Czy lektura tych wykładów była stratą czasu? Niezupełnie. Ciekawa jest myśl, że to, co nieredukowalne (Bóg?), dane jest nam za darmo i że daje się ono samo z siebie. Tylko po co zużywać tyle „sosu”, by przyrządzić i podać myśl w sumie prostą, może nawet banalną? Na ogół współcześni polscy filozofowie są nieodporni na tego rodzaju produkty pochodzenia zagranicznego – pisze Piotr Nowak o wykładach krakowskich Jeana-Luca Mariona.
Lata dziewięćdziesiąte kojarzyć się będą niektórym z nas – mnie na pewno – ze „szczękami” rozstawionymi nawet przy głównych arteriach miasta, mafią, podróbkami i właśnie z taką prozą filozoficzną, jak ta zaprezentowana ostatnio w Krakowie przez Jeana-Luca Mariona[1]. „Francuska choroba” udzielała się bowiem w Polsce i na świecie wielu środowiskom właśnie za sprawą pseudo-dyskursywnej przemocy, przemocy postmodernistów, czy, mówiąc krócej, za pośrednictwem ich tego „pitu-pitu”, niedofilozoficznej mowy trawy, „modnych bzdur”.
W związku z krakowskimi wystąpieniami Jeana-Luca Mariona sformułowałem na gorąco kilka uwag. Filozof ten występując przed publicznością polską, ani razu nie zadał sobie trudu nawiązania do polskiej tradycji filozoficznej. Gdy profesor Juliusz Domański (w przyszłym roku kończy sto lat!) pojechał z wykładami do Collège de France, naprzód złożył trybut cieniowi wielkiego Gilsona, dopiero potem przeszedł do spraw własnych. U Mariona nawet metafora z pierwszego akapitu wykładu pierwszego, choć mogła być przecież jakakolwiek inna, przez grzeczność na przykład polska, jest francuska. Filozof przywołuje w niej fresk autorstwa Pierre’a Puvisa de Chavannes. Zmaga się na nim dwóch zapaśników, biorących udział w pojedynku, w którym nie zdołano wyłonić zwycięzcy. Chodziło o metaforyczne zobrazowanie dwóch typów namysłu filozoficznego: analitycznego i metafizycznego, pozytywizmu i fenomenologii, trwających w jałowym sporze. A przecież Marion równie dobrze mógł posłużyć się – powtarzam: z grzeczności – płótnem „Pojedynek w karczmie” Jana Czesława Moniuszki z 1896 roku, jak też nieco wcześniejszym, wykonanym francuską ręką sztychem przedstawiającym pojedynek Paska z Jasińskim. Mniejsza.
Autor przedstawia całą tradycję fenomenologiczną jako mecz niemiecko-francuski. W tekście wykładu pierwszego znać przewagę nazwisk francuskich – zupełnie drugorzędnych – nad niemieckimi, co przesądza o rezultacie meczu na jakieś 10 do 2 dla Francji. Tymczasem gdyby Marion, potrafił być uprzejmy i zechciał docenić środowisko polskie i krakowskie, które postanowiło uczcić jego 80. urodziny – sufluje mi profesor Zbigniew Stawrowski – mógłby nawiązać choćby do zmarłego przed trzema laty Stanisława Grygla, przyjaciela Tischnera i Wojtyły, który przez ostatnie czterdzieści lat swego życia, rozwijał (po włosku) filozofię daru. Swoje pierwsze publikacje na temat donacji ogłosił on pod koniec lat sześćdziesiątych, a więc dekadę przed Marionem. Wprawdzie w wykładzie drugim o erosie pojawia się u Mariona nazwisko Karola Wojtyły, ale jedynie ornamentacyjnie, na doczepkę, między Levinasem a Benedyktem XVI.
Myślę z czułością o uczestnikach obu „tureckich kazań” Mariona, jako że ich dobrowolna „męka” została rozciągnięta aż na dwa wykłady, każdy po półtorej godziny. Nie dość że odbywały się one po francusku, to przez swój skrót wszystko w nich zostało postawione na krawędzi bełkotu. Jak choćby rzucona beztrosko myśl o „redukcji bez podmiotu”. Jean-Luc Marion wyprowadza ją ze środka swojej głowy, rzuca in medias res, miesza w kotle jak baba jaga i wyławia zeń „nieredukowalny moment”. Potem mówi o czwartej zasadzie fenomenologii, pomijając trzy inne. Co to za zasady? Nie dowiemy się tego.
