Wojciech Kossak: Somo-Sierra

WKossak0256

Wysadzali się malarze na przepaściste wąwozy ze skałami, z których wprost na naszych szwoleżerów kamienie i głazy zrzucają geryllasy, na pejzaże raczej do turni tatrzańskich zbliżone, jak obraz Verneta, malowany dla pułkownika Krasińskiego. Nie ma jednego, który by choć w przybliżeniu był w zgodzie z rzeczywistością – wspominał prace nad „Panoramą Somosierry” Wojciech Kossak. W „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Polskość jak malowana” publikujemy fragment jego „Wspomnień”.

Po powodzeniu i artystycznem i finansowem Bere­zyny, powstała myśl w gronie przyjaciół sztuki polskiej powierzenia mi ilustrowania jednej z najpiękniejszych kart naszej historyi wojennej w postaci panoramy. Somo-Sierra zdawała się cenzuralną, Kircholm i szarża hussaryi pod Warszawą na Szwedów zanadto narodowa, o Grochowie, Iganiach, Stoczku nawet marzyć nie wolno. Somo-Sierra jest ogólno-europejską jak cała epopeja napoleoń­ska. Nieśmiertelna szarża, wykonana przez pułk chevaux-legerów gwardyi, daje swoje nazwisko rozdziałowi histo­ryi Thiers’a, poświęconemu wojnie hiszpańskiej. 23 biule­tyn armii hiszpańskiej, redagowany pod dyktandem Napo­leona, nazywa ją »la charge brillante s’il en fut«.

Malarze francuscy, jak mój chrzestny ojciec, Horacy Vernet, Bellenger, Raffet, malarze polscy jak Suchodol­ski, mój Ojciec, ja i wielu innych, traktowaliśmy ten temat, nie mając żadnych danych co do konfiguracyi terenu, jak opisy uczestników szarży: Załuskiego, Niegolewskiego, Tedwena, Łubieńskiego i innych. Opisy te są bardzo nie­dokładne, wskutek tego każda Somo-Sierra była dotąd fantazyą.

Czytałem te opisy w oryginalnych listach, pisanych do śp. Piotra Michałowskiego, jedynego wówczas bata­listy polskiego. Najwięcej mnie przekonał list śp. Niego­lewskiego. Powiada on, zapytany listownie, jak mu się przedstawiła Somo-Sierra jako pejzaż: »Co do lanszaftu, to wiele wmość panu powiedzieć nie mogę, pamiętam, że była gęsta mgła, a potem zaczął prószyć pierwszy listo­padowy śnieg — zresztą, wśród trzasku granatów, świstu kul, warczenia kartaczy i gęstego dymu z hiszpańskich dział, przyznam się szczerze, żem na lanszaft nie zwracał uwagi«.

Wysadzali się więc malarze na przepaściste wąwozy ze skałami, z których wprost na naszych szwoleżerów kamienie i głazy zrzucają geryllasy, na pejzaże raczej do turni tatrzańskich zbliżone, jak obraz Verneta, malowany dla pułkownika Krasińskiego. Niema jednego, któryby choć w przybliżeniu był w zgodzie z rzeczywistością, a moja Somo-Sierra, to już chyba najmniej do prawdziwej po­dobną.

Toteż oprócz na poważne zadanie i możność stwo­rzenia dzieła, które nareszcie byłoby historycznym doku­mentem po tych wszystkich fantazyach malarskich, cieszy­łem się także szczerze na dokładne poznanie tego pamię­tnego pola bitwy.

Cieszy­łem się szczerze na dokładne poznanie tego pamię­tnego pola bitwy

Gdy konsorcyum zrobiło ze mną kontrakt notaryalny, gwarantując mi sto tysięcy rubli za panoramę Somo-Sierry, wraz z plastycznym terenem, prosiłem cesarza Wilhelma o urlop na czas, potrzebny do studyów przy­gotowawczych i do wykonania samego obrazu. Udzielił mi go chętnie, winszując tak poważnego przedsięwzięcia. Właśnie w tym czasie wyszła z druku broszura śp. je­nerała Puzyrewskiego o szarży pułku szwoleżerów gwardyi pod Somo-Sierrą. Napisana przez znakomitego strategika armii rosyjskiej, tętni najżywszym entuzyazmem i podziwem dla ducha, ożywiającego ten wyjątkowy pułk. Jenerał Puzyrewski kończy swoją broszurę zapewnieniem, że tylko młodzież szlacheckich rodów, mająca cel tak idealny przed sobą, jak odrodzenie swej ojczyzny, mogła dokonać aktu podobnej brawury.

