Do poprawnego działania strony wymagana jest włączona obsługa JavaScript

Wojciech Stanisławski: Dziady millenialsów

Wojciech Stanisławski: Dziady millenialsów

Można przymierzać białoruskość, można się z nią mierzyć.

Takie teksty jak ten możemy prezentować Państwu dzięki hojności naszych Darczyńców.

Zbiórka na funkcjonowanie „Teologii Politycznej Co Tydzień” w 2026 roku [TUTAJ] 

Lektura „Wygody” Natalki Suszczyńskiej to niełatwe, cierpkie, ważne doświadczenie. Ktoś ciekaw białoruskości i Białorusi musi przygotować się na obfitość ciepłej ironii, trochę niczym w „Jeziorze Bodeńskim” Dygata i doświadczenie, jakie mogłoby się stać udziałem jakiegoś polonofila z Zachodu (bywali kiedyś tacy). Wyobraźmy sobie dygatowską Susanne lub jej wnuczkę wykarmione wizją Polski z Mickiewicza i Grottgera, z dodatkiem Konwickiego i Herberta, Polski z książek Normana Daviesa, które trafiły do realnej Polski współczesnej: nawet nie jak z filmów Smarzowskiego, raczej z telenoweli, czy może któregoś z prześmiewczych dzieł Koterskiego; z Mickiewiczem obecnym w nazwach ulic i jako postrach na lekcjach, z Herbertem, którego kilka wersów przytaczanych jest rytualnie z mównicy sejmowej lub w tweetowych pyskówkach, tak uwielbianych przez co starszych i bardziej temperamentnych publicystów „prawicy”. 

Trochę podobnie poczuje się rzeczpospolitanin, gryzący – skoro już przywołaliśmy Herberta – powietrze, czyli doświadczający świata przez pryzmat książek i idei, dla którego „białoruskość” i jej supły polskie zaczynają się od Kostusia Kalinouskiego i Ałaizy Paszkiewicz. Takie curriculum przez Bronisława Taraszkiewicza i Wasyla Bykaua prędko prowadzi do książek Bohdana Cywińskiego i Sokrata Janowicza, i pozwala dotrzeć, dojrzeć, do Uadzimira Niekliaujeua, dwóch Swietłan (Aleksijewicz i Cichanouskiej) i kilku włóczęg po Podlasiu. Gdzieś na końcu tej listy lektur znajdzie się pewnie „Bieżeństwo” Anety Prymaka-Oniszk, rewelacyjny (w obu znaczeniach – jakości oraz odkrywania nieznanej dotąd szerzej prawdy) reportaż historyczny sprzed dekady, opisujący traumę ewakuacji i ucieczki prawosławnej ludności wschodnich guberni Priwislańskiego Kraju – ale i ich znaczenia dla krystalizacji XX-wiecznego narodu białoruskiego, a przynajmniej jego odłamu mieszkającego w granicach Polski. 

Dla narratorki „Wygody” bieżeństwo jest terminem trochę już oswojonym, należącym do niepatetycznej, kontestowanej trochę historii rodzinnej („Prababcia była bieżenką. Dotarło to do nas, gdy termin zaczął się upowszechniać, czyli mniej więcej dekadę temu”) i do osobistego doświadczenia i doświadczania: doświadczenia dorastania w „tutejszej”, białostockiej, białorusko-polskiej rodzinie i doświadczania roli „białorusinki/tutejszej/ruskiej”, ale i postrzegania białoruskości/prawosławia przez większość polską/katolicką. To świetne ukazanie od drugiej, mniejszościowej strony nieoczywistości, „nieprzezroczystości” postaw większości, ale i strategii przyjmowanych przez mniejszość. Niechętnie sięgam po nazbyt już popularne współczesne metody literaturoznawcze, od teorii kolonialnej, podsuwającej usłużnie takie pojęcia jak „subaltern” czy „kreolskość”, aż po nowszy jeszcze „maranizm” – ale niektóre stworzone przez nie narzędzia aż się nasuwają. Czym jak nie maranizmem jest decyzja babci Aleftiny, by – skoro wychodzi za katolika – stać się katolicką Alą, i babci Zenobii, która „naprawdę miała inne imię, białoruskie”, ale to nowe „miało jej pomóc wtopić się w tłum”? 

