Do poprawnego działania strony wymagana jest włączona obsługa JavaScript

Michał Muszalik: Śląskie echa Czerwców

Michał Muszalik: Śląskie echa Czerwców

Choć Górny Śląsk pozostawał na uboczu przełomowych wydarzeń słynnych „polskich” lat 1956 i 1976, faktem pozostaje istnienie wielu odniesień i powiązań, które sprawiają, że nasze spojrzenie na tamte pamiętne okresy przełomu trzeba uzupełnić o perspektywę najbardziej uprzemysłowionego wówczas regionu Polski Ludowej – pisze Michał Muszalik w „Teologii Politycznej co Tydzień”: „Robotnik i polski Czerwiec”.

I. DESTALINIZACJA. 1956

Tamtej wiosny oczy komunistycznej władzy obserwowały Górny Śląsk wyjątkowo bacznie. Wiele bowiem wskazywało, że to tutaj, a nie w Poznaniu, dojdzie do wybuchu społecznego gniewu. Powodów tego było kilka. Pierwszy z nich jest zupełnie przyziemny: był to czas jeszcze sprzed gierkowskiej pseudo-prosperity, więc zarobki w przemyśle nie były jeszcze wcale wysokie, a w wielu przypadkach – po prostu marne: jak raportował ówczesny I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, Józef Olszewski, w województwie katowickim ok. 100 tysięcy osób zatrudnionych w przemyśle zarabiało ok. 600 zł – podczas gdy średnia płaca wynosiła ok. 1100 zł. Rosły też niedobory podstawowych produktów spożywczych – a co gorsza, do regionu dotarły wieści z ówczesnego RFN, że polska wołowina, coraz trudniej dostępna w kraju, jest tam obficie eksportowana.  Przede wszystkim zaś w przemyśle, a szczególnie branży górniczej narastało zmęczenie śrubowaniem norm wydobycia i produkcji. Baza dla społecznego niezadowolenia z podstawowych warunków bytowych była więc spora.

Drugi powód był dla Górnoślązaków jeszcze szczególniejszy: wielu mężczyzn deportowanych do ZSRS w 1945 roku podczas słynnej Wywózki, będącej jednym z zasadniczych elementów Tragedii Górnośląskiej, wciąż tam przebywało. Coraz głośniej piętnowano także inne zjawiska odciskające piętno na poprzednich latach, przede wszystkim dyskryminację miejscowych: wywłaszczanie, wysiedlanie, zablokowanie drogi do stanowisk kierowniczych. Niektórzy Ślązacy po latach polonizacji na modłę stalinowską coraz śmielej publicznie używali języka niemieckiego, co było wyrazem nie tylko poczucia osłabienia aparatu represji, ale po prostu swoistym wyrazem oporu.

Trzeci powód związany był z tradycyjną śląską religijnością. Należy pamiętać, że w roku 1952 z diecezji katowickiej wygnano biskupów, a przecież również zwykłe praktykowanie katolicyzmu uważano za akt wrogi socjalistycznemu państwu. Owej wiosny we wszystkich dekanatach zbierano podpisy pod petycją o powrót pasterzy katolickich, którą przedłożono finalnie Radzie Państwa latem 1956 roku. Domagano się również powrotu religii do szkół i przywrócenia świąt katolickich do państwowego kalendarza. Region zatem buzował i wydawało się, że wystarczy jedynie iskra, by eksplodował.

Przeczytaj również: Komuniści nigdy nie wygraliby wolnych wyborów. Wywiad z Dariuszem Gawinem

Niebłahy dla społeczeństwa górnośląskiego był też fakt, że od marca roku 1953 pojawiło się na mapie Polski „nowe” województwo – stalinogrodzkie, z Katowicami przemianowanymi na cześć znienawidzonego Generalissimusa. Tamta decyzja, nagła, ale otoczona gwałtowną propagandą, pozostała całkowicie niezaakceptowana, a wielu Katowiczan i  mieszkańców regionu traktowało ją jako dojmujące upokorzenie.

Wybuch nastąpił jednak, jak wiadomo, 28 czerwca w Poznaniu. Brutalne stłumienie masowych wystąpień ludności w stolicy Wielkopolski wywołało w całym społeczeństwie Polski Ludowej gwałtowny sprzeciw. Nie inaczej było na Śląsku. Na masówkach organizowanych przez władze jako swoista „reakcja robotniczego społeczeństwa” frekwencja wypadała mniejsza, niż zakładali komunistyczni dygnitarze, a w ich trakcie padały niewygodne pytania, jak naprawdę wyglądały tzw. „wypadki poznańskie”. Co więcej – szczególnie na Śląsku dopatrywano się podobieństw pomiędzy powstaniem w Poznaniu, a powstaniem robotniczym w Berlinie z czerwca 1953 roku. Gdzieniegdzie, jak np. w Prudniku, pojawiały się na ścianach zakładów napisy wyrażające solidarność z poznańskimi robotnikami.

