Sukces „marszu przez instytucje” [FELIETON]

Sukces „marszu przez instytucje” [FELIETON]

„Notatki z więzienia” Antonio Gramsciego i „Zasady dla radykałów” Saula Alinsky’ego to książki, które wciąż są cenione i czytane. Wciąż uczą współczesną młodzież, w jaki sposób walczyć o zwycięstwo lewicy: już nie przy pomocy krwawych rewolucji, lecz przez „marsz przez instytucje” – pisze Ewa Thompson w kolejnym felietonie z cyklu „Widziane z Houston”.

Lewicowe ideologie wieku dziewiętnastego doprowadziły do wielkich zbrodni w wieku dwudziestym. Pogrążyły w nędzy tych, którzy przeżyli. Sformowały społeczeństwa przesiąknięte strachem. Nota bene Hitler nie był prawicowym ekstremistą – przewodził partii narodowo-socjalistycznej. Socjalizm zabija.

A mimo to, „Notatki z więzienia” („Quaderni del carcere”) Antonio Gramsciego i „Zasady dla radykałów” („Rules for Radicals”) Saula Alinsky’ego to książki, które wciąż są cenione i czytane.  Wciąż uczą współczesną młodzież, w jaki sposób walczyć o zwycięstwo lewicy: już nie przy pomocy krwawych rewolucji, lecz przez „marsz przez instytucje” oraz bezczelne rozbijanie cywilizowanego społeczeństwa na każdym poziomie: jednostek, rodzin, warstw społecznych, narodowości. Przyjemność rebelii przeważa nad zdrowym rozsądkiem. A społeczeństwa pozostają bierne; reagują jedynie jednostki.

Więc gdy zobaczyłam tytuł odwrotny, „Reguły dla konserwatystów” („Rules for Conservatives”) Michaela Mastera, natychmiast  sobie tę książkę kupiłam. I co? I rozczarowanie. Książeczka owszem pełna dobrych intencji, ale składająca się głównie z banałów typu „trzeba być aktywnym” oraz  „jak być konserwatystą”?  Jest parę słusznych  uwag, np. że trzeba demaskować fałszywe sylogizmy, którymi tak często posługuje się lewica. Ale w praktyce politycznej często nie chodzi o to, aby  światu pokazać, że sylogizm jest fałszywy, bo na to nie ma czasu – dyskusja toczy się wartko i chodzi w niej nie o wykazanie, że przeciwnik się myli, ale o zwycięstwo. Dobrze to wiedział Schopenhauer, który napisał książeczkę o tym, jak należy dyskutować, aby wygrać: „Erystyka”  („Eristische Dialektik: Die Kunst, Recht zu behalten”). Umieściłabym tę książeczkę obok „Księcia” Machiavellego jako podręcznik wygrywania, bo zawiera listę wszystkich chyba chwytów w dyskusji, a jej zinternalizowanie zapewnia wygraną w każdej debacie. Alinsky niczego nowego nie wymyślił, zapożyczył się po prostu u Schopenhauera (mutatis mutandis oczywiście).

Studenci z czytania Benjamina i Adorno wynieśli nie tylko poczucie wyższości w stosunku do tradycyjnej humanistyki, ale i niechęć do filozofowania opartego o trwałe wartości

Wiele lat temu, gdy byłam początkującą asystentką, przyjęłam posadę na dość konserwatywnym uniwersytecie, na którym anglistyka była zapełniona tradycyjnymi Południowcami. Czytali oni z nabożeństwem utwory Faulknera, Eliota i osiemnastowiecznych kalwinistów; jeden z nich nawet chełpił się, że uczył się u tzw. Nowych Krytyków na uniwersytecie Vanderbilt (a to właśnie o Nowych Krytykach pisałam w mojej doktorskiej dysertacji). Wkrótce po zainstalowaniu się, postanowiłam dołączyć do grupy młodych asystentów, która czytała i komentowała nowinki w humanistyce. Jeden z moich kolegów, nazwijmy go Alanem, zaproponował czytanie książek Waltera Benjamina i innych autorów szkoły frankfurckiej. Większość z nas o Benjaminie nigdy nie słyszała. Byliśmy grupą naiwniaków i nie zadawaliśmy pytań. Dopiero znacznie później, m. in. ze wspaniałej książki Leszka Kołakowskiego „Główne nurty marksizmu” oraz z esejów Williama F. Buckleya dowiedziałam się, o co tu chodziło. Więc zaczęliśmy czytać. Niewielu z nas rozumiało te depresyjne teksty, ale zaczęliśmy je polecać studentom, którzy wynieśli z czytania Benjamina i Adorno nie tylko poczucie wyższości w stosunku do tradycyjnej humanistyki oraz w stosunku do wyimaginowanej „osobowości autorytarnej”, ale i niechęć do filozofowania opartego o trwałe wartości.