Przeczytaj również: [TPCT 364] „Białoruś: czyli o poszukiwaniu nowego ładu”

Przy czym, to ważne, nie chodzi w tych przypadkach o prostą mimikrę, o zacieranie, maskowanie czy opiłowywanie konturów obcości: maranizm, a szczególnie w formule praktykowanej przez białoruską społeczność w II RP, PRL i współczesnej Polsce okazuje się grą nierównie bardziej skomplikowaną, w której jest miejsce na wspomniane powyżej wtapianie się i maskowanie, ale i na afirmowanie własnej tożsamości, rozumiane jako strategia obronna („Jak będą pytać, jakiego jesteś wyznania, mów, że prawosławne. Broń boże, że unickie, bo wtedy będą cię uczyć religii po polsku” – to rada udzielona kilkulatkowi u schyłku II RP). Również – w specyficznej sytuacji zależnej od Sowietów, ale i kulturowo, irredentystycznie antyrosyjskiej PRL – decyzję jednego z głównych bohaterów książki o studiowaniu w ZSRS, ale i o wyborze jako kierunku studiów białorutenistyki w Mińsku, gdy „dotarła do niego plotka z Polski, że w kraju nie będzie pracy dla rusycystów”. 

Oczywiście, na stronach „Wygody” rozsiane są też (kapryśnie jak rodzynki, a to ze względu na założoną fragmentaryczność książki) odwołania do twardych faktów: do wspomnianego już bieżeństwa i jego roli modernizacyjnej (przynajmniej dla części zbiorowości, która wyrwana została z koleiny dotychczasowych obyczajów i norm), do gorzkiej pamięci „band”, dawniej wspominanej półgębkiem, teraz manifestującej się w nieukrywanej niechęci narratorki do portalu poświęconego Niezłomnym (to najmocniejsze, do dziś nieprzepracowane rozszczepienie „polskiej” i „białoruskiej” pamięci zbiorowej!). Do fenomenu (groteskowego samego w sobie, a dodatkowo podkręconego przez predylekcję autorki do tragifarsy) limitowanego wspierania przez popaździernikową PRL języków i kultury „mniejszości narodowych” (przy jednoczesnym ścisłym ich nadzorowaniu), co zaowocowało „jedenastoma podręcznikami do nauki języka białoruskiego” napisanymi przez dziadka narratorki. Do ponadprzeciętnej, na tle PRL, gotowości wykształconych Białorusinów do wstępowania w szeregi PZPR (kto oceni, ile w tym było przekonania, ile koniunkturalizmu, a ile znanej badaczom postkolonializmu „postawy subalterna”?). Do żywego niestety w III RP nie dyskryminowania może, lecz „umacniania drugorzędności”, poprzez wyznaczenie w podstawówce na zajęcia z religii dla prawosławnych trącącej stęchlizną sali w piwnicy, do której „trafiały najgorsze ławki, najgorsze krzesła i dzieci o nazwiskach kończących się na «-uk».

Mnie jednak bardziej ciekawią mniej jednoznaczne i bardziej osobiste doświadczenia narratorki, rozpoznającej białoruskość, przymierzającej się do niej, mierzącej się z nią. Są tu świetne, groteskowe sytuacje z podejściami do nauki białoruskiego i „prawosławnym obozem konnym”, jest fascynacja białoruskim rockiem – i ewolucja, od fascynacji („Chciałam zbiałoruszczeć, wpisać się w tę foremkę w kształcie rycerza na koniu”) po rezygnację, dotarcie do stanu, w którym przyjdzie „z tą całą białoruskością i z tym całym prawosławiem biedzić, łamać sobie nad nimi głowę i nigdy nie znajdować żadnej odpowiedzi”. Plus akapit, który ma w sobie więcej odcieni psychologicznych niż słów: „Czasem koledzy z klasy nazywali mnie innowiercą, to był taki ich dowcip; jak wszystkie: zabawny za pierwszym razem, mało śmieszny za dziesiątym. Znów śmieszny za dwudziestym a potem znów raczej nie”. 

