Do poprawnego działania strony wymagana jest włączona obsługa JavaScript

Piotr Semka: Dwa czerwce i nienapisana historia robotników PRL

Piotr Semka: Dwa czerwce i nienapisana historia robotników PRL

Niemal dokładnie co do dnia w równym odstępie 20 lat robotnicy wyszli na ulice w 1956 i 1976 roku – protestując przeciwko komunistycznej władzy Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Te dwa protesty sytuują się jednak w dwu zupełnie innych etapach rozwoju powojennej Polski – pisze Piotr Semka.

Czerwiec 1956 roku to oczywiście wydarzenia w Poznaniu. Nie było przypadkiem, że wybuch nastąpił w dziesięć lat po zakończeniu wojny. Przez ten okres komunistyczna władza wyniszczyła większość grup społecznych. Pierwsi pod walec komunistycznej rewolucji poszli obszarnicy, potem „żołnierze wyklęci”, następnie politycy opozycyjnych partii takich jak PSL Stanisława Mikołajczyka czy Stronnictwa Pracy Karola Popiela, a wreszcie wszyscy ci którzy z racji powojennych związków z AK czy nawet przedwojenną ekipą władzy zostali uznani przez ekipę Bolesława Bieruta za zagrożenie. W wypadku pewnych grup, jak na przykład polityków wojennej konspiracji czy działaczy przedwojennych partii, skala i ostrość represji sprowadziła tych ludzi do poziomu bądź ofiar represji bądź ludzi, którzy po zwolnieniu marzyli tylko o zamknięciu się w prywatności. W tej sytuacji jedyną grupą społeczną, która zachowała pewien potencjał dynamizmu i aktywizmu, byli robotnicy. Nawet wieś polska w połowie lat pięćdziesiątych podnosiła się z represji związanych z forsowaną milicyjnymi metodami kampanią narzucania kolektywizacji.

W tym całkowicie przetrąconym społeczeństwie robotnicy zostali jedyną zorganizowaną grupą. Władze miały z nimi problem. Komunistyczna PZPR przecież w teorii rządziła w imieniu klasy robotniczej. Na plakatach PZPR umieszczano robotnika dzierżącego w dłoni koło sterowe nawy państwowej. A jednocześnie tych robotników komuniści się bali już od samego początku. Dopiero dziś z akt UB dowiadujemy się o ilości strajków w latach 1945-1947. Powstają pierwsze opracowania o strajkach włókniarzy w listopadzie 1945 roku w Pabianicach, czy o zajściach w Gdańskim Nowym Porcie w sierpniu 1946 roku. Ekipa komunistyczna wyciągnęła z tego wnioski. Jan Olszewski, który wówczas był dziennikarzem „Po Prostu” wspomina, że władze robiły wszystko, aby nie dopuścić aby w fabrykach pracowali ludzie, którzy pamiętali przedwojenne czasy. W czasie swoich reporterskich wyjazdów do Łodzi w tamtych latach dowiedział się, że np. w byłych Zakładach Włókienniczych Scheiblera włożono wiele wysiłku aby nikt, kto tam pracował przed wojną, nie mógł pracować po 1945 roku. Ludzi przerzucano z jednego zakładu do drugiego, żeby załamać solidarność załóg. Ta mało znana do dziś socjotechnika władzy wobec klasy robotniczej pokazuje, jak bardzo bano się jakichkolwiek więzi między robotnikami wykraczających poza oficjalne masówki czy przymusowe członkostwo w oficjalnych związkach zawodowych. De facto jednak owe związki pełniły rolę nadzorcy ludzi pracy w ścisłym porozumieniu z zakładowymi komórkami UB.

