym barakiem" w obozie państw socjalistycznych. Panowała względna swoboda kulturalna, Kościół mógł w miarę swobodnie funkcjonować. Rozstrzygające było zaś to, że Gomułka po '56 odszedł od kolektywizacji wsi, co było absolutnym ewenementem w skali całego obozu socjalistycznego.
Czy więc w przebiegu Października i okresu popaździernikowego odsłania się ów związek Czerwca z Październikiem?
Powiedziałbym, że to dynamiczny związek wydarzeń czerwcowych i październikowych uchronił Polskę przed losem Węgier. Tam odwilży w ogóle nie było, system pozostał brutalny i kompletnie stalinowski; powstanie wybuchło pod wpływem wydarzeń w Polsce (zaczęło się przecież od wiecu solidarności z Polską). U nas odwilż już trwała, system już zaczynał erodować. Przyszedł Czerwiec, który pokazał, że ta władza się nie cofnie przed rozlewem krwi. Urządzono pokazowe procesy uczestników Czerwca. Robiono je w duchu, który zapowiedział Cyrankiewicz w przemówieniu radiowym z 29 czerwca: „każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie”. Było więc wiadomo, że odpowiedź będzie bardzo groźna, i to pozwoliło pokojowo przejść przez Październik.
A było przecież blisko fizycznego starcia – robotnicy z Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu chcieli, aby rozdano im broń, przygotowywali się do zbrojnej obrony zakładu, gdy okazało się, że na VIII Plenum przyjechała delegacja z Chruszczowem na czele. Wszyscy odebrali to, jako jawną groźbę interwencji – zresztą rozpoczął się ruch sowieckich jednostek stacjonujących w Polsce w kierunku Warszawy. Przebieg zdarzeń pozwolił jednak Polsce uniknąć losu Węgier. Stało się tak za sprawną swego rodzaju współdziałania Gomułki ze społeczeństwem. Oczywiście Gomułka szybko zaczął od liberalizacji odchodzić; istnieje nawet teza, że Październik skończył się już w jego wystąpieniu na placu Defilad, kiedy poprosił, by zgromadzeni, owe 400 tysięcy ludzi, rozeszli się do domów. Tak wielka spontaniczna manifestacja powtórzyła się w Polsce dopiero podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II.
Chciałbym podjąć jedno z przywołanych przez Pana wyjaśnień, dlaczego w Czerwcu’56, i w innych „polskich miesiącach”, Polacy, używając sformułowania prof. Jerzego Eislera, „nie poszli na całość”. Czy tragiczniejsza niż w innych krajach Europy historia, traumy II wojny światowej, brutalne doświadczenia okupacji niemieckiej i sowieckiej, tragedia Powstania Warszawskiego mogą być przyczyną?
Do pewnego stopnia można się z tym zgodzić. Dodatkowym elementem był terror w pierwszych latach po wojnie. Według dzisiejszych szacunków IPN w stalinowskiej fazie powojennej historii Polski komuniści zabili w kraju około 50 tysięcy ludzi; zniszczono wszystkie tradycyjne partie polityczne, łącznie z PSL-em Mikołajczyka, który był ostatnią próbą zachowania politycznej podmiotowości. Naród miał więc za sobą doświadczenie totalitarnej inżynierii społecznej najpierw niemieckiej, potem komunistycznej. Wiedział, że kolejnych takich rzeczy po prostu nie zniesie. Chodziło zatem w 1956 roku o to, żeby zrobić krok w tył i nie dopuścić do kolejnego starcia, które mogłoby sprowadzić kolejną sowiecką inwazję. A ta przebiegłaby w Polsce o wiele gwałtowniej niż na Węgrzech, gdzie zginęło około 2,5–3 tysięcy ludzi, a Budapeszt miejscami wyglądał jak Warszawa w 1944 roku. Gdyby doszło do interwencji sowieckiej w Polsce w '56, skończyłoby się wojną na nieporównanie większą skalę.
Wracając do Powstania - Powstanie Warszawskie to było doświadczenie egzystencjalne i traumatyczne, więcej niż tylko klęska polityczna. Powstanie tłumaczy się zwykle jako akt militarno-polityczny zakończony niepowodzeniem, o którego słuszność polscy zwolennicy insurekcjonizmu i propagatorzy Realpolitik będą się spierać do końca świata. Ale kryje się w nim doświadczenie graniczne. Zaczynało się jako akcja militarna i polityczna, lecz ponieważ po drugiej stronie stało radykalne zło totalitarne, przede wszystkim Hitler, a za Wisłą Stalin, Polacy otarli się o zagładę.