Po stłumieniu powstania w Poznaniu respekt wobec komunistycznej władzy na Górnym Śląsku zmalał jeszcze bardziej. Frustracja, choć wstrzymana, nie rozpłynęła się w powietrzu. W październiku zatem, gdy tylko zawiał przysłowiowy wiatr zmian, mieszkańcy Górnego Śląska wyszli  na ulice. Znaczniejsze demonstracje miały miejsce w Gliwicach (22 października), w Katowicach (23 października) oraz w Opolu (24 października), gdzie oprócz podnoszonych wszędzie żądań uniezależnienia się od ZSRS, wolności słowa i prasy, a nawet powrotu Wilna i Lwowa do Polski doszły jeszcze m.in. żądania ustąpienia I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego w Opolu, Jana Mrochenia (co znamienne – przedwojennego członka Komunistycznej Partii Niemiec, sądzonego za napad na Polaków podczas kampanii przed plebiscytem górnośląskim w 1921 roku) oraz rehabilitacji przedwojennych polskich działaczy na Śląsku Opolskim i zadośćuczynienia im za krzywdy w okresie stalinowskim. Trzeba bowiem pamiętać, że w najczarniejszych dniach komunizmu nawet krzewiciele polskości – w końcu przecież „polskości reakcyjnej!” stali się obiektem prześladowania na Ziemiach Odzyskanych, a zwłaszcza Górnym Śląsku.

Co ciekawe, na fali odwilży doszło również do niezwykłej, precedensowej sytuacji, kiedy Plenum Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Opolu podjęło pod koniec października uchwałę uznającą istnienie mniejszości niemieckiej na Śląsku Opolskim – bardzo szybko się jednak z niej wycofano pod naporem wyższych ogniw organizacji partyjnej.

Katowice zaś już w październiku zaczęły wracać w przestrzeni publicznej do swojej pierwotnej nazwy – i to jeszcze długo przed tym, zanim w grudniu odpowiedni dekret wydała ostatecznie w grudniu 1956 roku Rada Państwa. Od tej pory decyzję tę powszechnie krytykowano jako „nieskonsultowaną ze społeczeństwem” i podjętą na fali „stalinizacji” – co ciekawe, nieraz pisali to ci sami dziennikarze, którzy w roku 1953 wychwalali przemianowanie stolicy województwa na Stalinogród.

Faktem jest zatem, że choćby symbolicznie „odwilż” nastąpiła, a część energii społecznej wzbudzonej wówczas znalazła ujście podczas fali pomocy mieszkańcom Budapesztu ogarniętego wówczas antyradzieckim powstaniem. Pod koniec października z wielu górnośląskich balkonów powiewały naprędce uszyte flagi węgierskie, do których często po 4 listopada, czyli dniu rozpoczęcia radzieckiej interwencji na Węgrzech, dowiązywano kir.

Prawdziwą i skuteczną demonstracją solidarności z Węgrami była jednak słynna akcja oddawania krwi. Kiedy 28 października na antenie Polskiego Radia odczytano apel Węgierskiego Czerwonego Krzyża o transport krwi, lawina ruszyła. Dosłownie kilkanaście godzin po podaniu apelu Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa na antenie katowickiej rozgłośni Polskiego Radia o oddawanie krwi dla bratanków, z lotniska na Muchowcu wystartował pierwszy samolot do Budapesztu, wiozący 36 litrów krwi i kilkanaście litrów osocza. Akcja szybko, nomen omen, rozlała się na całe województwo katowickie, od Częstochowy aż po Bielsko-Białą. Do 1 listopada zebrano w całym regionie administracyjnym aż 200 litrów krwi dla Węgrów, na bieżąco transportowanej drogą lotniczą.

Prócz dawstwa organizowano również w całym województwie zbiórki żywności, środków pieniężnych, ubrań, leków i medykamentów. Niebywała skala i ofiarność społeczeństwa województwa śląskiego przybierała czasem formy łączące symbolikę i konkret: Opera Śląska w Bytomiu 3 listopada zagrała dodatkowe przedstawienie Fausta Charlesa Gounoda, a cały dochód z biletów przekazano na rzecz walczących Węgier. Deklarowano nawet gotowość adopcji węgierskich sierot. Solidaryzowano się też w formie demonstracyjnej. 11 listopada 1956 r. studenci Politechniki Gliwickiej zorganizowali marsz milczenia, w którym wzięło udział, zgodnie z szacunkami ówczesnej „Trybuny Robotniczej”, ok. 8,5 tysiąca osób.

