Do poprawnego działania strony wymagana jest włączona obsługa JavaScript

Robotnik i polski Czerwiec [TPCT 535]

Robotnik i polski Czerwiec [TPCT 535]
Autor grafiki — Michał Strachowski

Wracając dziś do polskich Czerwców, obok postulatów zadośćuczynienia i pamięci, warto zadać także pytanie o naturę pracy i podmiotowości. W tym numerze chcemy spojrzeć na Poznań 1956 i Radom 1976 jako na wydarzenia, które odsłaniają samo jądro nowoczesnego paradoksu, szczególnie w jego XX wiecznych paroksyzmach. Kim był robotnik, w którego imieniu tak wiele uczyniono?

Plan (...) polega na uwidocznieniu formy bytu robotnika (...),
która potężnie już warunkuje bieg dziejów i władczo określa formy odmienionego świata.
 Ernst Jünger, Robotnik

W czerwcu 1956 roku na ulice Poznania wyszli robotnicy Zakładów imienia Stalina, dawnego (i przyszłego) Cegielskiego, żądając podstawowych praw: chleba i wolności. W odpowiedzi władza i cały aparat państwa, które legitymizowało się przymiotnikiem „ludowy”, wysłała przeciwko nim dziesięć tysięcy żołnierzy i ponad trzysta pięćdziesiąt czołgów. Padły strzały, wraz z nimi zabici, wśród nich trzynastoletni Romek Strzałkowski, którego nazwisko przetrwało jako jeden z najboleśniejszych symboli tamtego czerwca. Niemal dokładnie dwadzieścia lat później kolejne pokolenie doświadczyło tej samej przemocy – i znów przeciw robotnikom. Jest to sprzeczność tak jaskrawa, że aż domaga się pewnego namysłu nie tylko nad „polskimi Czerwcami”, ale także nad kategorią robotnika i jego roli w historii XX wieku.

Sięgnijmy zatem po autora, który wydaje się od polskiej historii odległy, a jednak paradoksalnie pozwala nam ją naświetlić z nieoczekiwanego miejsca. Ernst Jünger, niemiecki pisarz i myśliciel, w wydanym w 1932 roku traktacie Robotnik (Der Arbeiter) nakreślił wizję nadchodzącej epoki, w której dominującą siłą dziejową miała się stać metafizyczna postać Robotnika. Nowy typ człowieka, powołany do panowania nad światem poprzez technikę i totalną mobilizację. Jak przekonywał: „Postać jest całością, która obejmuje więcej niż sumę swoich części”. Robotnik miał być suwerenem nowej ery, tym, kto nada jej formę i ostatecznie sens. Wszak Jünger zapowiadał zmierzch świata mieszczańskiego, owego Bürgertum opartego na kulcie rozumu, bezpieczeństwa i moralności. Mieszczanin, w jego ujęciu, to ktoś, kto usiłuje „hermetycznie uszczelnić przestrzeń życiową przed wtargnięciem tego, co elementarne”, czyli przed śmiercią, walką, niebezpieczeństwem. I oto właśnie nadchodząca epoka miała ten kokon rozerwać. Praca w tym ujęciu stawała się zasadą bytu: „W erze Robotnika nie może istnieć nic, co nie byłoby pojmowane jako praca”, głosił autor. Z kolei wolność, w tym nowym porządku, okazywała się tożsama z posłuszeństwem i służbą, umowa społeczna zaś ustępowała miejsca planowi pracy.

Niepodobna czytać tych idei dziś bez pewnego niepokojącego dreszczu. Historia XX wieku bowiem istotnie przyniosła czas przeobrażenia techniki i podporządkowania jednostki logice pracy, ba! przyniosła państwa, które uczyniły z niej sztandar, a z robotnika własne bożyszcze. Co więcej, odsłoniła tę charakterystyczną sztywność twarzy, o której Jünger pisał niemal proroczo: jednolitej formy zredukowanej do funkcji trybiku w maszynie. A jednak, i tu dochodzimy do paradoksalnego sedna: polityczna realizacja okazała się ostatecznie karykaturą Jüngerowskiej wizji. Z przekąsem można powiedzieć, że nadeszła totalna mobilizacja, ale nie nadeszła Gestalt. Ustanowiono plan pięcioletni, ale nie objawiła się wraz z nim suwerenna postać zdolna nadać światu formę i sens.

W miejsce Jüngerowskiego Robotnika-Suwerena powstało coś dokładnie przeciwnego: państwo, które legitymizowało się klasą robotniczą, a zarazem czyniło z niej przedmiot własnej administracji, dyscypliny i brutalności. Dobrze przecież wiemy, że Robotnik nie panował – Robotnik był rządzony, i to rządzony jakoby w swoim własnym imieniu, co zdaje się formą zniewolenia szczególnie perfidną. Nad proletariatem wyrosła nowa warstwa beneficjentów systemu, a jej siłą nie była ani przedsiębiorczość, ani twórczość, lecz umiejętność podporządkowania się logice władzy, co więcej moralna elastyczność stała się formą kapitału. Czerwona burżuazja, nomenklatura, aparat – określeń i epitetów jest wiele, w gruncie rzeczy opisują one pewien stan rzeczywisty: warstwa, która żyła lepiej, decydowała i dysponowała. Robotnik zaś – w imieniu którego wszystko to się działo – otrzymywał zawyżone normy i puste półki.

