Niełatwo o dokładny polski odpowiednik angielskiego terminu „condescension”: być może należałoby to słowo przekładać jako „morderczą pobłażliwość”.
Nienawiść jest zła, sposób, w jaki się przejawia, czyli tzw. mowa nienawiści, jest oczywiście jeszcze gorsza. Dziesiątki portali i setki aktywistów działają na rzecz monitorowania i potępiania mowy nienawiści, na czele z moją ulubioną Otwartą Rzecząpospolitą, która tylko w ciągu ostatniego miesiąca poinformowała o blisko siedemnastu milionach (albo coś koło tego) „incydentów antysemickich” oraz „tweetów rasistowskich”. Działacze tej prężnej organizacji w życiu snadź nie słyszeli o innego rodzaju incydentach, strony internetowe w rodzaju „Soku z buraka” są im obce, wręcz głęboko obce, a osiem gwiazd mają okazje oglądać wyłącznie podziwiając zimową porą konstelację Oriona. Jeśli na świecie wróci kiedyś moda na monokle, wróżę Otwartej Rzeczpospolitej kolosalne zyski z kontraktów reklamowych: praktycznie każdy członek władz tego stowarzyszenia będzie mógł z marszu zostać ambasadorem marki.
Mowa nienawiści jest więc zła, ale jak wiadomo niełatwo oddzielić ją od pasji, gniewu, uprzedzenia czy nieraz po prostu stanowczości, z jaką ludzie piszący de publicis nazywają to, co wydaje im się naganne lub godne pochwały. I nie myślę tu o osobnym gatunku, jakim są pamflety: nie, od traktatów politycznych po reportaże i ulotną publicystykę autorzy i autorki usiłują nazwać praktyki i przekonania, które wydają im się niewłaściwe, chybione, naganne. Tak było za starożytnych, tak jest i dziś: w dobrych księgarniach „Roztrzaskane lustro” prof. Wojciecha Roszkowskiego (Biały Kruk) dzieli elegancko wysoką półkę z „Kościelną okupacją Polski” prof. Stanisława Obirka (Wydawnictwo Agora), znacznie bliższe zaś podłogi prace Tomasza Piątka i Wojciecha Sumlińskiego należałoby chyba, wzorem średniowiecznych bibliotek, uwiązać na łańcuchach, nim rzucą się sobie do gardeł. Tak zwykle pisuje się o polityce i mimo starań, podejmowanych przez liczne kraje wśród których prym wiedzie dawna ojczyzna wolnego słowa, czyli Wielka Brytania, przez jakiś czas pewnie tak będzie.
W całym tym, mówiąc podniośle, korpusie pisarstwa politycznego istnieje jednak tonacja jak dotąd przeoczana przez tropicieli hate speechu, tonacja, której skuteczność większa jest od wszystkich stanowczych słów potępienia, od hojnie rozdawanych tytułów „faszystów” i „lewaków”, od najohydniejszych wyzwisk. Tonacja ta jest skuteczna niczym trąby zastępów Jozuego pod murami Jerycha, niczym ultradźwięki niszczące barierę mózg-krew. Jej użycie gwarantuje przewagę większą niż Pulitzery i eksponowane miejsce w oknie wystawowym księgarni Prusa.
Niełatwo określić ją jednym słowem: angielszczyzna określa ten ton terminem condescension, w polszczyźnie jednak trudno o dokładny odpowiednik: być może należałoby to słowo przekładać (jeśli nie ryzykować latynizmu „kondescencja”, który jeszcze w połowie XIX wieku oznaczał po prostu sesję wyjazdową sądu ziemskiego; „Jedź na pierwszą lepszą kondescencją do jakiego szlachcica...” – wzdychają bohaterowie powieści Zygmunta Kaczkowskiego) jako „morderczą pobłażliwość”.