I dlatego później nie było już sił na działanie w takie skali po raz drugi, bo było to przecież wciąż to samo pokolenie. Rok '56 to zaledwie dwanaście lat po Powstaniu. Ludzie, którzy w 1944 mieli dwadzieścia lat, w październiku 1956 mieli ich trzydzieści dwa. Byliby w stanie walczyć, gdyby wybuchło powstanie antysowieckie. A jednak zrobili krok w tył. I tu zaczyna się kwestia interpretacji: czy zrobili to dlatego, że zaakceptowali lewicowy PRL i jego hasła? Przez długie lata postrewizjonistyczna, KOR-owska lewica utrzymywała, że tak właśnie było: że zaakceptowali tę rzeczywistość i byli gotowi naciskać na władzę, by zrealizować prawdziwą wizję socjalizmu. W 1956 roku przybrało to kształt poparcia dla „Po prostu” z jego ideą demokracji bezpośredniej w postaci systemu rad robotniczych. Postulat ten wracał w czasach Kuronia i Modzelewskiego w „Liście otwartym do Partii”, a u rewizjonistów skończył się dopiero w Marcu '68.
Zainteresowanych pogłębieniem tych kwestii możemy odesłać do Pana pracy „Wielki zwrot. Ewolucja lewicy i odrodzenie idei społeczeństwa obywatelskiego”. Tytułowy „zwrot”, tytułowa „ewolucja”, przekładały się także na zmiany w interpretacji i pamięci wcześniejszych „polskich miesięcy” i przebieg kolejnych.
To ciekawa rzecz, dobrze widoczna na przykładzie interpretacji Czerwca’ 56. Protest rozpoczęli przecież pracownicy Cegielskiego, wielkiej fabryki, a więc przedstawiciele wielkoprzemysłowej klasy robotniczej. W wersji rewizjonistycznej pokazywano więc, że weszli w konflikt z biurokracją stalinowską o to, by socjalizm miał prawdziwe oblicze, najlepiej zgodne z pismami młodego Marksa: by budowano system, w którym człowiek odzyska swą „istotę gatunkową”. W lżejszej wersji było to przeświadczenie, że robotnicy walczyli wówczas ze złą władzą o to, żeby w Polsce był prawdziwy, demokratyczny socjalizm. Tymczasem gdy poczyta się materiały wytworzone przez UB – co ludzie krzyczeli na ulicach, pisali na transparentach – okazuje się, że samoświadomość protestujących była całkowicie antyrosyjska, patriotyczna i antykomunistyczna. Zjawisko to powtarza się zresztą przez całą historię „polskich miesięcy”.
Najbardziej widoczna była w tych kryzysach, aż do czasów Solidarności (potem zaczęło się to zmieniać), warszawsko-wielkomiejska inteligencja o lewicowych, często wręcz stalinowskich korzeniach, która przeszła przez etap rewizjonizmu. Nigdy jednak nie chodziło jej o to, by przywrócić wolną Polskę w sensie Polski antykomunistycznej, antybolszewickiej, antyrosyjskiej, patriotycznej, będącej restytucją II Rzeczypospolitej. To byłoby dla niej horrendum. To, że III RP odwołuje się wprost do II RP, jest w pewnym sensie zniweczenie polityki historycznej czy polityki pamięci lewicy: najpierw rewizjonistycznej, potem postrewizjonistycznej, opozycyjnej...
Wracam do swojej tezy: w każdym momencie historii PRL-u komuniści przegraliby – po półrocznej, wolnej kampanii – wolne wybory, gdyby te jakimś cudem się odbyły. Tyle że samowiedza Polaków co do tego, jak bardzo większość z nich jest antykomunistyczna i antyrosyjska, przygasała w momentach normalizacji następujących po kryzysach. Gdy jednak nadchodził kryzys, prędzej czy później na pierwszy plan przebijały się hasła antykomunistyczne, insurekcyjne, antyrosyjskie i patriotyczne, że podstawowym celem jest wolna Polska bez komunistów, Sowietów, „ruskich”, bolszewików, jakkolwiek by ich nazwać.