Równocześnie na przełomie października i listopada, w związku z powstaniem w Budapeszcie oraz trwającym równolegle kryzysem wokół Kanału Sueskiego, pojawiały się symptomy społecznej paniki przed wybuchem kolejnej wojny światowej – której niektórzy wyczekiwali z nadzieją, inni zaś wykupywali ze sklepów produkty pierwszej potrzeby.

Stawało się jednak jasne, że dalej idących zmian już nie będzie. Wciąż jeszcze noszono symboliczne kotyliony z kirem, jednak sytuacja powoli się „normalizowała”, a rok 1956 szczęśliwie nie przyniósł nowej wojny światowej – nie przyniósł jednak również, niestety, znaczniejszego przełomu.

II. 1976. PROPAGANDA I PIERWSZE PĘKNIĘCIE

O ile z kolei fala protestów, które przetoczyły się 20 lat później nie tylko przez Radom, Ursus i Płock, ale w sumie przez 24 z 49 ówczesnych województw, w związku z drastyczną podwyżką cen żywności wprowadzoną odgórnie przez władze, nie przybrała na Górnym Śląsku większych oznak większego społecznego buntu, tak ziarno, które wówczas zasiano, kiełkowało bardzo powoli, acz trwale. Władze bowiem przygotowywaly się do tej podwyżki, wysyłając na „ćwiczenia rezerwy” osoby zidentyfikowane jako wrogie władzy lub buntownicze. Z województwa katowickiego powołano na poligon w ten sposób ok. 250 osób, co było wynikiem porównywalnym  z województwem warszawskim.

Władze zabezpieczyły odwody milicji i wojska na Śląsku na wypadek rozruchów. I znowu – najgwałtowniejsze protesty miały miejsce tam, gdzie komuniści niezupełnie się spodziewali.

Za to w odpowiedzi na wydarzenia w Czerwcu 1976 roku PZPR postanowiła ukazać partyjny matecznik Edwarda Gierka jako wzorowy socjalistyczny region. Z tej okazji postanowiono zorganizować naprędce masowe prokomunistyczne demonstracje: dwustutysięczną w Katowicach oraz stutysięczne w Częstochowie i Bielsku-Białej. Całkiem prawdopodobne, że dużym nakładem organizacyjnym, połączonym ze zwożeniem tysięcy ludzi autobusami, udało się w Katowicach wynik ten osiągnąć. Z kolei 2 lipca w zapełnionym po brzegi Spodku miał miejsce transmitowany przez telewizję wiec z udziałem Edwarda Gierka, który w relacji Stefana Kisielewskiego nosił wręcz wszelkie cechy Parteitagu.

Machina społecznego oporu rozpędzała się bardzo powoli. Jednym z bezpośrednich efektów drugiego pamiętnego czerwca było powołanie ruchów takich, jak Komitet Obrony Robotników (wrzesień 1976 r.) czy Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (marzec 1977 r.), a także kolejne organizacje – w tym założony przez Kazimierza Świtonia, elektromechanika z Katowic, pierwszy w kraju Komitet Pracowniczy Wolnych Związków Zawodowych. Warto pamiętać, że to właśnie na Śląsku w lutym 1978 r. miała początek organizacja, na której wzorowały się później Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża, a pośrednio odwoływał w lecie 1980 r. NSZZ „Solidarność”.

Przeczytaj również: Gierkowski kontrakt właśnie się wyczerpał 

Jednym ze szczególnych współpracowników Kazimierza Świtonia był Władysław Sulecki, górnik z Gliwic, który przystępował do współdziałania ze Świtoniem już jako doświadczony współpracownik Komitetu Obrony Robotników (z którym nawiązał kontakt już we wrześniu 1976 roku) oraz jego przedstawiciel na województwo katowickie. Sulecki należał również do redakcji KOR-owskiego „Robotnika” (co ujawnione było w stopce redakcyjnej pisma), kolportował materiały KOR i ROPCiO, a jesienią 1977 r. podpisał się pod Deklaracją Ruchu Demokratycznego.

Szeroko zakrojone represje zaczynały dotykać nie tylko Suleckiego (pobitego do nieprzytomności w maju 1977 r.), ale również jego dzieci. Wielokrotnie był on rewidowany, przesłuchiwany i nękany przez Służbę Bezpieczeństwa Wówczas zdecydował się on na emigrację do Niemiec Zachodnich, która nastąpiła w 1979 r. Chwilę przed nią na łamach „Robotnika” ogłosił „List otwarty do górników Śląska”, w których tłumaczył powody swojej decyzji.

