Recenzja książki „Północ i Południe″ Marka Cichockiego

Recenzja książki „Północ i Południe″ Marka Cichockiego

Kim są i co wspólnego z tekstami o polskiej kulturze i historii mają przedstawieni na okładce nie nazbyt sympatyczni osobnicy? Odpowiedź, i słusznie, może być tylko jedna: są to Germanie, starożytni, bo starożytni, ale już wtedy zwróceni na Wschód – pisze Andrzej Wróblewski w recenzji książki Marka A. Cichockiego, która ukazała się w magazynie „Nowe Książki”.

Z punktu widzenia zawartości książki Marka Cichockiego to okładka myląca, bowiem głównym przesłaniem jego pracy jest konieczność zmiany optyki w interpretacji pol­skiej historii. Już nie Wschód/Zachód i fatalne, brzemienne w tragiczne skutki poło­żenie między tymi dwoma żywiołami, lecz Północ/Południe (w skali rzecz jasna euro­pejskiej, a nie globalnej) i napięcia powstałe na tej właśnie linii winny być kluczem do wyjaśnienia i zrozumienia polskiej historii oraz źródłem nadziei na przyszłość. Jest to myśl oryginalna, choć wypada zaznaczyć, że sformułowana w komfortowych czasach pokoju. Z pewnością warto będzie do niej powrócić po następnej wojnie między Wscho­dem i Zachodem.

Tymczasem autor stawia tezę, że kultura europejska to wynik tarć między Rzymem a barbarzyńskimi plemionami Europy północnej, w których kluczową rolę odegrało chrześcijaństwo. Owe tarcia dały nową jakość, bowiem dzisiejsi Europejczycy to ani Rzy­mianie, ani barbarzyńcy, lecz nawróceni Hunowie, Frankowie, Sasi, Goci, Ostrogoci, Wizygoci czy Słowianie. Nawrócenie owo nie polegało na prostym przyjęciu dogmatów nowej wiary, lecz, patrząc głębiej, na przejęciu idei dobra, rozumianego jako wejrzenie w samego siebie, tworzenie pokojowo nastawionych wspólnot (w tym również państwo­wych) i praktykowanie własnego sposobu życia. Z ogólnego trendu wyłamali się jedynie Germanie, których opacznie rozumiana idea jednego Boga i jednego jego królestwa po­niosła w stronę uniwersalizmu. A uniwersalizm (podobnie jak kosmopolityzm) to według autora działanie skierowane na zewnątrz, to konieczność nieustannego przekształcania świata i narzucania wszystkim swojej woli. W odniesieniu do sfery kultury można by jesz­cze znaleźć w tym coś wzniosłego, ale w sferze polityki uniwersalizm szybko przekształca się w agresję. Tak więc my, tworząc w XVI wieku Rzeczpospolitą szlachecką, myśleliśmy przede wszystkim o nieskrępowanej rzymskiej wolności obywatelskiej (co jest dowodem na nasze głębokie związki z Południem), natomiast Niemcom chodziło po głowie przede wszystkim Cesarstwo Rzymskie, czyli, krótko mówiąc, panowanie nad światem.

Żarty się wszakże kończą, gdy autor, w każdym z sześciu esejów, próbuje swe historycz­ne koncepcje odnieść do współczesności. Patrząc bowiem na wyzwoloną spod komuni­zmu stolicę Niemiec, stwierdza, że „Berlin stał się dzisiaj miejscem wielkiej, niekończącej się nigdy budowy - obszarem przetwarzania ludzkiej rzeczywistości w kierunku urzeczy­wistnienia niesprecyzowanej do końca doskonałości. Niemiecki Geniusz rozbudził się na dobre, by z powrotem oddać się swojemu ulubionemu zajęciu - konstruowaniu jeszcze lepszej, wspanialszej i nowej Europy z jej wspaniałą, nową berlińską stolicą”. Gdy do tej etykietki wciąż niebezpiecznego hegemona dołożymy stwierdzenia, że dzisiejszy niemie­cki liberał to, w porównaniu z Polakiem, żaden demokrata, i że dzisiejszy rozkwit populistyczno-nacjonalistycznych ruchów na całym kontynencie to przebudzenie ze złudnego europejskiego snu, jasnym się staje, iż praca Marka Cichockiego to nie tylko historical fiction, ale również historyczne uzasadnienie konieczności politycznego odwrotu od kosmo­politycznego projektu wspólnej Europy.