Po co nam jednak przekład, gdy mamy przykłady? Proszę rozejrzeć się, ile wokół podobnych głosów: co i raz któryś publicysta (a przetarł ten szlak nie kto inny, jak Sławomir Sierakowski) pochyla się wyrozumiale nad „pisowskim ludem”. Jak się okazuje, elektorat PiS to nie tylko nacjonaliści, prostacy, klerykałowie i nieuki, choć oczywiście też: co jakiś czas w wiodących mediach pojawia się apel, by tych ludzi zrozumieć: oni też w końcu mają jakieś tam potrzeby, jakieś tam deficyty, i w tę właśnie lukę trafiła partia Kaczyńskiego ze swoimi obietnicami. Oczywiście, są to potrzeby niewysokie, ot, sznaps, samozadowolenie i prosta wizja świata, PiS zaś nie potrafił się z nich wywiązać, bo wszystko rozkradł – ale same potrzeby istnieją, są realne i należy je wziąć pod uwagę, zanim zaczniemy zdumiewać się czy użalać nad wynikami wyborów. Pisywała w podobnym duchu (dawniej, w epoce łagodności) nawet Joanna Szczepkowska.
Jest to ton naprawdę niezrównany: żadna obelga nie jest w stanie poniżyć człowieka tak, jak okazywana mu pełna wyższości wyrozumiałość, i nie jest przypadkiem, że najlepsze przykłady condescension pochodzą z kraju, gdzie w czasach między Emily Brontë, Karolem Dickensem a Thomasem Hardym mocno spierano się o to pojęcie. „Śmieszne, małe Maleństwo – rzekła Kangurzyca dobrotliwie, przygotowując wodę do kąpieli. – Nie jestem Maleństwo – oświadczył Prosiaczek głośno. – Jestem Prosiaczek. – Tak, tak – powiedziała Kangurzyca niby to na serio – a jak ślicznie naśladujesz głos Prosiaczka! Jakiś ty mądry i cacany – mówiła wyjmując z szafki spory kawałek żółtego mydła”. Ale i w Polsce udało się w podobną nutę utrafić: „Doskonale, bawicie się w piłeczkę, dzieci! – zawołał, aczkolwiek wcale nie bawiliśmy się w piłeczkę i w ogóle nie było piłeczki. – W piłeczkę, w piłeczkę bawicie się, w piłeczkę, jak ładnie jeden drugiemu podrzuca piłeczkę, jak ładnie tamten ją chwyta!”.
W odróżnieniu od katońskich potępień i piwnych bluzgów, które to retoryki opanowały obie strony polskiej barykady, morderczą pobłażliwość doskonali jak dotąd jedna strona. Kolejni pisarze, publicystki i wydawcy pochylają się z matczyną troską nad biednymi, niezdarnymi, potykającymi się o własne łapki i wpadającymi pyszczkiem do misuni z mleczkiem rolnikami z PGR-ów, górnikami na zasiłkach, patriotami z niepełnym wykształceniem średnim, czcicielami Żołnierzy Wyklętych (tu zwraca uwagę praca Krzysztofa Jaskułowskiego i Piotra Majewskiego, wydana niedawno przez Instytut Narutowicza), a nawet tzw. incelami. Praca „Przegryw. Mężczyźni w pułapce gniewu i samotności” (WAB, 2023) Patrycji Wieczorkiewicz („dziennikarka, feministka”) i Aleksandry Herzyk („ilustratorka, aktywistka i publicystka”) wręcz – jeśli określenie to nie jest nazbyt fizjologiczne – ocieka współczuciem. W tym samym tonie, z podobną empatią rozprawiano o tej pozycji, o biednych, zagubionych we współczesnym świecie, niedojrzałych i bezwolnych chłopiętach w licznych telewizjach śniadaniowych, drugośniadaniowych i podwieczorkowych.