I właśnie dlatego polskie Czerwce mają wymiar niemal filozoficznego przesilenia. W Poznaniu w 1956 roku, w Radomiu, Ursusie i Płocku w 1976 roku ujawniła się z całą ostrością sprzeczność wpisana w samo jądro systemu. To robotnicy, ci sami, których system uczynił swoim heraldycznym godłem, stali się jego głównym przeciwnikiem. Czerwiec 1956 miał charakter niemal powstańczy, szybko przechodząc do walki zbrojnej, do czego przyczyniło się powszechne obycie z bronią niedługo po wojnie oraz owa specyficznie poznańska tradycja uczciwości, która nie pozwalała fikcyjnie przyjąć nierealnych norm. Robotnik chwytał za broń przeciwko państwu, które sobie go przywłaszczało. Z kolei Czerwiec 1976 odsłonił ten sam paradoks w innej dekoracji. Gierkowski „kontrakt społeczny”, owa cyniczna umowa obiecująca konsumpcję w zamian za polityczny spokój, wyczerpał się w chwili, gdy drastyczne podwyżki cen żywności ogłoszono bez realnych konsultacji. Tym razem Gierek, pomny tragedii Grudnia 1970, zakazał użycia broni ostrej. W zamian aparat sięgnął po sadystyczne rytuały: po osławione „ścieżki zdrowia” i propagandową kampanię stygmatyzującą robotników jako „warchołów”. Państwo, które nie potrafiło już nawet udawać, że rozumie własne społeczeństwo, obnażyło swoje kłamstwo o konsultacjach. A gdy Breżniew zakazał Gierkowi wprowadzenia jakichkolwiek podwyżek, ostatnia (choć dziurawa i przezroczysta zarazem) zasłona opadła: suwerenem nie był ani robotnik, ani nawet polska partia, lecz obce imperium.

Warto byłoby podjąć także wątek gorzkiej pointy całej tej historii. Po roku 1989 również nie doszło do rehabilitacji figury Robotnika – choć dzięki KOR, Solidarności udowodniła się paradoksalnie niemal w te założenia, które Ernst Jünger postulował, choć z zupełnie innej strony. Można było oczekiwać, że wraz z upadkiem komunistycznej mitologii robotnik odzyska podmiotowość, której go pozbawiono. Stało się inaczej. Wraz z rozpadem ideologii klasy robotniczej zniknęła nie tylko fałszywa gloryfikacja pracy, ale i sama możliwość myślenia o pracy jako kategorii formującej człowieka i wspólnotę polityczną. Robotnicy, którzy w Radomiu i w Stoczni Gdańskiej wywalczyli wolność dla wszystkich, zostali po transformacji odesłani na margines, potraktowani jako relikt minionej epoki, zbędny balast na drodze ku nowoczesności. 

Otóż tu właśnie Jünger okazuje się przewodnikiem nieoczekiwanie aktualnym. Dzisiejsza nieobecność Robotnika, jego zniknięcie z naszego imaginarium politycznego, nie jest jedynie prostym skutkiem upadku komunizmu. Być może jest to świadectwo czegoś znacznie głębszego: wyczerpania całego nowoczesnego marzenia, w którym praca miała być zasadą świata, a człowiek jego twórcą. Zniknął z plakatu nie tylko komunistyczny robotnik, wraz z nim rozwiała się sama idea, że praca formuje osobę i ustanawia wspólnotę, idea, która w innym, republikańskim rejestrze była przecież bliska Norwidowi czy Brzozowskiemu czyniącemu z pracy centralny akt ludzkiego samoustanowienia. Dziś praca coraz częściej jawi się jako zatomizowana krzątanina, pozbawiona jakiegokolwiek wymiaru wspólnotowego czy metafizycznego.

Dlatego wracając dziś do polskich Czerwców, obok postulatów zadośćuczynienia i pamięci, warto zadać także pytanie o naturę pracy i podmiotowości. W tym numerze chcemy spojrzeć na Poznań 1956 i Radom 1976 jako na wydarzenia, które odsłaniają samo jądro nowoczesnego paradoksu, szczególnie w jego XX wiecznych paroksyzmach. Kim był robotnik, w którego imieniu tak wiele uczyniono? Czy figura Robotnika, oczyszczona z komunistycznej i Jüngerowskiej mitologii zarazem, ma nam jeszcze coś do powiedzenia? I w końcu: czy polska historia obaliła wizję Jüngera, czy też ujawniła, że jej spełnienie od początku było niemożliwe? 

Jan Czerniecki
Redaktor naczelny

logo MKiDN 2

 Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

W numerze:

Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
500 zł
Wpłać darowiznę
1000 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.