Autor stawia tezę, że kultura europejska to wynik tarć między Rzymem a barbarzyńskimi plemionami Europy północnej, w których kluczową rolę odegrało chrześcijaństwo

Na szczęście dla książki, aluzje do dzisiejszej polskiej polityki międzynarodowej nie są zbyt częste, a przy tym w jakiś sposób zakamuflowane. Można się więc niemal całkowicie skoncentrować na popisowej wręcz żonglerce historycznymi faktami i ich interpretacja­mi. Żonglerce niezwykle intelektualnie inspirującej, pełnej zaskakujących skojarzeń i wy­snuwanych wniosków. Północ i Południe nie jest książką historyczną w ścisłym znaczeniu tego słowa, bowiem nie przyjmuje żadnych uznawanych procedur badawczych - jest ra­czej połączeniem rozległej erudycji z równie bogatą wyobraźnią, w wyniku czego powstaje sensacyjna, bo kwestionująca utarte ścieżki myślenia, fabuła. Można też powiedzieć, że jest szkołą autentycznego, niczym nieskrę­powanego obcowania z historią własnego kraju i jego kultury. W „męczeńskiej” Pol­sce to zjawisko nad wyraz rzadkie.

Bardzo ciekawym i płodnym zabiegiem w wykonaniu Marka Cichockiego jest pod­budowywanie rozważań historiozoficz­nych fikcją, czyli literaturą piękną. W eseju o podejściu Polski do Wschodu najlepszym „wykładowcą” okazuje się Jarosław Iwaszkiewicz (Matka Joanna od Aniołów i Czer­wone tarcze), bo nie historyk, lecz tylko pi­sarz wielkiej miary jest w stanie wniknąć w metafizykę kresów łacińskiego świa­ta. Gdy mowa o Rzymie, autor odwołuje się do Teodora Parnickiego (Aecjusz, ostat­ni Rzymianin), choć odczytanie jego dzieła okazuje się dalekie od powszechnie przy­jętego. Podobnie z Kroniką polską Wincen­tego Kadłubka, która ukazana jest nie ja­ko litania barwnych zmyśleń, lecz pierwsze w polskim piśmiennictwie poważne dzieło na temat polityki.

Jak można się wielokrotnie podczas lek­tury przekonać, szalone tempo rozważań i waga poruszanych zagadnień stępiły nie­co wrażliwość autora na drobiazgi - jak­by chciał powiedzieć, że nie będzie się zaj­mował różami, gdy płoną lasy. Pisząc, że Wschód „nas w pewnym szczególnym mo­mencie dziejów całkowicie uwiódł, praw­dopodobnie swoim bezmiarem, bezgra­nicznymi możliwościami, wielką obietnicą nieskończonej mocy, a potem nas znisz­czył”, wydaje się nie zdawać sobie sprawy, że dokładnie to samo mogliby powiedzieć Niemcy, może oprócz zakończenia. Dla nas jednak przygoda ze Wschodem stała się niemal romansem, a w przypadku Niem­ców krwawą krucjatą. Czyż nie jest to wy­raz wszechobecnego w naszej historiogra­fii polonocentryzmu, który, jak nic innego, sprzyja budowaniu mitu oblężonej twier­dzy i rozmaitych teorii spiskowych? Problem w tym, że książka Marka Cichockiego ma w sobie coś tak uwodzicielskiego, iż ta­kich pytań nie wypada nawet zadawać.

Andrzej Wróblewski

Recenzja ukazała się w magazynie „Nowe Książki” nr 12/2018


Ambitna kultura potrzebuje Twojego wsparcia. Prosimy, przekaż darowiznę w dowolnej wysokości i dołącz do grona darczyńców Teologii Politycznej. Kliknij tu lub przekaż darowiznę na konto: Fundacja Świętego Mikołaja, Volkswagen Bank Polska S.A. 64 2130 0004 2001 0299 9993 0001 z dopiskiem „darowizna na Teologię Polityczną”. Dziękujemy!

Zostań współwydawcą Teologii Politycznej. Przekaż darowiznę.

Wpłać darowiznę
50 zł
Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
200 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.