— »Mówili — pisze jenerał niektórzy historyografowie niechętni Polakom, że w tem piekle Somo-Sierry młode rasowe konie chevaux-legerów wściekły się i po­niosły swoich jeźdźców... Dlaczego jednak poniosły ich wprost na armaty hiszpańskie!? Konie ponoszą także czę­sto w tył!«

Te zapatrywania jenerała skłoniły mnie do złożenia mu wizyty przed wyjazdem do Hiszpanii, aby go prosić o radę i o pokazanie croquis całej akcyi, przysłanych mu przez sztab jeneralny hiszpański do jego dzieła.

Jenerał przyjął mnie bardzo życzliwie, zazdrościł mi mojej podróży, rozmawiając ze mną płynną polszczyzną, zaledwie trochę akcentem północno-litewskim zabarwioną. Objaśnił mi na planach cały przebieg bitwy tak dokładnie, że znalazłszy się w kilkanaście dni potem na polu bitwy, mogłem najdokładniej oznaczyć każde stanowisko, czy to bateryi hiszpańskich i pułków Palafoxa, czy też poszcze­gólnych oddziałów armii francuskiej.

Z moim kolegą, Michałem Wywiórskim, pejzażystą, wy­jechałem na Paryż do Madrytu. Przy malowaniu Be­rezyny oceniłem wartość Wywiórskiego jako pomocnika przy dekoratywnem pojęciu pejzażu. Posiada on w wy­sokim stopniu to, co na dystans szesnastu metrów odle­głości daje złudzenie prawdy. Dokładne odczucie walo­rów, a zupełne pominięcie finezyi samej techniki i sposobu kładzenia plam (main d’œuvre). O ile ta właśnie technika (main d’œuvre) w mniejszych obrazach daje wartość wyż­szą lub mniejszą pejzażowi, o tyle w panoramie na ten dystans przepada zupełnie i chybia celu. Dlatego też zna­cznie dystyngowańszy pejzażysta jak i technik śp. Jan Stanisławski, był w panoramie nie do użycia, a Wywiórski w swoim żywiole.

(...)

Ruszyliśmy sud-expressem ku Hiszpanii. Około szó­stej zrana, przyjechaliśmy do Bordeaux. Począłem trząść śpiącym Wywiórem, aby szedł ze mną napić się kawy. Gdy przeczytał, że jest w Bordeaux, żachnął się na moją propozycyę: »Raz w życiu znajdzie się człowiek w Bordeaux, a ten mi kawę proponuje!« Wrócił niebawem do przedziału obarczony licznemi flaszkami i nieco ułago­dzony. Niestety, niedługo to trwało; rozdrażnienie do­szło wkrótce do ostatnich granic. »Głupi!« (jak twierdził) sud-express, świstał tylko idyotycznie na stacyach takich jak Macon, Margeaux, Lafitte i t.d., a za to zatrzymał się nareszcie »idyota! gdzie, w Angoulême! — czy kto kiedy słyszał o jakiem Angoulême!?«

W Henday kupiliśmy pesetów i wnet w Irun wje­chaliśmy do Hiszpanii.

Od razu różnica ogromna. Stacyjki biedne, po sło­necznej Francyi, jakoś szaro i smutno, napisy tylko noszą pewną cechę rycerskiej galanteryi. »Señoras-Caballeros«, trochę to inaczej brzmi jak twarde i oschle »Weiber-Männer«. Jedziemy przez Pyreneje; przypominają trochę Tatry, tylko Baskowie, których się widzi na stacyjkach, jakżeż nie podobni do naszych górali. Zupełnie męski chór operetki lwowskiej w Carmen. Czerwone berety, pończochy w paski na poprzek i na dobrze okrągłych brzuchach szeroki pas wełniany. Małe to i pękate.