Zarazem jednak, polska wyobraźnia polityczna została rozbita przez totalitarną inżynierię, a większość starszego pokolenia albo pozabijana, albo odsunięta na bok. Ludzie myśleli: niech z tym stalinizmem walczą choćby naiwnie ideowi młodzi komuniści z „Po prostu”, skoro naprawdę coś w tym systemie zmieniają i piszą teksty takie jak „Na spotkanie ludziom z AK”, szokująco odważne wówczas. Bo wiedzieli, że tej wytęsknionej, wyczekiwanej wolnej Polski mogą za swojego życia nie zobaczyć. To, co stało się w czasie II wojny, wszczepiło bowiem przekonanie, że warunkiem wolnej Polski jest III wojna światowa, czyli wojna atomowa. A to oznaczało faktyczny koniec świata, koniec ludzkości. Tu właśnie tkwiła dramatyczna sprzeczność – obalenie sowieckiego komunizmu wydawało się możliwe tylko w wyniku faktycznej zagłady.
Kiedy i jak doszło do zmian w tym myśleniu o sensie i formach możliwego działania?
To przede wszystkim druga połowa lat 70., gdy Polacy poprzez samoorganizację wypracowali wreszcie sposób nacisku na komunizm pozbawiony tej zerojedynkowej alternatywy: albo uległość, albo rozpaczliwa walka zbrojna kończąca się nieuchronną klęską lub w najgorszym wypadku trzecią wojną światową. Zamiast tego stały nacisk pozbawiony przemocy fizycznej, rozsadzający system od wewnątrz: najpierw opozycja po 1976 roku, potem Solidarność, znów opozycja i Solidarność po stanie wojennym. I to ostatecznie się udało.
To w 1976 roku wkroczono na drogę prowadzącą do powstania Solidarności?
Tak, choć że trzeba pamiętać, że i tej Solidarności nie byłoby bez Jana Pawła II i jego pierwszej pielgrzymki.
Skoro mówimy o Kościele, możemy cofnąć się jeszcze by spojrzeć na poprzednie dwie dekady – jakie znaczenie miała postawa prymasa Wyszyńskiego, jaką rolę odgrywał Kościół między datami, o których rozmawiamy?
Widzimy wielką zręczność polityczną Wyszyńskiego. Z Kościoła polskiego, który oprócz pięknych kart miał też bardzo ciemne, choćby w XIX wieku (przecież już za insurekcji kościuszkowskiej chciano wieszać zdrajców w biskupich sukienkach, a wobec ich nieobecności wieszano na warszawskim rynku ich portrety), Wyszyński zbudował instytucję, co do której wszyscy Polacy byli jednoznacznie przekonani, że zawsze stała po stronie wolności i niepodległości. Był nie tylko interrexem, jak mówiono wtedy w PRL-u, przywołując funkcję, którą prymasi pełnili między śmiercią władcy elekcyjnego a elekcją nowego. Sprawił, że Kościół stał się czymś w rodzaju substytutu suwerennego państwa, strukturą zastępczą dla wspólnoty politycznej. W czasach, gdy nic politycznego nie mogło być autentyczne, zapewniał przechowanie poczucia wspólnoty, którego Polacy potrzebowali. Na tym polegała prawdziwa duchowa i polityczna mądrość i wielkość prymasa Wyszyńskiego, choć to już temat na zupełnie inną rozmowę.
Mieliśmy też szczęście, że wśród polskich komunistów był Gomułka. Przy wszystkich jego wadach to postać znacząca. Nie powiem, że wielka, bo słowo to rezerwuję dla osób, które mogą stanowić wzór, a Gomułka, jako szczery komunista – wzoru stanowić nie może. Ale spośród komunistów, którzy kierowali wtedy Polską, był on być może najbardziej patriotyczny – choć oczywiście na pierwszym miejscu stawiał własną ideologię.
Wróćmy do lat 70. Co zdecydowało, że to nie Grudzień '70 stał się przełomowym punktem dla narodzin opozycji demokratycznej, lecz dopiero wydarzenia roku 1976? Czy trafne jest ujęcie, że w '68 inteligencja została sama, w '70 robotnicy zostali sami i dopiero coś musiało się stać, by w '76 stanęli razem?