Logika tworzenia wielkich molochów industrialnych już sama w sobie sprzyjała jednak wytwarzaniu się więzów poziomych w zakładach pracy. Ludzie znali się ze wspólnych wyjazdów na wakacje, z praktyki produkcyjnej, czy wreszcie wskutek więzów rodzinnych. I nieprzypadkowo w czerwcu 1956 roku miejscem wybuchu były Zakłady Metalowe im. Józefa Stalina w Poznaniu, czyli dawna fabryka Cegielskiego. Jednym z wytłumaczeń genezy protestu była poznańska tradycja uczciwości w pracy. W innych ośrodkach industrialnych, takich jak Łódź czy Warszawa, częste było oszukiwanie wykonania zawyżonych norm, podczas gdy w solidnej Wielkopolsce wykonywanie wyznaczonych limitów traktowano serio; ponieważ jednak były one brane „z księżyca”, robotnicy nie byli w stanie ich wykonać.

Protesty poznańskie poprzedzały liczne skargi i wezwania do interwencji oficjalnych związków zawodowych, ale w systemie nakazowo-rozdzielczym były one albo ignorowane albo wręcz traktowane jako zachowanie „kontrrewolucyjne”. Demonstracje, które przerodziły się z czasem w walki uliczne, cechuje jeszcze jedna unikalna okoliczność. Stosunkowo szybko robotnicy Poznania przeszli od pochodów protestacyjnych do walk o charakterze powstańczym z użyciem zdobytej broni palnej. Nie musi to dziwić w sytuacji, gdy niezwykle wiele osób powyżej dwudziestego roku życia zapoznano się z bronią albo przed wojną, albo w czasie wojny, albo w czasie powojennej obowiązkowej służby w LWP. Pamiętać też należy, że w 1956 roku ludzie, którzy w młodości mogli przejść przez Powstanie Wielkopolskie mieli dopiero ponad pięćdziesiątkę, czyli jak na ówczesne standardy byli to ludzie w tak zwanej „sile wieku”. Z bronią w ręku zdobyto budynek, z którego zagłuszano zachodnie radiostacje, a następnie zaatakowano budynek Urzędu Bezpieczeństwa i więzienie. Słabo w świadomości zbiorowej tkwi skala pacyfikacji Poznania. Do tej operacji dowodzący akcją pacyfikacyjną gen. Stanisław Popławski użył aż 10 tysięcy żołnierzy wyposażonych w 359 czołgów. Jak podaje historyk Jerzy Eisler w walkach z robotnikami zniszczono aż 31 czołgów. W trakcie kilkudziesięciogodzinnej akcji żołnierze zużyli w sumie aż 180 tysięcy sztuk amunicji, głównie do broni maszynowej. Jak uzbrojeni byli demonstranci? W zdobytym budynku więzienia protestujący zabrali ręczny karabin maszynowy, 37 karabinów, 21 pistoletów maszynowych, 16 pistoletów 29 granatów oraz 20 tysięcy szt. amunicji.

Warto zwrócić uwagę, że gdy w grudniu 1970 roku na ulice wyszli stoczniowcy Gdańska i Szczecina nikt nie sięgał po broń, nawet gdy wpadała ona w ręce protestujących. Jaka była tego przyczyna? Po prostu tamto pokolenie było przyzwyczajone w trakcie wojny do zupełnie innego stosunku do ludzkiego życia. Robotnicy mieli opory przed strzelaniem do milicji, za to milicja w grudniu 1970 roku nie miała oporów przed strzelaniem do ludzi pracy. Zresztą brutalność była wtedy po stronie przedstawicieli PZPR. Bardzo autentycznie brzmi przechowana w tradycji ustnej złowroga deklaracja wysłannika Władysława Gomułki – Zenona Kliszki: „z kontrrewolucją się nie rozmawia, do kontrrewolucji się strzela”.