Żadna obelga nie jest w stanie poniżyć człowieka tak, jak okazywana mu pełna wyższości wyrozumiałość
Przypomniałem sobie o tej morderczej pobłażliwości, widząc reklamowy hype towarzyszący wydaniu w Polsce drugiej już książki Arlie Russell Hochschild, profesorki z Berkeley od lat pochylającej się nad dziwem nad dziwy: ludem, który opowiada się za nieodpowiednimi przywódcami i wartościami.
„Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy”, który ukazał się w Polsce (przedtem zaś w kilkunastu krajach) w 2017, zapowiadany był przez wydawcę (Krytyka Polityczna) następującymi słowy: „Arlie Russell Hochschild, socjolożka z Berkeley, spędziła pięć lat w Luizjanie, by zrozumieć o co chodzi Południowcom. (…) w imię czego zagłosowali na Donalda Trumpa. (…) Hochschild jedzie na Południe wyposażona w bagaż stereotypów – spodziewa się, że w centrach handlowych zastanie półki pełne libertariańskich powieści Ayn Rand i wszechobecny rasizm. Jej reportaż pokazuje, że rzeczywistość komplikuje te tezy. W Luizjanie spotyka osoby o odrażających poglądach, ale też ciepłych i przyjaznych ludzi wierzących w boga, który już za momencik zabierze ich do nieba. Do swojego liberalnego Berkeley wraca z bagażem wiedzy, doświadczeń i zrozumienia dla Południa”.
Tego zrozumienia prof. Hochschild zgromadziła tyle, że już w osiem lat później zdołała opublikować sequel swojego dzieła. „Skradziona duma. Strata, wstyd i triumf prawicy” trafiła kilka dni temu do sprzedaży i zapowiada się jako kolejny trudny do przecenienia akt wielkoduszności. „Autorka bestsellerowego «Obcego we własnym kraju» ponownie daje nam wgląd w przyczyny rosnących sukcesów konserwatywnych polityków – czytamy w zapowiedzi wydawniczej. – Rozmawia z ludźmi z jednych najbiedniejszych regionów i okręgów wyborczych, często niepytanymi i pomijanymi w dyskusjach o polityce”. W piłeczkę, w piłeczkę bawicie się chłopcy, w piłeczkę, w piłeczkę! „Książka ukazuje, jak te emocje – strata, wstyd i gniew – stały się paliwem dla wzrostu prawicowych nastrojów i białego nacjonalizmu”. Jest też, jak się dowiadujemy, „nie tylko diagnozą współczesnych podziałów w Ameryce, ale także empatyczną próbą zrozumienia mechanizmów, które kształtują polityczne wybory ludzi żyjących na peryferiach swoich krajów”. W piłeczkę! Empatia! Jacy oni mądrzy i cacani, chociaż na peryferiach! W pułapce gniewu, biedactwa. W pułapce samotności. W miseczce. W szponach populizmu. Skołowani. Oszukani. W pułapce uproszczeń. Piu-piu. Miziu-miziu. Jak ładnie! Ciu-ciu. Taś, taś. Biedactwa! Miziu-miziu. Empatycznie.
O, w piłeczkę.
Wojciech Stanisławski
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Jeśli chcesz żywej, niezależnej politycznie myśli o Polsce, Europie i świecie, jeśli ciekawią Cię następne numery Teologii Politycznej Co Tydzień, jeśli czekasz na nasze książki, seminaria, dyskusje i kolejne artykuły na naszej stronie, wesprzyj nas stałą wpłatą. Dołącz do grona Mecenasów Teologii Politycznej. To dla nas bardzo ważne. Jesteśmy niezależnym środowiskiem intelektualnym. Istniejemy i rozwijamy się dzięki hojności naszych przyjaciół. Zapraszamy!
Dołącz już dziś i WSPIERAJ TEOLOGIĘ POLITYCZNĄ!
(ur. 1968) – historyk, publicysta. Specjalista w dziedzinie historii Związku Radzieckiego, Europy Środkowej oraz Bałkanów Zachodnich.