Oczywiście jego „korba” to donacja, jasne, wie o tym każdy. Jednak bez znajomości Będąc danym (co za głupi przekład francuskiego tytułu Étant donné[2]) uwagi zawarte w wykładzie to zaiste ignotum per ignotum. Wychodzi to zwłaszcza przy okazji rozbieżności w tłumaczeniu Husserla przez Jeana-Luca Mariona i przez Janusza Sidorka, który – tytułem przykładu – Absolute Gegebenheit oddaje jako „absolutną prezentację”, a nie, jak chce Marion, „donację absolutną”.
Czy lektura tych wykładów była stratą czasu? Niezupełnie. Ciekawa jest myśl, że to, co nieredukowalne (Bóg?), dane jest nam za darmo i że daje się ono samo z siebie (s. 22). Tylko po co zużywać tyle „sosu”, by przyrządzić i podać myśl w sumie prostą, może nawet banalną? Na ogół współcześni polscy filozofowie są nieodporni na tego rodzaju produkty pochodzenia zagranicznego. Słuchając zdań jak choćby takie: „Pytanie polega więc na tym, by pomyśleć owo »to daje« (cela donne – es gibt) w taki sposób, aby nie sprowadzić go do produkcji, konstytucji czy syntezy, lecz umieć dostrzec w nim dającą donację: gdy daje się coś – wówczas to, co zostaje dane, być może nie może już dalej się dawać, jeśli pozostaje jedynie rzeczą”[3], przyswajają je sobie, następnie wprawiają samych siebie w nonsens, ekstazę i frazesy, tworząc na zgubę młodych dusz kolejne zakłady bezmyślności, jak choćby Łódzka Szkoła Postmodernizmu, w której nauczają profesorowie Pieniążek-Banasiak-Matuszewski.
Jeszcze na początku lat 2000 jeździli do Polski w ramach turystyki naukowej rozmaici uczeni zachodni. Tak trafiłem na wykład niejakiego prof. Alana Montefiore o Kancie. Przyjął go na Uniwersytecie Warszawskim profesor Jacek Migasiński, ówczesny dziekan Wydziału Filozofii i Socjologii. Facet odczytywał tę swoją bułę (po angielsku) przez dwie godziny. Nie doczekałem końcowej kropki. Wyszedłem po trzydziestu minutach. Rzuciłem w progu „skandal”, ale nie mam pewności czy już wtedy leciwy profesor odniósł to słowo do siebie, czy jednak do Kanta. Wspominając o tym wydarzeniu, myślę o tych wszystkich niewolnikach konwenansu zebranych wtedy w „trzynastce”, a parę dni temu w Auli Biblioteki Głównej UPJPII w Krakowie. Ilu z nich chciało wyjść w trakcie jednego i drugiego wystąpienia Mariona i tego nie zrobiło ze względu na honor czyniony „najważniejszemu przedstawicielowi szkoły fenomenologicznej” na świecie?
Piotr Nowak
Przypisy:
[1] Jean-Luc Marion, La question de la donation dans la phénoménologie. Repères rétrospectifs; Jean-Luc Marion, D’un phénomène érotique, Aula Biblioteki Głównej UPJPII 9-10 czerwca 2026.
[2] Rozmawialiśmy o tym kiedyś w redakcji „Kronosa”. Kolega tłumaczył mi, że étant donné to standardowy początek zdania, wyrażenie pełniące funkcję spójnika, którego polskim odpowiednikiem może być „ponieważ”, „skoro”, albo nieco cięższe stylistycznie „zważywszy, że”. Angielski odpowiednik to Given that, ale étant donné jest częstsze i bardziej obiegowe. Angielski przekład książki Mariona to Being Given. Może Darowanie? Lub Fenomenologia daru (wtedy bez podtytułu).
[3] Przeł. Piotr Karpiński
Jeśli chcesz żywej, niezależnej politycznie myśli o Polsce, Europie i świecie, jeśli ciekawią Cię następne numery Teologii Politycznej Co Tydzień, jeśli czekasz na nasze książki, seminaria, dyskusje i kolejne artykuły na naszej stronie, wesprzyj nas stałą wpłatą. Dołącz do grona Mecenasów Teologii Politycznej. To dla nas bardzo ważne. Jesteśmy niezależnym środowiskiem intelektualnym. Istniejemy i rozwijamy się dzięki hojności naszych przyjaciół. Zapraszamy!
Dołącz już dziś i WSPIERAJ TEOLOGIĘ POLITYCZNĄ!