O świcie przejeżdżamy przez Escorial: jesteśmy na jednem z najwyższych płaskowzgórzy w Europie. Wraże­nie bezmiernego smutku coraz silniejsze, nieurodzajne zu­pełnie ugory jakieś puste, czasem kilkanaście mułów jeden za drugim, smutnie patrząc w ziemię, ciągną jakiś dwu­kołowy wóz. Cisza, ani ptaka, ani zająca, horyzonty jakieś dziwne, kończące się raptem ciemną sylwetą, za niemi coś dopiero w kłębach tragicznych chmur majaczeje, czy to góry i śniegi, czy obłoki? Te horyzonty widziałem już na portretach konnych Velasqueza. To Kastylia.

Jedziemy przez Pyreneje; przypominają trochę Tatry, tylko Baskowie, których się widzi na stacyjkach, jakżeż nie podobni do naszych górali

Rano byliśmy w Madrycie; zajechaliśmy do Hotel de Paris, na Puerta del Sol (brama słońca). Rzecz prosta, że ani Madrytu ani galeryi w Prado opisywać nie będę, za­znaczam moje wrażenia osobiste. Madryt charakteru wy­bitnego nie ma, nie porównać go ani z Toledo, ani z Kadyksem, ani nawet Pampeluną co do wybitnej couleur locale. Tak samo wielka różnica jest między tragiczną i chmurną Kastylią i Aragonią, a słonecznemi prowincyami południowej Hiszpanii. Zadziwiło mnie jednak i za­imponowało, już w Madrycie, przywiązanie Hiszpanów do swojego ubrania narodowego. Ilość surdutów jest mini­malną, wszyscy mężczyźni mają sombrero z wielkim ron­dem, krótki spencerek, szeroki, czarny, wełniany pas i »manta«, rodzaj peleryny z ciemnej materyi. Tak samo rzadkiem zjawiskiem jest dama w kapeluszu, jak mężczyzna z wąsem, albo jeszcze rzadziej z brodą.

Sala Velasqueza w Prado, sama jedna, wartą jest podróży do Madrytu, bo tam się dopiero ocenia należy­cie tego fenomenalnego malarza. Jego don Juan d’Austria, cóż to za portret! Ten zły i lichy człowiek, z fałszywem spojrzeniem i ziemistą cerą wątrobiarza, w tych atlasach jasno-różanych, a te arcyksiężniczki, konno, naturalnej wiel­kości. Jedna ładna, wesoła i widać, że z przyjemnością patrzyła na Velasqueza, gdy ją malował. Aksamitnem, ciepłem spojrzeniem z wysokości konia, obejmuje krąg swojego widzenia. Druga skwaszona, sztywna, ledwie, że raczy spojrzeć na tego przepysznego caballero, jakim był Velasquez. Ta musiała mieć zapatrywania wiedeńskiej arystokracyi, do dziś dnia niezmienne: »Er ist kein Cavalier, er arbeitet«.

(...)

Przygotowałem nasz rynsztunek malarski, zapasy dla Wywióra, Xeresu, Alicante i Madery kilka flaszek (okazało się potem, że za mało) i ruszyliśmy koleją do Segovii. Gdyby automobile były wtenczas tak rozpowszechnione jak dziś, cala wyprawa byłaby się odbyła nierównie prę­dzej i wygodniej. Musieliśmy bowiem z Segovii wlec się cały dzień do Somo-Sierry. Nie byłbym za to poznał tego niezwykłego miasta, jakiem jest Segovia, a jakich w Hi­szpanii wiele. W obrębie murów obronnych, częścią jeszcze rzymskich, częścią maurytańskich albo z czasów Karola V., nagromadzone obok siebie, jakby kto do pudelka to wszystko razem powrzucał, rzymskie akwedukty, wspaniale moszeje z minaretami, renesansowe pałace i domy, w których nie­wiadomo skąd maurytańskie moucharabie zamiast okien. To wszystko powiązane ze sobą dziwnymi zaułkami, schod­kami, tajemniczemi jakiemiś przejściami. Nad tem wszystkiem dominująca skała, na której piętrzy się stary zamek, podobny w sylwecie do zamku orawskiego.