Na emigracji Sulecki nie wyrzekł się swojej poprzedniej działalności. Już we wrześniu 1979 r. na sesji Międzynarodowego Komitetu im. Sacharowa w Waszyngtonie złożył on swoje świadectwo o łamaniu praw człowieka i robotnika w bloku wschodnim, co stanowiło znaczny wkład w powiększenie świadomości zachodnich społeczeństw, jak naprawdę wygląda życie za żelazną kurtyną. W niemieckim Augsburgu stanął zaś na czele Komitetu Solidarności z Wolnymi Związkami Zawodowymi w Polsce, utrzymywał także kontakt z Radiem Wolna Europa i paryską „Kulturą”. Oczywiście – wspierał „Solidarność” przez całe lata osiemdziesiąte. Pozostał jednak w Niemczech, w Hagen, gdzie w 2004 roku zmarł.

Mimo szykan i trudności, machina społecznego buntu nabierała rozpędu. Nadszedł Sierpień. Cztery dni po powstaniu na Wybrzeżu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, 21 sierpnia 1980 r.,  jako pierwsze w regionie strajk podejmują zakłady „Fazosu” w Tarnowskich Górach. Za nimi ruszają kolejne zakłady. Śląsk stawał do walki razem zresztą kraju.

***

I warto na koniec też pamiętać, że w roku 1988, podczas słynnej drugiej fali strajków, jednym z ostatnich zakładów kraju, który wytrzymał w strajku, była kopalnia „Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu-Zdroju. To kilkuset śląskich górników ujrzało odjeżdżające milicyjne suki. Już wkrótce władze komunistyczne ustami generała Kiszczaka złożyły propozycję „konsultacji społecznych”, które ostatecznie zakończyły się obradami Okrągłego Stołu. Tak właśnie historia związkowego oporu, rozpoczęta przez Kazimierza Świtonia, Władysława Suleckiego i ich współpracowników zimą późnych lat siedemdziesiątych, dekadę później zatoczyła na Górnym Śląsku koło.

Michał Muszalik

Wszystkie artykuły w „Teologii Politycznej Co Tydzień” [535]: „Robotnik i polski Czerwiec”

 logo MKiDN 2

 Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Ilustracja: Huta „Zgoda” w Świętochłowicach (Śląsk), sygn. 3/3/0/18/521 // Narodowe Archiwum Cyfrowe

Bibliografia:

Biedzki T., Najdłuższy strajk, w: Górnicy. Opowieści spod ziemi, Pelplin 2024, ss. 117–126.

Dawid A., Październik ‘56 w: Górny Śląsk w Polsce Ludowej. Przełomy i zwroty. Tom I, red. Dziurok A., Linek B., Katowice-Opole 2016, ss. 91–112.

Korol-Chudy A., Kiedy Katowice były Stalinogrodem 1953-1956, Katowice 2017.

Kurpierz T. Neja J., Sierpień i wrzesień 1980 roku w województwie katowickim, w: Górny Śląsk w Polsce Ludowej. Przełomy i zwroty. Tom I, red. Dziurok A., Linek B., Katowice-Opole 2016, ss. 181–194

Neja J., Węgierskie epizody śląskiego Października 1956 roku, w: „CzasyPismo o historii Górnego Śląska” 2016, nr 1(9), ss. 40–63.

Neja J., Zawisza P, Echa Poznańskiego Czerwca 1956 r. na Górnym Śląsku, w: PodCzas – Podcast IPN Katowice  [dostęp z dnia: 2026-01-07].

Tracz B., Władysław Sulecki w: Gliwicki Leksykon Historyczny https://leksykon.gliwice.pl/indeks/sulecki/ [dostęp z dnia: 2026-06-28]

Tracz B., „Zawsze jesteśmy z Wami, towarzyszu Gierek”. Czerwiec 1976 roku w województwie katowickim w: „CzasyPismo o historii Górnego Śląska” 2016, nr 1(9), ss. 94–102.


Jeśli chcesz żywej, niezależnej politycznie myśli o Polsce, Europie i świecie, jeśli ciekawią Cię następne numery Teologii Politycznej Co Tydzień, jeśli czekasz na nasze książki, seminaria, dyskusje i kolejne artykuły na naszej stronie, wesprzyj nas stałą wpłatą. Dołącz do grona Mecenasów Teologii Politycznej. To dla nas bardzo ważne. Jesteśmy niezależnym środowiskiem intelektualnym. Istniejemy i rozwijamy się dzięki hojności naszych przyjaciół. Zapraszamy!

Dołącz już dziś i WSPIERAJ TEOLOGIĘ POLITYCZNĄ!

Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
500 zł
Wpłać darowiznę
1000 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.