Z perspektywy lewicowej inteligencji decydujące jest to, że ostatecznie porzuciła ona marksizm. Między rokiem '68 a początkiem lat 70. następuje szok Marca; ludzie ci – mówię o środowisku Michnika, Kuronia, o warszawskiej lewicowej młodzieży wyrastającej z komunistycznych rodzin – lądują w więzieniach. Potem nawiązują kontakt ze środowiskami katolickimi skupionymi wokół duszpasterstwa dominikanów i „Znaku”. Po latach okazało się, że była to po części gra nieporozumień: nie poznawali oni Kościoła polskiego jako takiego, lecz środowisko warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, w dodatku jego część młodzieżową. Ponieważ jednak znaczna część tych ludzi wywodziła się z rodzin szczerze komunistycznych, byli w polskim społeczeństwie dość wyobcowani. To był, moim zdaniem, jedyny sposób, by weszli głębiej w polską tradycję i nawiązali później kontakt z szerokimi masami społecznymi. Okazało się to bardzo ważne w drugiej połowie lat 70., a przede wszystkim w czasach Solidarności, gdy zaczęli mówić tym samym językiem. Że było w tym sporo nieporozumień, okazało się dopiero później. To już dalsza historia, historia wolnej Polski po upadku komunizmu. Ale właśnie dzięki temu społeczny protest uzyskał przywództwo nie tylko polityczne, lecz i intelektualne: ci ludzie byli sprawni intelektualnie i mieli kontakty na Zachodzie, co skutecznie przesuwało sprawę polską w inny rejon.
Czerwiec '56 jest tu dobrym symbolem. Była to nagła erupcja rozpaczy i wściekłości, która przybrała formę przemocy rewolucyjnej, powstańczej, skierowanej przeciw opresyjnemu państwu, ale było zupełnie pozbawiona przywództwa, struktur, organizacji. Dopiero po Czerwcu – po Radomiu '76 – udało się ustrukturyzować spontaniczne formy oporu, i w ten sposób zaczęto szykować nadejście Solidarności.
Szczególną rolę odegrał tu KOR?
Tak, KOR pojawia się już pod koniec września 1976 roku. Ale zaczęło się to inaczej, niż często opowiadano, bo i tu przeplatają się różne polskie tradycje; nigdy nie ma czystej formy, czystej pamięci rewizjonistycznej albo czystej pamięci prawicowej.
Informacja o brutalnych śledztwach i drakońskich wyrokach na protestujących w Radomiu i Ursusie wyzwala całkowicie spontaniczną akcję samopomocową. Jednym z jej najważniejszych ośrodków są środowiska związane z warszawskim Liceum im. Tadeusza Reytana, słynne dzięki I Warszawskiej Drużynie Harcerskiej, tzw. „Czarnej Jedynce”, niezależnemu harcerstwu, które działało tu nieprzerwanie, także wtedy, gdy harcerstwo rozwiązywano, a które nawiązywało do tradycji przedwojennej i Szarych Szeregów. Wychowali się w nim tacy ludzie jak Antoni Macierewicz, Wojciech Fałkowski, Ludwik Dorn i wielu innych, którzy potem wychowywali kolejne, młodsze pokolenie drugiej połowy lat 70. To oni zaczęli spontaniczną akcję, do której włączyła się następnie grupa określana (za tytułem książki Michnika) jako „lewica laicka”. Choć sprawa nie jest do końca jasna, ze źródeł wynika, że samą nazwę KOR wymyślił Macierewicz, Kuroń dołączył dopiero później, a Michnika w ogóle wtedy w kraju nie było. To pokazuje, jak w tym nurcie, w którym decydującą rolę stopniowo zaczęła odgrywać „lewica laicka”, już u samego początku splatały się co najmniej dwie tradycje: polska, insurekcyjna, patriotyczna, harcerska, dla której wzorem były Szare Szeregi i Powstanie Warszawskie, oraz rewizjonistyczna i postmarksistowska tradycja lewicowej inteligencji, walczącej o godność człowieka i przywiązanej do tej całej sfery symbolicznej, o której pisał Bohdan Cywiński w „Rodowodach niepokornych”, książce niezwykle ważnej dla tamtego pokolenia, bo zakotwiczała wszystko w walce o wolność rozumianą jako kategoria etyczna i moralna. Chodziło o to, by żyć w godności, jak pisał na początku lat 70. Kołakowski.