Zameczek ten ma swoją tragedyę. Tam nad samą przepaścią, w oknie, które do dziś dnia pokazują, dama dworu, duegna jakaś młoda, stała, trzymając królewskiego infanta. Czy infant był niesforny, czy dama dworu roz­targnioną, dość, że bęben wypadł jej z rąk w przepaść i zabił się, a damie, aby na drugi raz była ostrożniejszą, król kazał ściąć główkę.

Jako przyczynek do cywilizacyi dzisiejszej w Hiszpa­nii i niepojętego zastoju w postępie tego tak bogatego i kulturalnego niegdyś narodu, zacytować muszę szczegół, prawie nie do wiary.

Gdyśmy z kolei do jakiejś oberży brzęczącym, za­przężonym w pięć mułów omnibusem, zajechali, przeglą­dnąłem nasze zapasy, aby nazajutrz wczesnym rankiem ruszyć w góry. Okazało się, że zapomniałem cytryn i ma­sła. Poleciłem panu Freundowi, aby poszedł szukać tych artykułów. Po dość długiej nieobecności, zjawił się pan Freund i położył przedemną pakiecik, zawinięty w brudny i zmięty papier. Była w nim zielona, podejrzanej czysto­ści flaszeczka z płynem nieokreślonego, brudnego koloru, i, jak mi się na pierwszy rzut oka zdawało, pół łokcia kiszki wątrobianej (Leberwurst). Było to tak niepodobne do cytryn i do masła, po które go posłałem, że nie mo­głem zrozumieć, co to znaczy. Pan Freund wytłomaczył mi, że w tym kraju cytryn i pomarańcz, nie mogę ich dostać w naturalnej postaci, więc przyniósł płynu z solo­nych cytryn. W głowę zachodzę, do czego oni mogą używać tego cuchnącego, brudnego i słonego płynu. Za­pach jego był tak wstrętny, że natychmiast całą flaszeczkę wyrzuciłem za okno. Ten leberwurst zaś, to było paroletnie masło, szara, brudna jakaś maść w popielatej kiszce! W Hiszpanii dostać można masła jedynie w tej po­staci (oprócz paru hoteli w Madrycie), służy ono do pie­czenia francuskiego ciasta, zresztą nikt go nie je, wszystko się smaży na oliwie.

Je­dyny kraj, przypominający mi trochę Kastylię, to okolice Dniestru, ale Podole nie daje tego przygnębiającego jakiegoś smutku, czegoś bezpowrotnie minionego

Z Segovii jechaliśmy na wschód, mając po prawej stronie ciągle pasmo gór Guadarramy. Wlekliśmy się ra­czej, nie jechali, mając wóz na dwóch kolach z budą, za­przężony w trzy muły w szydło, na wozie tym były na­sze przybory malarskie i aparaty fotograficzne. Szliśmy prawie cala drogę piechotą, co było znośniejszem niż trzęsienie tego wehikułu. Przez cały ten dzień, wlokąc się tym wielkim traktem, idącym z Bajonny przez Burgos do Madrytu, nie spotkałem ani jednego powozu, ani jednego surdutowca, jedynie i wyłącznie tylko chłopów. Kraj smu­tny i jałowy, a im dalej w góry, tem nastrój coraz tra­giczniejszy, dziwne jakieś niby wsie, niby miasteczka o cha­rakterze niepodobnym do żadnych innych, jakby z gliny albo ziemi budowane kastele o dziwnych formach, poprzyczepiane do skał, albo gór nad wielkimi jarami. Je­dyny kraj, przypominający mi trochę Kastylię, to okolice Dniestru, między okopami św. Trójcy a Chocimem, ale Podole nie daje tego przygnębiającego jakiegoś smutku, czegoś bezpowrotnie minionego.

