Heroizacja głupoty

Kto nie idzie z błaznem, ten natychmiast jest napiętnowany jako wsteczny, obskurancki i filisterski


Kto nie idzie z błaznem, ten natychmiast jest napiętnowany jako wsteczny, obskurancki i filisterski

Mało kto się spodziewał, że przerwanie spektaklu na motywach sztuki Augusta Strindberga w Starym Teatrze przez grupę ludzi krzyczących „Hańba!” wywoła takie skutki. Protest kilkunastu działaczy kultury z Krakowa znalazł już naśladowców. Dołączyli do niego choćby członkowie zespołu aktorskiego, który odmawia udziału w kolejnym przedsięwzięciu, czyli wystawieniu „Nie-Boskiej komedii”.

Jan Klata miał świetne przedstawienie: bulwersująca inscenizacja oprotestowana przez strasznych mieszczan. Teatralne okrzyki w trakcie spektaklu z początku sprawiały wrażenie, jakby były częścią przedstawienia. W pewnym sensie został spełniony jeden z postulatów sztuki krytycznej, kiedy to przełamano granicę między sceną a widownią. Doszło do interakcji, o której marzyłby niejeden reżyser. Widownia protestująca przeciwko temu, co na scenie, bunt widzów przeciw sztuce koturnowej i represyjnemu systemowi władzy artystów. Brzmi znajomo? Tak, można to znakomicie opisać w języku bardzo miłym lewicowym twórcom.

Dyktatura błaznów

Wszelako w polskiej sztuce zgrywający błaznów są zwykle kapłanami. Spełnia się diagnoza, którą wiele lat temu postawił prof. Ryszard Legutko. Kiedy Adam Michnik w latach 80. chwalił – za Leszkiem Kołakowskim – postawę błazna, który sprzeciwia się totalitarnej postaci kapłana, Legutko zwracał uwagę na to, że to w postaci błazna tkwi właśnie totalitarny potencjał. Negując i ośmieszając, błazen zamyka bowiem racjonalną dyskusję. On swoją postawę i poglądy narzuca w tonie nieznoszącym sprzeciwu.

Kto nie idzie z błaznem, ten natychmiast jest napiętnowany jako wsteczny, obskurancki i filisterski. Nie ma tu już więc żadnej argumentacji – jest tylko naznaczenie. Skoro pewnej sztuce nadaje się status nowoczesnej i nowatorskiej, krytycznej i buntowniczej, to wszyscy mają temu przyklasnąć, a potem w recenzjach pisać, że to pięknie i wspaniale, że wreszcie coś takiego wystawiono.

W omówieniach tego rodzaju sztuki pojawia się zazwyczaj słowo klucz, czyli „odwaga”. Największa głupota, idiotyzm, który w normalnych warunkach nie miałby prawa bytu, teraz staje się sztuką, i to sztuką odważną. Jej twórca – bohaterem. To nic innego jak heroizacja głupoty. Głupota rzeczywiście wymaga odwagi – i to odwagi cywilnej, ale żyjemy w czasach, gdy system taką głupotę wspiera, więc nie ma co rozdzierać szat i krzyczeć, że „kobieta mnie bije”, skoro sam minister taką działalność wspiera i oddaje na to najbardziej nobliwą z polskich scen teatralnych.
Okazuje się, że na tej scenie można wystawić choćby spektakl o wojnie polsko-bolszewickiej, z której widz dowiaduje się, że Feliks Dzierżyński, twórca osławionej CzeKa, nie był aż tak okrutny, jakby się mogło wydawać młodzieży wychowanej w ramach represyjnego systemu oświaty. Był raczej – jak to dziś się mówi – postacią kontrowersyjną i niejednoznaczną. Dość uczuciową zresztą. Kto tego nie rozumie i zbeszta za takie przedstawienie twórcę, ten obskurant i burak, który nie rozumie, czym jest nowoczesny teatr i jak wiele nam przynosi zabawa konwencjami.

W politycznych butach

To uwznioślenie najzwyklejszej głupoty ma jeszcze jeden wymiar. Twórcy przedstawień w Starym nie powinni mieć o to do mnie pretensji, że explicite go tutaj wyłożę, bo sami robią wiele, by kojarzyć się z postawą lewicową.

Otóż lewicowiec jest człowiekiem, któremu autonomia kultury od spraw politycznych raczej nie odpowiada, bo cieszy się przecież, gdy sztukę może przybliżyć sprawom zwykłego człowieka i zrobić coś dla sprawy politycznej. Sztuka lewicowa jest więc z istoty swojej i z zamierzeń twórców polityczna. Jak pisał klasyk, nie chodzi o to, by rzeczywistość opisać, ale by ją zmieniać. Stary Teatr zmienia więc rzeczywistość siłami zespołu reżyserskiego i dyrektorskiego. Wejście w dyskusję z tym, co się dzieje na scenie, nie jest więc zwykłym obskuranctwem i filisterstwem, ale zajęciem stanowiska w sprawie, do której zachęcają twórcy tego teatru, a więc w sprawie politycznej. W tym wypadku to twórcy stoją po stronie władzy, są częścią jej systemu i roszczą sobie prawo do władzy kapłańskiej, czyli takiej, która nie znosi sprzeciwu, nie wchodzi w dyskusję – jest jedna i uświęcona, a jej werdykty są ostateczne.

Warto przy tym zauważyć jeszcze jedną sprawę. Protestujący w Krakowie wcale nie są wrogami nowoczesnych form teatralnych. To najczęściej wychowankowie Konrada Swinarskiego i Jerzego Grzegorzewskiego. Wszelako dzisiejsi twórcy tak ustawili dyskusję, że każdy sprzeciw wobec ich poczynań będzie traktowany jako niezrozumienie nowoczesnego teatru. Zamiast więc cieszyć się z tego, że spełniony został postulat sztuki nowoczesnej i widownia ma ochotę wysadzić dyrektora teatru ze stanowiska i w ten sposób dokonać małej rewolucji (miłe słowo, prawda?), wracają do starej gadki.

Dawno już zapomnieli, że lewicowość nie wiąże się już z walką z represyjnym systemem władzy, i to nie tylko w Polsce.

Mateusz Matyszkowicz

Tekst ukazał się pierwotnie w Gazecie Polskiej Codziennie


Zostań mecenasem Teologii Politycznej. Prowadzimy codziennie aktualizowany portal, wydajemy tygodnik, rocznik, książki najwybitniejszych filozofów i myślicieli, współpracujemy z uczonymi, pisarzami i artystami. Prowadzimy projekty naukowe i kulturalne. Jesteśmy współzałożycielami Instytutu Kultury św. Jana Pawła II na rzymskim uniwersytecie Angelicum. (KLIKAM, BY DOŁĄCZYĆ DO GRONA MECENASÓW TEOLOGII POLITYCZNEJ).

Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
500 zł
Wpłać darowiznę
1000 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.