I tu jeszcze jedna okoliczność, pułapka, w jaką komuniści wpędzili się w latach 70. System wydawał się stabilny; ludzie, nawet go nie akceptując, uznali, że będą w nim żyć już zawsze. A komunizm, w przeciwieństwie do nazizmu, był uwikłany w oświecenie i je akceptował. Nazizm był ostentacyjnie antynowoczesny, choć nie dlatego, że tradycjonalistyczny: faszyści i niemieccy rewolucyjni konserwatyści nie chcieli zwrotu wstecz, lecz poszukiwali drogi do czegoś, co dziś nazwalibyśmy ponowoczesnością. Chcieli nadczłowieka, który zapanuje nad nowoczesnością i odda wszystkie jej zdobycze rasie nadludzi, „blond bestii”, rasie białej, aryjskiej, Niemcom.
Komuniści natomiast chcieli realizować idea uniwersalizmu i humanizmu, czyli idee oświecenia. Oczywiście pod spodem był terror, ale na sztandary wzięli piękne hasła. Wikłali się tym samym w zasadniczą sprzeczność. Mamy tu do czynienia z filozoficzną różnicą pomiędzy faszyzmem czy nazizmem, głoszącymi kult przemocy i komunistami z drugiej. Jak pokazuje François Furet w „Przeszłości pewnego złudzenia”, jednej z najlepszych książek o ostatnich dwustu pięćdziesięciu latach, komuniści twierdzili, że spełnią hasła, które burżuazja w sposób kłamliwy przejęła, nie realizując ich: to oni obiecywali ludziom prawdziwą wolność, równość, praworządność i prawa człowieka. I ta sprzeczność okazała się pułapką.
Ta swoista „pułapka” praw człowieka zaczęła działać w praktyce, w konkretnych wystąpieniach opozycji?
Za Gierka komuniści wpadli w nią, podpisując w 1975 roku Akt końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w Helsinkach, gdzie jednym z tzw. koszyków były prawa człowieka. Gierek i Breżniew sądzili, że Zachód swoim podpisem akceptuje geopolityczny podział Europy na Wschód i Zachód, oparty dotąd jedynie na sile (konferencji pokojowej po II wojnie przecież nigdy nie było). Helsinki miały być sposobem na to, by Zachód uznał ten podział za trwały. A Zachód wprowadził tam konia trojańskiego w postaci praw człowieka. KOR wykorzystał tę możliwość.
Akcja ta narastała już wcześniej. Zanim powstał KOR i zanim przyszedł Czerwiec '76, był List 59, protest przeciwko zmianom w konstytucji, do której miano wpisać kierowniczą rolę partii oraz sojusz ze Związkiem Sowieckim. W dziennikach Rakowskiego widać na przykład, jak rozmawia z Haliną Skibniewską, znaną architektką, autorką projektu Sadów Żoliborskich, a zarazem osobą oficjalnego PRL-u, która w prywatnej rozmowie mówi, że poparcie dla zmian w konstytucji łamie jej moralny kręgosłup.
Ludzie traktowali ten fasadowy charakter PRL-owskiej praworządności jak rodzaj gry, godząc się do pewnego stopnia na obustronną hipokryzję: wiemy, że to fasada, ale wy też nie możecie jej ignorować. W momencie, gdy władza chciała wpisać zmiany o jednoznacznie sowieckim charakterze do konstytucji, zrywała ten niepisany kontrakt i to był krok za daleko. Potem nasiliło się to jeszcze, gdy w czerwcu w Radomiu okazało się, że są „ścieżki zdrowia”, że biją na śledztwach, że wyrzucają z pracy, że jest brutalnie. Z drugiej strony trzeba powiedzieć, że Gierek bronił się inaczej: w przeciwieństwie do '56 i Grudnia '70 nie kazał strzelać.
Nie było ofiar śmiertelnych na skutek pacyfikowania wystąpień ze strony władzy.
Były kilka ofiar, ale nie strzelano do protestujących jak w Grudniu 70. Gierek nie wyprowadził wojska na ulice. Wyprowadzenie wojska i odpowiadanie na bunt strzelaniem to styl działania XIX- i XX-wiecznych dyktatur; tak postąpiono w '56 i '70. Gierek tymczasem użył Milicji i Służby Bezpieczeństwa.
Komuniści wpadli więc w pułapkę praworządności, wzmocnioną przez wykorzystanie Helsinek. Do tego dochodziły wszystkie tradycje: Szare Szeregi, harcerstwo, „Czarna Jedynka", a obok lewicowa inteligencja, mająca wśród siebie również starsze osoby, choćby prawników takich jak Aniela Steinsbergowa, która jeszcze przed wojną broniła w procesach politycznych ludzi lewicy ściganych przez Sanację.