Wśród tych pól, stojących odłogiem, każdy most, a nawet każdy mostek jest śladem wielkiego niegdyś do­brobytu i kultury. Oto widzę z daleka wśród ugorów i rzad­kich pól kartofli, jakiś rząd białych, nieruchomych, jakby ludzi w turbanach siedzących, albo kóp zboża, nieznanej mi może o jasnej słomie jarzyny. Zbliżamy się, i widzę pole kartofli, wśród otoczenia murem, o najbogatszym wschodnim motywie, rzniętym w kamieniu. Przypuszczam, że musiał tu być kiedyś cmentarz Maurów.

***

Widzę całe pasmo Guadarramy. Teraz dopiero je­steśmy na wielkim trakcie idącym z Bajonny do Burgos, na tle złotego nieba granatową sylwetą rysuje się każdy szczyt. Na pierwszy rzut oka, obejmując całe pasmo wzrokiem, widzę gdzie Somo-Sierra. Tam! Tylko tam, gdzie wśród stromych i wysokich szczytów to łagodne zagłę­bienie, tak, to jest jedyne przejście przez Guadarramę i je­dyna droga do Madrytu.

Myśl, że jestem już na tym samym trakcie, po któ­rym legia nadwiślańska i szwoleżery gwardyi tyle razy maszerowali, że jestem już blizko tego miejsca o nazwie tak popularnej w dalekiej Polsce, napełnia mnie, pomimo zmęczenia, doskonałym humorem. A że pragnąłbym i Wywióra zmordowanego tą całodzienną wędrówką ożywić i do mojego diapazonu dostroić, niebacznie prawie cały zapas wina oddaję do jego dyspozycyi, pełen otuchy, że teraz, kiedyśmy już nareszcie tak blizko celu, wszystko będzie dobrze.

O świcie ruszamy już wprost, ku różowym teraz na tle oparów szarych i mgieł, górom Guadarramy, trakt nas prowadzi wprost na owo siodełko. Wizye mojej malar­skiej fantazyi zapełniają mi tę drogę, sceny z pamiętników Załuskiego, księżnej d’Abrantes (marszalkowej Junot), je­nerała Dezyderego Chłapowskiego, sceny z Popiołów Żeromskiego tłoczą się i kłębią!... Jesteśmy w wiosce Cerejas (cerises, wiśnie), zgadza się najdokładniej z pla­nem sytuacyi jenerała Puzyrewskiego. Tu był biwak ce­sarza, u wejścia niemal do wąwozu, tu wstąpił tejże nocy w służbę przy nim, Kozietulskiego czwarty szwadron szwoleżerów gwardyi, zluzowawszy szwadron de gendarmes d’elite, którzy byli w służbie od Bajonny. Inne szwadrony pułku szwoleżerów zostały nieco w tyle, tam ku Sepulveda. Tutaj przy ogniach biwaków w zimną noc listo­padową, w mrozie, wionącym od granitowej pustki tak już blizkiej, nie jeden z naszych zmówił pewnie »Kto się w opiekę« i popatrzał, czy szkaplerza nie zgubił. Łańcu­chy ogni hiszpańskich, ciągnące się po falistościach wzgórz, wskazywały dostatecznie, że to, co patrole wywiadowcze meldowały szefowi sztabu Berthier a księciu Neufchatelu, jest prawdą; cała armia Palafoxa czeka na Napoleona w Somo-Sierra, a że bronić będzie tego défilé z całą za­ciekłością, o tem nikt nie wątpił.

Wychodzimy z Cerejas i wchodzimy do wąwozu. Przypomina mi się wejście do doliny Kościeliskiej w Ta­trach. Formacya gór mniej dzika od tatrzańskiej, zato jo­deł i świerków niema wcale, tylko kępki limby, góry za­walone głazami, jałowe jak Czerwone Wierchy. Szosa sze­roka idzie wzdłuż szumiącego górskiego potoku, po pra­wej stronie; przechodzimy mostek kamienny, potok jest teraz po lewej naszej stronie. Już wiem! oryentuję się teraz doskonale, zaraz będzie drugi most, potok pozosta­nie już zupełnie za nami, a wnet szyja wąwozu rozsze­rzy się w rozległą dolinę. Za drugim mostkiem, tym wła­śnie, na którym stoję, stał szwadron służbowy Kozietul­skiego, zasłonięty wystającą skalą od kul działowych i kartaczy, a tu, w tem tu miejscu, stał cesarz.

