Popkulturowa awantura pomiędzy Trumpem i Muskiem szczerze mnie zmartwiła, gdyż uświadomiłem sobie na jak kruchych podstawach opiera się spektakularny sojusz władzy i sektora high-tech w dzisiejszej Ameryce.
Wyzwiska i oskarżenia, jakie miotali na siebie nawzajem na oczach świata charyzmatyczny przywódca USA oraz genialny twórca SpaceX i Tesli, do złudzenia przypominały rozprawę rozwodową jakichś infantylnych hollywoodzkich „gwiazd”, którą pasjonują się brukowce o milionowych nakładach. Być może jednak z awantury pomiędzy dwiema tak cudacznymi figurami nie należy wyciągać nazbyt daleko idących wniosków. W końcu Trump i Musk – to jednocześnie dwaj wielcy ludzie o decydującym wpływie na losy świata, ale zarazem dwie pocieszne figury z dziejącej się na politycznej i technologicznej scenie świata komedii dell’arte. To co zmartwiło mnie najbardziej, to groźby Muska, iż na złość „pedofilowi” Trumpowi zamierza rozwalić amerykański program kosmiczny. Chyba w końcu jednak tak się nie stanie, no bo rozprawa rozwodowa minęła, presja brukowców zdążyła opaść, więc też atak szału Muska – jak to u ludzi często bywa – wyraźnie osłabł.
Nie tak dawno wpadła mi w ręce wydana w lutym 2025 książka „The Technological Republic”, autorstwa Alexandra Karpa i Nicholasa Zamiski – czyli współtwórcy i prezesa oraz jednego z dyrektorów sławnej firmy softwarowej Palantir Technologies. Gdy idzie o książki o polityce, to rzecz chyba najciekawsza i najbardziej doniosła, na jaką się ostatnimi czasy natknąłem, choć na dobrą sprawę o czystej polityce jest w niej niezbyt wiele. Palantir – to zjawisko nowego typu na technologicznej mapie amerykańskiego biznesu, gdyż (na ile sięga moja amatorska wiedza) nie czerpie zysków z takich technologicznych głupstw, jak wymyślanie aplikacji do dzielenia się zdjęciami, albo algorytmów do marketingu jakichś tam komercyjnych usług, ale tworzy oprogramowanie na potrzeby amerykańskiej armii, marynarki wojennej i administracji. Zaś książka napisana przez szefów tej firmy – to (by zacytować pisarza Waltera Isaacsona z łamów „The New York Timesa”) „okrzyk bojowy, wzniesiony w chwili kiedy wkraczamy w erę AI, na rzecz powrotu do stosunków z czasu II wojny światowej”, a więc do epoki, w której przemysł wysokotechnologiczny oddał się na służbę państwa, wznosząc fundament amerykańskiej potęgi i dając Ameryce zwycięstwo wojenne. I choć sam Karp nie jest politycznym zwolennikiem Trumpa i zwykł mówić o swoich socjalistycznych przekonaniach, to w kręgach intelektualnych USA nazwany został „amerykańskim szowinistą”. A wszystko przez to, że głosi wyrazisty pogląd o wyższości zachodniej cywilizacji i stylu życia nad całą resztą świata oraz nawołuje biznes technologiczny do sprzymierzenia się z Białym Domem i Pentagonem w walce o zwycięstwo Ameryki w nowym cyfrowym wyścigu zbrojeń.
Odkąd Trump powtórnie objął władzę odnoszę wrażenie, iż jego podstawową polityczną intencją jest uczynienie z USA imperium technologicznego. Jednym z pierwszych aktów nowej prezydentury było zainicjowanie, wraz z twórcą Open AI Samuelem Altmanem, imponującego i wartego pół biliona dolarów planu budowy centrów danych dla AI, nazwanego Star Gate (w wyraźnym skojarzeniu z reaganowskimi Star Wars), współfinansowanego przez fundusze saudyjskie i japońskie. To zresztą chyba właśnie ten plan rozniecił pierwszą, jeszcze dość łagodną fazę konfliktu prezydenta z Muskiem, na tle jego rywalizacji i niechęci do Altmana. Wkrótce potem Trump zniósł regulacje aksjologiczne dotyczące AI, wydane przez jego demokratycznego poprzednika, co zaowocowało choćby tym, iż Google wycofały się z korporacyjnego zakazu wykorzystywania AI do produkcji broni. Z kolei marcowe memorandum prezydenckie dotyczące kar i grzywien nakładanych przez obce kraje na amerykańskie firmy technologiczne, zobowiązało rząd USA do natychmiastowych akcji odwetowych. Sektor high-tech ma być bowiem odtąd traktowany jako newralgiczny składnik amerykańskiej przewagi nad światem.