Wszystkie te etosy polskiej inteligencji zjednoczyły się w akcji organizowania pomocy prześladowanym, odrzucając walkę zbrojną i przyjmując wizję, której ramy ideowo-intelektualne nakreślili w swoich przede wszystkim Kuroń, ale także Michnik i i Macierewicz. Ci trzej autorzy napisali jesienią 1976 roku teksty będące zapowiedzią tego, jak będzie działać opozycja demokratyczna: nie walczymy z władzą przemocą, odrzucamy ją, budujemy niezależne struktury społeczne. Skoro, jak pisał Michnik w 1976 roku, zawiedli i rewizjoniści działający w ramach partii, i neopozytywiści, czyli katoliccy posłowie Koła „Znak”, którzy wierzyli, że wejdą w ramy systemu i będą pełnić oficjalne funkcje. System należy zmieniać od wewnątrz, przeciwstawiając władzy to, co później nazwano społeczeństwem obywatelskim.
Na Zachodzie to nowa formuła opozycji wzbudziła ogromne zainteresowanie. Część zachodniej lewicy była rozczarowana radykalizmem goszystowskim w stylu 1968 roku; marksizm się wypalał, a dysydenci i opozycjoniści z Europy Środkowej dawali nadzieję nie tylko na pokonanie komunizmu, lecz także na przezwyciężenie wad demokracji przedstawicielskiej funkcjonującej na kapitalistycznym zachodzie. Kuroń pisał, że najbardziej chciałby żyć w demokracji bezpośredniej, ale na razie celem opozycji jest wywalczenie demokracji parlamentarnej. Dodatkowo komuniści wpadli w pułapkę praw człowieka, wzmacnianą przez narastający kryzys gospodarczy. Gdyby był zbyt brutalny, mogliby zakręcić kurek z dolarami, co mogło go kosztować utratę władzy. Dlatego choć policja i SB były brutalne, ludzie ginęli – zamordowano na przykład Stanisława Pyjasa – skala terroru w drugiej połowie lat 70. była nieporównywalna z tym, co działo się w okresie stalinowskim, kiedy zginęły dziesiątki tysięcy ludzi.
Cała ta rozmowa jest właściwie odpowiedzią na pytanie, co widać, gdy Czerwiec '56 i Czerwiec '76 czyta się jako parę, a czego nie widać, gdy bierze się je osobno.
To jest ewolucja. Czerwiec '56 to gwałtowny wybuch rozpaczy i wściekłości. Czerwiec '76 też jest wybuchem rozpaczy i wściekłości robotników, ale już w innych warunkach. Kontekst jest inny: system nie jest już stalinowski; był nim w '56 o tyle, że Cyrankiewicz mógł mówić o odrąbywaniu rąk, a ludzie naprawdę zdobyli siedzibę UB, dokonali kilku samosądów, walczyli z bronią w ręku. W '76 ten sam typ wybuchu dokonuje się w zupełnie innym kontekście – społecznym, kulturowym, geopolitycznym, międzynarodowym. To był początek końca systemu.
Z Dariuszem Gawinem rozmawiał Adam Talarowski
Fot. Ullstein Bild / Forum

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
Jeśli chcesz żywej, niezależnej politycznie myśli o Polsce, Europie i świecie, jeśli ciekawią Cię następne numery Teologii Politycznej Co Tydzień, jeśli czekasz na nasze książki, seminaria, dyskusje i kolejne artykuły na naszej stronie, wesprzyj nas stałą wpłatą. Dołącz do grona Mecenasów Teologii Politycznej. To dla nas bardzo ważne. Jesteśmy niezależnym środowiskiem intelektualnym. Istniejemy i rozwijamy się dzięki hojności naszych przyjaciół. Zapraszamy!
Dołącz już dziś i WSPIERAJ TEOLOGIĘ POLITYCZNĄ!
(ur. 1964) – historyk idei, publicysta. Wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego oraz szef Instytutu Stefana Starzyńskiego. Kierownik Zakładu Społeczeństwa Obywatelskiego w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Zajmuje się historią polskiej myśli politycznej i społecznej, filozofią polityczną, problematyką związaną z polityką historyczną. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Teologii Politycznej” czy „Rzeczpospolitej”. Współautor podręczników do historii oraz edukacji obywatelskiej. Więcej>