Lecę już kłusem, Wywiór za mną, mijamy tę skałę, która była bramą tego piekła, i widzimy naraz całe pole bi­twy — szeroka dolina, wznosząca się łagodnie ku szczytowi siodła. Oprócz szosy, wszystko zawalone głazami, ani kłusem a cóż dopiero galopem tam nie przejedzie.

Droga podobna jak do Kuźnic, ale idzie w za­kosy, wszystko jednak na większą skalę i rozłeglejsze. Od wejścia do wąwozu aż do szczytu siodła, jest cztery kilometry. Szosa jest zamknięta z obu stron murem z gła­zów i obsadzona topolami, widać ją dokładnie całą, po­mimo mgły jesiennej. Podobna błyskawicy piorunu, załamuje się parę razy i wreszcie prostą końcową linią strzela wprost aż do szczytu. Tam daleko u szczytu siodła, jeszcze ru­dzieją na tle sinych mgieł złotawe sylwety topoli.

Dochodzimy do pierwszego załamania szosy pod ką­tem prostym. Tu musiała stać pierwsza baterya hiszpań­ska, tu z pewnością, bo osiemset kroków najwyżej odda­loną będąc od szyi wąwozu, mogła zasypywać gradem kartaczy wejście na tę śmiertelną arenę, sama zaś nie była w rejonie strzałów innych bateryi hiszpańskich.

Jak oni mogli przejechać! Na każdym zakręcie stały cztery armaty, szosa niezbyt szeroka, nawet kanonierom przychodziło się między osiami przeciskać, aby się prze­dostać do wylotów dział, gdy przyszło je nabijać?!

Ze szosy zeskoczyć nie mogli na łączkę obok, bo chociaż tacy jeźdźcy jak oni, przesadziliby ten mur z pe­wnością, to i tak nie mogliby po tych kamieniach i dziu­rach galopować. Zresztą, za tym murkiem, głowa przy głowie, klęczeli lub przysiedli geryllasy i rznęli do nich siekańcami »a bout portant«, dotykając ich niemal lufami karabinów i tromblonów (garłaczy).

Porównując Somo-Sierrę w naturze z płodami imaginacyi naszej, nas malarzy, co ją chcieli ze swej fantazyi odtworzyć, wygląda dla nie-żołnierza bardzo niewinnie, niema ani przepaści ani jarów. Natomiast z punktu wi­dzenia żołnierza i jeźdźca, musiało to być wprost piekłem.

Ten nasz samotny szwadronik (136 koni), zmuszony pędzić, co koń wyskoczy, po wytkniętej jedynej drodze, na którą koncentrycznym ogniem bija wszystkie armaty Palafoxa, zmiatając wszystko krzyżowym ogniem, to gor­sze, niż skały i przepaście. A przecież to jeszcze nie wszystko, bo defilowali marsz marsz wśród rotowego ognia przyczajonych, pod osłoną kamiennego murku, geryllasów, a co kilometr barykada z armat, zamykająca szczel­nie szosę, a ziejąca ogniem kartaczy.

Tu musiała stać druga baterya, tu padł koń pod Kozietulskim, tu naj­więcej padło naszych

Zwracamy się z szosą na lewo ku jarowi skalistemu, jakby wejściu do innej ważkiej dolinki. U jej wejścia parę nędznych, kamiennych lepianek, pokrytych dachówką, to Sepulveda Villa. Szosa do nich nie dochodzi, ale raptem zwraca się teraz, jak strzelił, prosto w górę. Tu musiała stać druga baterya, tu padł koń pod Kozietulskim, tu naj­więcej padło naszych. Jeszcze dwie baterye. Te miały na­szych długo na celu, ze dwie i pół minuty, licząc że szwadron, pędząc marsz marsz pod górę, robił siedemset kroków na minutę, a na wycięcie obsługi przy przesa­dzonych bateryach potrzebował pól minuty. Armaty mieli wycelowane z góry, żaden myśliwy na stanowisku, tak pewnym nie mógł być nigdy zwierzyny, bo wyjść może na prawo albo na lewo od niego. Kanonierzy Palafoxa wiedzieli, że tylko po szosie nieprzyjaciel ku nim postą­pić może. Potrzebowali tylko lonty do zapałów przyłożyć.