Nadszedł czas wymiany dziekana katedr humanistyki. Wtedy jeszcze my młodzi profesorowie mieliśmy w tej sprawie coś do powiedzenia: to były wybory raczej niż powoływanie przez rektora komitetu, który decydował, kto ma to stanowisko objąć (tak jest obecnie na znanych mi amerykańskich uniwersytetach).

Wkrótce Alan pojawił się u mnie w gabinecie i zaczął wychwalać jednego ze swoich wydziałowych kolegów. Nazwijmy go Martinem. Nota bene to konserwatywni „Południowcy” zatrudnili  kiedyś i Alana, i Martina. Alan twierdził, że Martin to wspaniały naukowiec i dobry kolega, i że zawsze stał po stronie tych najbardziej wyzyskiwanych w życiu uniwersyteckim, tzn. asystentów i instruktorów.  Głosuj na niego! Potem dowiedziałam się, że Alan odwiedził nieomal każdy profesorski gabinet i wygłosił tam swoją mini-przemowę. Przedtem mało kto o tym Martinie wiedział – był cichy i niewidoczny.  Większość młodych wykładowców była zajęta pisaniem pierwszych książek i przygotowaniami do obfitego pensum. Niezbyt ich interesowało kto będzie dziekanem. Więc radzi byli, że ktoś wiarygodny wystąpił z sugestią, na kogo mają głosować.

Gdy Martin znalazł się na stanowisku, które mu dawało wpływy na formowanie uniwersyteckiej polityki – pokazał, kim jest: wielbicielem szkoły frankfurckiej. Pozwolił dożyć do emerytury Południowcom, którzy prawili o honorze i obowiązku, a czasem nawet o Bogu – ale z biegiem czasu ta grupa stawała się coraz bardziej marginesowa, izolowana, patrzono na  nich jak na mumie z poprzedniej epoki i pytano, kiedy odejdą na emeryturę. Zaś nowy narybek składał się z osób, którym poglądy Martina nie były obce. A wszystko się działo ot tak od niechcenia, bez żadnych konspiracji, z otwartą przyłbicą.

A co się stało z Alanem? Pozostał w cieniu. Nie ubiegał się o żadne stanowisko. Był ideologiem bez osobistych ambicji. Pozostał przeciętnym profesorem. Martin go nie nagrodził. Gdy przywołuję go w pamięci po wielu latach, pojawia się tam wraz z dwoma innymi osobami, które żyły w innej epoce i o których gdzieś czytałam. Mowa o dwóch emigrantkach z Rosji carskiej, zatrudnionych jako szwaczki w Nowym Jorku przed pierwszą wojną światową. Były to dwie siostry całkowicie oddane idei marksistowskiej rewolucji w Rosji. Pracowały na dwa etaty: jeden szedł na utrzymanie, a drugi był w całości przeznaczony na wsparcie partii bolszewików w Rosji.

A w międzyczasie konserwatywni intelektualiści pisali swoje tomy, nie interesując się tym, kto zostawał dziekanem na miejscowej uczelni, jak zmieniała się lista lektur na studiach humanistycznych, jakie książki polecali kawiarniani znawcy.

I tak oto doszliśmy do odpowiedzi na pytanie, dlaczego lewicy udał się „marsz przez instytucje”.

Ewa Thompson
Rice University

Przeczytaj inne felietony Ewy Thompson z cyklu „Widziane z Houston” 


Zostań mecenasem Teologii Politycznej. Prowadzimy codziennie aktualizowany portal, wydajemy tygodnik, rocznik, książki najwybitniejszych filozofów i myślicieli, współpracujemy z uczonymi, pisarzami i artystami. Prowadzimy projekty naukowe i kulturalne. Jesteśmy współzałożycielami Instytutu Kultury św. Jana Pawła II na rzymskim uniwersytecie Angelicum. (KLIKAM, BY DOŁĄCZYĆ DO GRONA MECENASÓW TEOLOGII POLITYCZNEJ).

Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
500 zł
Wpłać darowiznę
1000 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.