Trump zdaje się przytomnie uważać, że obrona zachodniej kultury przed zalewem dekadencji „przebudzonych”, przyspieszone zbrojenia USA i agresywny wyścig technologiczny – to trzy nierozerwalne filary tego samego imperialnego planu. I co ciekawe, szefowie Palantira prezentują w swej książce podobny koncept polityczny, nazywając go „Republiką Technologiczną”. W ich mniemaniu współczesny wyścig technologiczny – to rzecz w samej swej istocie polityczna, gdyż wygrana w nim przesądzi o tym, czyja cywilizacja zdobędzie globalną hegemonię. Karp jest wiernym czytelnikiem Samuela Huntingtona i uważa, że cywilizacje skazane są na rywalizację i starcie. Stąd jego krytyka na poły pięknoduchowskiej, a na poły libertariańskiej obojętności na potrzeby państwa, tak charakterystycznej dla biznesu Doliny Krzemowej w ciągu ostatnich trzech dekad, od zakończenia zimnej wojny. Nowoczesny przemysł cyfrowy będzie bowiem, albo nawet już się staje, kluczową bronią w wielkim sporze o przyszły los świata; sporze, który – co prawdopodobne – rozstrzygnięty zostanie za jakiś czas z użyciem wysoko technologicznej wojny, jako narzędzia polityki. Misją amerykańskich firm nie jest w takich warunkach wymyślanie coraz to bardziej wyrafinowanych cyfrowych gadżetów dla żądnej nowości technologicznych publiczności, ale uzbrojenie amerykańskiej republiki. Oczywiście pod warunkiem, że ta republika jest gotowa bronić zachodniego dorobku, kultury i stylu życia przed inwazją autodestrukcyjnej ideologii „przebudzonych”. To zaskakująca koincydencja, że Karp – menadżer, uważający się za socjalistę, oraz Trump – lider obozu prawicy, tak wyraźnie spotykają się w swoich kluczowych diagnozach.
Tymczasem zaś myślenie o Republice Technologicznej znajduje dziś już oparcie w realnych przemianach najbardziej innowacyjnego technicznie biznesu amerykańskiego. W pewnym sensie symbolem owych przemian jest rozciągająca się na południe od lotniska Los Angeles stara przemysłowa osada El Segundo, o której reportaż autorstwa Joela Kotkina (z Texas University) opublikowała niedawno moja ulubiona gazeta „UnHerd”. Kiedyś na tym miejscu całkowicie panował przemysł naftowy, a kilkunastotysięczne miasteczko powstało w cieniu potężnych instalacji Chevrona. Ale od niedawnego czasu El Segundo przekształciło się w coś na kształt nowego miasta przemysłowego, w którym swoje fabryki zbudowało kilkadziesiąt innowacyjnych start-upów, w tym wiele powiązanych właśnie z cyfrowym imperium Muska. Różnią się one tym od starej Doliny Krzemowej, iż zatrudniają głównie nie programistów, ale inżynierów i mechaników, gdyż ich misją jest przeprowadzenie technologicznej rewolucji w przemyśle zbrojeniowym i kosmicznym. High-tech jest tu stosowana w praktyce, aby produkować rakiety kosmiczne, satelity, skrzydła i silniki nowoczesnych bombowców, czy drony – jak widać na Ukrainie, kluczową nową broń opartą na technologii cyfrowej. Biznesmeni i inżynierowie z El Segundo mówią Kotkinowi, że tu właśnie wystartowała „rewolucja twardych technologii”, która Ameryce przywróci przemysł, przeobrazi sektor zbrojeniowy i kosmiczny, zepchnie na bok dominujące dotąd „grube i leniwe” koncerny, jak Boeing czy Lockheed Martin i odeprze konkurencję chińskiego sektora high-tech, po to by w finale przeobrazić Amerykę i świat. I co szczególnie ciekawe w perspektywie wielkiego sporu o kulturę, biznesmeni i inżynierowie z El Segundo śmieją się z „postępowych” przesądów i elitarnej kultury korporacyjnej panującej w Dolinie Krzemowej. Tutaj nosi się podarte dżinsy i skórzane buty robocze, kocha się Amerykę, szybkie samochody i mocny tytoń oraz czci się Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. „Czujemy, że budujemy dla Ameryki” – mówi Kotkinowi twórca jednego ze start-upów, aplikującego high-tech w górnictwie.