Dochodzimy do szczytu, do ostatniej bateryi, stoi tam parę dziwnych budynków z szarego kamienia. Stare one bardzo, widziały z pewnością »la charge brillante s’il en fut«. Tu z całego szwadronu dojechało siedmiu , a reszta albo zginęła, albo przy poległych swoich koniach zaścieliła szosę. Tu wobec tych smutnych starych ruder kamiennych, Niegolewski, jedyny jeszcze oficer, z tymi siedmioma żyjącymi szwoleżerami padł z koniem, a gdy leżał pod nim, dostał od rozwścieczonych klęską uciekających geryllasów szesnaście pchnięć bagnetem. W kilka minut po­tem, tli w tem samem miejscu, zbroczony krwią, podtrzy­mywany przez swoich żołnierzy, widział jak przez mgłę, że biała ręka w szarym rękawie, zbliża się do jego pokłu­tej piersi i kawalerski krzyż legii honorowej na niej przypina.

***

Stanąwszy na szczycie siodełka, widzi się teraz szosę, łagodnie sunącą ku dolinie, ku Madrytowi.

Wywióra trapi pragnienie, w gorączce i podnieceniu przelecieliśmy te cztery kilometry pod górę, a wóz nasz na dole, przy tym mostku, na którym cesarz czekał, aż umilkną armaty. Wywiór po raz pierwszy od wielu lat decyduje się z niesmakiem na »gęsie wino«.

Właśnie tuż obok szemrze górski strumyczek i ścieka jakaś woda aż biała od piany. Wywiór na wodzie się nie zna, nie dziwi go ta piana niezwykła, pochyla się i pije, wnet zrywa się jednak, spluwając z obrzydzeniem. Były to mydliny; parę metrów wyżej, dwie señoritas prały ja­kieś brudne szmaty. Wywiór do śmierci pozostanie w prze­konaniu, że woda, przed którą go instynkt zawsze tak prze­strzegał, musi mieć koniecznie smak mydła.

Wracamy do naszego wozu, pan Freund tymczasem przygotował śniadanie. Wywiór wypił wszystko, co było do wypicia, aby smak »wody« zapić, i powoli udobruchał się nieco.

Szwadron, z którego ledwie potowa jeszcze żyje, zakręcił teraz marsz marsz ku drugiej bateryi, tam najstra­szniejsza czeka go hekatomba

Wybraliśmy miejsce na »podium«, to znaczy punkt, z którego patrzący na panoramę, będzie widział i wylot szyi, z którego, wobec milczącej już bateryi pierwszej, ru­sza sztab cesarza szosą naprzód. Ja moją kompozycyę już widzę. Dwóch szaserów konnych gwardyi poprzedza ce­sarza i jego świetny sztab. Równocześnie au pas gymnastique walą się pułki piesze woltyżerów i fizylierów fran­cuskich na prawo i na lewo od szosy. Obok podium tuż będzie pierwsza baterya. Armaty krwią zlane, szwoleżery i ich konie w furyi natarcia powbijały się między armaty, w ostatniem tchnieniu jeszcze sięgając kurczowym odru­chem za zdobyte armaty... Cicho naraz w tem strasznem piekle... Szwadron, z którego ledwie potowa jeszcze żyje, zakręcił teraz marsz marsz ku drugiej bateryi, tam najstra­szniejsza czeka go hekatomba... Hrabia Segur, przyjaciel Polaków, adjutant cesarski, widząc tę szarżę jedyną, nie wytrzymał, sadzi z ordynansem swoim za bohaterskim szwadronem... Widzę majaczące w oddali dalsze baterye, gdzie kanonierzy z zapalonymi lontami czekają, aż z za­krętu ukaże się resztka szwadronu, już tylko kilkunastu.