Szok wywołany skalą ofiar na Wybrzeżu spowodował, że kolejny robotniczy protest – wydarzenia w Radomiu i Ursusie w czerwcu 1976 roku skłoniły Edwarda Gierka do bardzo wyraźnego zakazu używania broni ostrej do pacyfikowania protestów. Nie znaczy to jednak że Radom (bo Ursus to raczej nieporównywalnie mniejsza skala zajść) nie zdumiewa rozmachem demonstracji. Wówczas na ulice Radomia wyszło aż 20 tysięcy osób. Stanęły aż 33 przedsiębiorstwa, a dodatkowo robotników wsparci studenci radomskiej filii Politechniki Świętokrzyskiej uczniowie szkół średnich. Robotnicy otoczyli komitet wojewódzki PZPR zmuszając tamtejszego radomskiego I sekretarza KW PZPR Janusza Prokopiaka do bezskutecznych próśb władz w Warszawie odwołania podwyżek cen które stały się iskrą do protestu. I znów wypada podkreślić ważną zmianę socjologiczną. O ile w poznańskim Czerwcu’56 ważną rolę odegrali robotnicy pamiętający przedwojenne strajki i wymuszenia ustępstw przez załogi wobec właścicieli prywatnych fabryk, o tyle w proteście radomskim i tym w Ursusie istotne było dojście do głosu robotników nieporównanie lepiej wykształconych. Bywali to często ludzie, którym zdarzało się być na zachodzie lub choćby porównywać poziom życia w Polsce Gierka ze znacznie lepszym poziomem zaopatrzenia sklepów na Węgrzech czy w NRD. Gierek, korzystając z zachodnich kredytów, rozbudził oczekiwania konsumpcyjne robotników a potem, gdy gospodarka zaczęła się sypać, próbował gwałtownie przerzucić koszty kryzysu na ludzi pracy. Ale był też inny ważny motyw radomskich protestów. W pamięci wielu demonstrantów najbardziej utkwiła scena kiedy protestujący, którzy zdobyli gmach KW PZPR natrafili na partyjny bufet z którego przez okna rozpoczęli wyrzucać puszki z szynką. Ważne było też jedno z haseł, które można znaleźć we wspomnieniach „Precz z czerwoną burżuazją!”. Okazało się, że robotnicy doskonale zauważali wytworzenie się nomenklaturowej „klasy wyższej”, która żyła lepiej, jadła lepiej, ubierała się lepiej i bynajmniej nie miała ochoty by dzielić się tymi przywilejami z klasą pracującą. Gierek w Radomiu nie pozwolił na użycie broni, ale nie zdołał zablokować mechanizmu zwierzęcej wręcz zemsty aparatu władzy który przez pół dnia trząsł się ze strachu przed siłą robotników. Sadystyczne rytuały ścieżek zdrowia czy katowania zatrzymanych w gmachu komendy milicji wskazują na jakiś rodzaj zbiorowej histerii funkcjonariuszy SB i milicji, których wspierał aktyw ORMO i aktywiści partyjni. W czerwcu 1976 roku drogi robotników i Gierka rozeszły się raz na zawsze. Puentą tego rozwodu był sierpień 1980 roku i początek końca komunizmu w Polsce.

Wszystko to znów każe nam zadać pytanie kiedy powstanie historia polityczno-socjologiczna robotników PRL? Co charakterystyczne, nasza nowa lewica póki co zajmuje się historią chłopów, próbując przy okazji przedstawiać ich losy w przeszłości jako polską wersję amerykańskiego niewolnictwa czarnych. Na opisanie dziejów polskich robotników na razie nie starcza ani sił, ani zapału.


Jeśli chcesz żywej, niezależnej politycznie myśli o Polsce, Europie i świecie, jeśli ciekawią Cię następne numery Teologii Politycznej Co Tydzień, jeśli czekasz na nasze książki, seminaria, dyskusje i kolejne artykuły na naszej stronie, wesprzyj nas stałą wpłatą. Dołącz do grona Mecenasów Teologii Politycznej. To dla nas bardzo ważne. Jesteśmy niezależnym środowiskiem intelektualnym. Istniejemy i rozwijamy się dzięki hojności naszych przyjaciół. Zapraszamy!

Dołącz już dziś i WSPIERAJ TEOLOGIĘ POLITYCZNĄ!

Wpłać darowiznę
100 zł
Wpłać darowiznę
500 zł
Wpłać darowiznę
1000 zł
Wpłać darowiznę

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, aktualnych promocjach
oraz inne istotne wiadomości z życia Teologii Politycznej - dodaj swój adres e-mail.