Kiedy obserwuję imperialno-technologiczne starania Trumpa, albo czytam reportaż z El-Segundo, czy książkę o Republice Technologicznej projektowanej przez twórców Palantira, odzyskuję nadzieję ocalenia świata, który mnie ukształtował i któremu staram się pozostać wierny. I zaczynam przypuszczać, że optymizm technologiczny, tak charakterystyczny dla Ameryki, a zarazem tak obcy Europie, jest być może warunkiem sine qua non owego ocalenia. Jest z pewnością paradoksem, którego – przyznaję – nie umiem przekonująco wytłumaczyć, iż Europa właśnie dzięki technice sprzymierzonej z państwem i armią zdobyła niegdyś swą hegemoniczną pozycję nad światem, po to, by zaraz potem fundamentalnie zwątpić w wartość techniki, albo i nawet popaść w apokaliptyczny strach wobec jej postępu. Całe nowoczesne myślenie Europejczyka, także tego nieobytego z księgami filozofów, zdominowane zostało przez ów apokaliptyczny strach, wyzierający z dzieł Nietzschego, Heideggera, Szkoły Frankfurckiej, czy Agambena. Ten ostatni z politowaniem pisze o głupich poczciwcach (do których chyba sam się zaliczam), którym zdaje się, że cały problem z technologią polega na tym, iż można jej użyć w dobrej, albo złej sprawie, albowiem naprawdę wszelkie urządzenia technologiczne ze swej natury pochwytują człowieka, pozbawiając go podmiotowości i rozpościerając nad nim swą władzę. O tym w istocie toczy się dziś w Europie niepokojąca mnie i bardzo polityczna debata nad regulacjami, jakie trzeba wprowadzić, aby uniemożliwić rzekomo groźny postęp AI. Tymczasem Ameryka, pomimo kruchości politycznego sojuszu Trumpa z sektorem high-tech, z technologicznym optymizmem podąża pod prąd tego europejskiego trendu. Czy odniesie zwycięstwo nad rosnącymi w siłę Despotiami Technologicznymi, podporządkuje sobie Europę i ocali w ten sposób nasz zachodni świat?
Jan Rokita
fot. Alex Kuhn / ArtService / Forum
Jeśli chcesz żywej, niezależnej politycznie myśli o Polsce, Europie i świecie, jeśli ciekawią Cię następne numery Teologii Politycznej Co Tydzień, jeśli czekasz na nasze książki, seminaria, dyskusje i kolejne artykuły na naszej stronie, wesprzyj nas stałą wpłatą. Dołącz do grona Mecenasów Teologii Politycznej. To dla nas bardzo ważne. Jesteśmy niezależnym środowiskiem intelektualnym. Istniejemy i rozwijamy się dzięki hojności naszych przyjaciół. Zapraszamy!
Dołącz już dziś i WSPIERAJ TEOLOGIĘ POLITYCZNĄ!
(ur. 1959) – prawnik i publicysta, komentator polityczny. Od początku istnienia związany z Niezależnym Zrzeszeniem Studentów. Uczestnik obrad Okrągłego Stołu. W latach 1989-2007 poseł na Sejm RP. Po wyborach 1989 roku był wiceprzewodniczącym Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, skupiającego posłów rekomendowanych przez „Solidarność”. Przewodniczył wówczas sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do zbadania działalności MSW, która zajmowała się m.in. archiwami SB. W efekcie tych prac powstał raport końcowy zwany „raportem Rokity”. W latach 1992-1993 pełnił funkcję szefa Urzędu Rady Ministrów. W 2007 roku wycofał się z czynnego życia politycznego. Od tego czasu jest wziętym publicystą i wykładowcą akademickim. Uprawia też róże. Odznaczony m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyżem Wolności i Solidarności. Laureat „Nagrody Kisiela” za 2003 rok.