W kilka minut po nich zabrzmią trąbki pozostałych szwadronów nieśmiertelnego pułku »lekkokonnego gwardyi«. Nie ich wina, że szwadron Kozietulskiego wyciął co było do wycięcia i zdobył wszystkie armaty, a oni jak i kawalerya gwardyi francuskiej, pojada już wolną drogą.

Rozpoczynamy studya terenu. Wywiór jest nieoce­niony, robota idzie w nastroju przedziwnym... Wiem na­reszcie, jakim jest »wąwóz« Somo-Sierry. W żadnym języku europejskim niema słowa, odpo­wiadającego francuskiemu »défilé «. Właściwie znaczy to przejście, które nie pozwala oddziałom poruszać się ina­czej jak bardzo ważkim frontem. Historyografowie Somo-Sierry, przetłómaczyli to na »wąwóz«. Wąwozem w Somo-Ssierra jest tylko krótka gardziel górska u wejścia, a ta wcale przez Hiszpanów nie była obsadzoną. Najstraszniej­szym »défilé «, czyli wąwozem była tutaj ta szosa, otoczona murem, wśród łąki, zawalonej głazami, na jakie dwa kilo­metry szerokiej.

Wywiór pracuje, fotografuje, obaj nie tracimy czasu. Przybijam obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej na sta­rej topoli tam, gdzie stała druga baterya. Hiszpanie go nie tkną z pewnością.

Widzę jednak, że Wywiór rozdrażniony i, jak motor w automobilu, gdy dopływ benzyny za mały, zaczyna prychać i kichać, tak i on zaczyna być przykrym i ner­wowym. Niema nic do picia, te mydliny sprawiły, że wszystko poszło. Skądże ja mu tu dostanę wina w tern pustkowiu!

A dogodziłbym mu z duszy serca, bo kochany Mi­chałek pracuje jak koń i znakomite studya wali jedno po drugiem.

Z za zakrętu drogi wyłaniają się ogromne uszy, za niemi jeden, drugi, trzeci, czwarty muł, za mułami wresz­cie ukazuje się i wóz na dwóch ogromnych kolach, na nim leżą wory skórzane, ale jakieś okrągłe jak dynie. Dwóch caballeros idzie obok. — »Buenos dias!« — Pan Freund zaczyna z nimi pogawędkę. Wino wiozą! Wino krajowe »rioja« (riocha) się nazywa. Rzeczywiście w tych worach coś bulgocze. Wywiór zbliża się z rozjaśnionem obli­czem. Jeden caballero uderza z pod spodu pięścią w wór, przedtem wyjąwszy drewniany czop; ukazuje się ciężka, gęsta, czarna ciecz. Ale Wywiór przywarł już do tego otworu ustami...

— Wojtek, skosztuj, doskonałe.

W znakomitych ilustracyach Gustawa Doré do Don Quichota, widziałem takie worki z winem. Nie powiem, żeby to ponętnie wyglądało.

Gdy przyszło do zapłaty, caballeros nie chcieli ani centima przyjąć, zaledwie dali się papierosami poczęsto­wać. Wywiór jednak kupił sobie jeden wór pełny i z tro­skliwością, trzymając go na kolanach, zabawiał się nim aż do Segovii.

Wojciech Kossak


Teologia Polityczna jest niezależnym środowiskiem, które może prowadzić i rozwijać swoją działalność dzięki Państwa wsparciu.
Zostań Mecenasem ambitnej polskiej kultury. Ustaw stały, comiesięczny przelew o dowolnej wysokości. Prosimy o darowizny na numer konta:
Fundacja Świętego Mikołaja, Volkswagen Bank Polska S.A. 64 2130 0004 2001 0299 9993 0001 z dopiskiem „darowizna na Teologię Polityczną”.
Dziękujemy każdej osobie, która ustawi stały przelew i tym samym dołączy do grona Mecenasów Teologii Politycznej.

Zostań współwydawcą Teologii Politycznej. Przekaż darowiznę.

Wpłać darowiznę
50 zł
Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
200 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.