Lekko się to czyta, transformacyjna groteskowość polskich lat 90., z przymierzaniem dżinsów na targowisku, z kasetami VHS, na których znaleźć można sieczkę z fragmentów „Amadeusza”, gali piosenki biesiadnej i reklam Polsatu, świetnie współbrzmi z upodobaniem narratorki do ironii i podszytych understatementem point („Na stole lądowały wtedy zamawiane specjalnie ryby: wędzony węgorz i faszerowany szczupak. Każdego roku w szczupaku było coraz więcej bułki tartej, Kiedy zaczęła przeważać, zaniechaliśmy obchodów”). Nie nabierałbym się jednak ani na ton, ani na podnoszoną przez poprzedzających mnie recenzentów formułę „autofikcji”, czyli gry z własna biografią, w którą wplata się fabularyzację i fantazję, ani wspomnianą już fragmentaryczność – pozornie nieuporządkowaną mieszaninę wspomnień i scen z życia rodzinnego, niczym na kasecie VHS. 

„Wygoda” jest w rzeczywistości tekstem całkiem serio: adresowanym do szerszego grona niż tylko ludzie ciekawi białoruskich losów w Polsce (ci ostatni nie potrzebowaliby przecież, przy wzmiance o Basowiszczach, pełniącej rolę przypisu wzmianki „gródecki festiwal białoruskiego rocka”, burzącej w dodatku rytm zdania). Jest bardzo konsekwentnym, począwszy od tytułu, zmaganiem się ze spuścizną i figurą dziadka autorki: dziadka w którym, dzięki kilku podsuniętym czytelnikom tropom bio- i bibliograficznym, nie tylko rzeczpospolitanie rozpoznają bez trudu białoruskiego poetę, pisarza i „krzewiciela”, zmarłego pod koniec XX wieku Mikołaja Hajduka.

Przeczytaj również: „Tylko durnie żyją do końca” - Wojciech Stanisławski recenzuje książkę Zyty Rudzkiej

Te zmagania mają przy tym szczególny kształt, każący mi myśleć o wspólnych rysach sporej części autofikcji pisanych przez millenialsów: mógłbym tu wymienić wiele nazwisk, od Katarzyny Wiśniewskiej, Dorotę Kotas czy Łukasza Barysa po kolejnych autorów wydawanych przez Niszę, Cyrankę czy Ha-Art! Najbardziej uderzyły mnie jednak podobieństwa „Wygody” z czytanymi niemal równolegle „Trzewiami” Aleksandry Paduch (Czarne, 2025).

To w znacznej mierze proza wnuczek i wnuczków. Wnuczek, w których życiu, w życiu często niepełnej, dotkniętej rozstaniem, okaleczonej śmiercią rodzinie ważną rolę odgrywają dziadkowie. Już nie ślazowi i pogodni, spotykani na wiejskich wakacjach lub na rodzinnym obiedzie od święta, w staroświeckiej marynarce: wracający, po kilku pokoleniach, do archaicznej figury patriarchy rodu, wtłoczonego z zagrody czy dworku do M-2. Patriarchy tak stanowczego i tyle ważącego (być może na zasadzie substytucji, dopełnienia miejsca po słabym/nieobecnym ojcu), że to jego febliki stają się źródłem rodzinnych legend, przed jego humorami należy mieć się na baczności, z nim przychodzi się zmagać o siebie w nastoletniości – i później.

To rodziny – nie napiszę tu nic nowego – ukrzesłowione, rodziny, w których zarówno miłość, jak dramaty (których nie brakuje) przemilczane są, zahukiwane, a przede wszystkim – zajadane. W „Tłuczkach”, w „Cukrach”, w „Trzewiach”, ale i w „Wygodzie” świat kręci się wokół kotleta, tłuczonych ziemniaków, kapusty oraz junk foodu, osobliwie chipsów – zupełnie, jakby Bursowe „Ubierz łach / zapnij łach / szanuj łach” zostało zastąpione przez „jedz kotlet / wcinaj kotlet / żryj kotlet”. Jest to pewnie świadectwo lat 90., zachłyśnięcia się dostępnością taniego jedzenia po postnej jaruzelskiej dekadzie (chociaż ten kotlet z ziemniaczaną breją stały się, mam wrażenie, liczmanem, rekwizytem, negatywem równie emblematycznych, lecz pozytywnie przyrumienionych „pierogów”) – ale i niemal gotowy skrypt do przedłożenia podczas sesji u psychoterapeuty, który orzecze jeśli nie bulimię, to przynajmniej syndrom zajadania się.

Mniejsza o kotlet. Spora część tych nowel i powieści przypomina mi notatki sporządzone przed rozpoczęciem sesji psychoterapeutycznej: ze skupieniem, niespotykanym w prozie poprzednich dekad, na rodzinie – nie jednak jej poszczególnych członkach, relacjach z matką, ojcem czy bratem, nie na „polskiej historii rodzinnej” pełnej Niemców, Sowietów i SB, ani na zarywających Harlequinem „rodzinnych tajemnicach”. Owszem, Niemcy i Sowiety ciągle pojawiają się w tle, razem z ZOMO (Paduch) i „bandami” (Suszczyńska) jako źródło traum babć i dziadków. Te traumy nie są jednak zajmujące same w sobie – są sprężynami, jednymi z kilku, przy pomocy których dokręcane jest mocniej madejowe łoże rodziny. Łoże, na którym znalazł się narrator/narratorka, w dorosłym już życiu opisująca świat uderzający chłodem. Jedynym źródłem ciepła (poza może troską babci) jest tam para unosząca się z talerza (nie z wazy, to już nie te czasy, nie te światy) z rosołem wołowym. Czasem te zapiski są już uporządkowane, niemal w punktach („Rodzina kojarzy mi się z bólem. (…) Rodzina kojarzy mi się też z lękiem”). Czasem okryte są lekkim kocykiem fabularyzacji – w sam raz do zdjęcia i położenia, po pierwszym kwadransie sesji, w nogach kozetki.

Wojciech Stanisławski

 Wygoda

 Natalka Suszczyńska, „Wygoda”. ArtRage, 2025

 

***

Recenzje Wojciecha Stanisławskiego w ramach cyklu „Czytelnia publiczna” ukazują się co dwa tygodnie.

➤ Przeczytaj wcześniejsze   


Jeśli chcesz żywej, niezależnej politycznie myśli o Polsce, Europie i świecie, jeśli ciekawią Cię następne numery Teologii Politycznej Co Tydzień, jeśli czekasz na nasze książki, seminaria, dyskusje i kolejne artykuły na naszej stronie, wesprzyj nas stałą wpłatą. Dołącz do grona Mecenasów Teologii Politycznej. To dla nas bardzo ważne. Jesteśmy niezależnym środowiskiem intelektualnym. Istniejemy i rozwijamy się dzięki hojności naszych przyjaciół. Zapraszamy!

Dołącz już dziś i WSPIERAJ TEOLOGIĘ POLITYCZNĄ!

Wydaj z nami

Benedykt XVI „Zraniony strzałą Piękna” – wydaj z nami zbiór papieskich tekstów o kulturze i sztuce!
Benedykt XVI „Zraniony strzałą Piękna” – wydaj z nami zbiór papieskich tekstów o kulturze i sztuce!
Brakuje
Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
500 zł
Wpłać darowiznę
1000 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.