Skoro pamięć narodów miałaby dawać się „oczyścić”, tak by na dnie móc dogrzebać się do głębokiego wspólnego sensu wzajemnej historii, musiałby istnieć jakiś dający się odkopać wspólny rozum rodzaju ludzkiego
Muszę przyznać, że żywię daleko idący sceptycyzm, gdy idzie o polską zdolność wpływu na kształt ukraińskiej pamięci historycznej i politykę historyczną niepodległej Ukrainy. A już zwłaszcza teraz, po sławetnej historii z upokarzającym „ukaraniem” przez państwo polskie Włodzimierza Zełeńskiego za wpisanie się przezeń w tradycję narodowej apologii Ukraińskiej Powstańczej Armii i jej wymordowanych przez Sowiety dowódców. Myślę też, że ugruntowany w polskiej kulturze obraz Kozaka Zaporoskiego (sienkiewiczowski Bohun), przechodzący potem płynnie w stereotyp ukraińskiego nacjonalisty (historyczny Bandera) jest co do zasady prawdziwy, jak zresztą większość ugruntowanych, acz ośmieszanych współcześnie przez „ludzi oświeconych” narodowych stereotypów. Ukraińcy to naród krnąbrny, hardy i o twardym karku, a upokorzeni, łatwo stają się rezunami, o czym niejeden raz przekonywała się dawna Polska, zaś współcześnie przekonali się zdumieni Moskale, wysłani w czołgach na Kijów przez władcę Kremla, który ślepo uwierzył, iż tam czekać na nich będą „prawosławni bracia”. Jeśli mam rację co do aktualności owego stereotypu, to znaczyłoby to, iż prognoza co do przyszłego rozwoju polityki historycznej Ukrainy po ostatniej orderowej historii, patrząc z polskiej perspektywy, wygląda kiepsko. Chyba daliśmy mocny impuls dla konsolidacji ukraińskiej pamięci wokół UPA i upowszechnienia państwowego kultu tej antypolskiej i antysowieckiej nacjonalistycznej partyzantki.
Mój sceptycyzm co do zdolności wpływu na pamięć historyczną innych narodów ma zresztą szersze przesłanki. Choć bowiem (o czym nieraz tu pisałem) bliska jest mi idea zachodniego uniwersalizmu politycznego, i z niej bierze się moja zdecydowana obrona amerykańskiego przywództwa, to odwrotnie – kategorycznie odrzucam ten rodzaj „antropologicznego uniwersalizmu”, który prowadzi do niedorzecznej wiary w zgodną pamięć narodów dotkniętych wielowiekowymi konfliktami i wrogością. Ponoć jest jedna ludzkość, jedna historia i jeden rozum – wystarczy tylko dotrzeć do korzeni owej wyidealizowanej wspólnoty. Obserwując wysiłki rozmaitych „komisji historycznych”, „zespołów do trudnych spraw” i „komisji podręcznikowych”, zawsze odnosiłem wrażenie, iż ich celem jest takie manewrowanie faktami i ocenami, aby uzyskać efekt historycznej papki, na modłę politycznej poprawności, wyprutej nie tylko z prawdy, ale już tak przemielonej i zneutralizowanej, że nikogo nie obchodzącej i przez nikogo nie przeżywanej.
Owszem, znamy przypadki, kiedy obcą przemocą udawało się przemielić pamięć historyczną okupowanych narodów, choć nawet taka siłowa transformacja niemal zawsze w końcu napotyka na kontrreakcję. Przymusowy demontaż narodowej pamięci Niemców przez Amerykanów – to spektakularny przykład sukcesu tego rodzaju operacji; faktycznie udało się bowiem wychować co najmniej dwa powojenne pokolenia, nienawidzące historii własnego narodu i wrogo nastawione do swej tożsamości. Zawsze jest jednak jakaś tego cena: de facto wynarodowione dwa pokolenia Niemców uciekły w skrajne anarchiczno-pacyfistyczno-zielone tożsamości ideologiczne. Ale i w tym przypadku spodziewam się reconquisty narodowej pamięci, czego objawy po trosze już widać. Choć też nie chcę zaprzeczać, iż dysponując państwowym przymusem, wynikającym z militarnej okupacji kraju, można próbować przeobrazić również pamięć i duszę okupowanego narodu. Przynajmniej na jakiś przeciąg historycznego czasu.
Co ważniejsze, ten szczególny rodzaj „antropologicznego uniwersalizmu”, który zakłada możność transformacji pamięci przez obcą perswazję albo polityczną presję, opiera się na słabych metafizycznych założeniach. Skoro pamięć narodów miałaby dawać się „oczyścić”, tak by na dnie móc dogrzebać się do głębokiego wspólnego sensu wzajemnej historii, musiałby istnieć jakiś dający się odkopać wspólny rozum rodzaju ludzkiego. Ta kluczowa kwestia (o czym poza historykami dawnych idei mało kto dziś pamięta) stała w Europie na ostrzu noża w ciągu wieku XIII, prowadząc do sławnego naonczas potępienia w dniu 10 grudnia 1270 roku przez Kościół w Paryżu trzynastu tez tzw. „awerroistów łacińskich”. A wśród nich, na pierwszym miejscu, tezy kluczowej, wedle której: „istnieje jeden, numerycznie ten sam intelekt, wspólny dla całego rodzaju ludzkiego”. Kościół uznał tę tezę za heretycką ze względu na wiarę chrześcijańską: skoro rozum nie jest władzą każdej duszy, ale udziela się tylko, jako jeden i ten sam dla wszystkich i ponad wszystkimi, to partykularna myśl i sumienie jednostki musi umierać wraz z śmiertelnym człowiekiem. A tym samym znikają podstawy dla odpowiedzialności i sądu, zbawienia i potępienia.
Z perspektywy naszego problemu pamięci ciekawsza jest tu inna konkluzja. Ta mianowicie, że owa głęboka, „oczyszczona” i wspólna pamięć narodów da się w ogóle pomyśleć tylko na gruncie przyjęcia potępionej tezy o „jednym i tym samym intelekcie” wszystkich ludzi. Tomasz z Akwinu, walcząc z czołowym awerroistą tamtego czasu – Sigerem z Brabantu, napisał traktat „De unitate intellectus”, w którym bronił odrębności rozumu każdego człowieka, a tym samym nieśmiertelności duszy oraz jej indywidualnej pamięci i odpowiedzialności. Choć jak wiemy dobrze, potępiony koncept wspólnego rozumu ludzkości rychło odrodził się w nowożytności, przede wszystkim na gruncie niemieckiej filozofii idealistycznej. Zapewne bez tego odrodzenia dzisiejsze poszukiwanie wspólnej pamięci historycznej narodów nie miałoby żadnego sensu.
O „oczyszczaniu” narodowej pamięci piszę tu w cudzysłowie bynajmniej nie przez przypadek, gdyż jest to koncept wywodzący się z nauczania Jana Pawła II. Ilekroć wracam do kwestii ewidentnie „nieoczyszczonej” i kolizyjnej pamięci historycznej Polaków i Ukraińców, przypominam sobie ten fragment homilii papieża, wygłoszonej dokładnie ćwierć wieku temu – 26 czerwca 2001 roku, na lwowskim hipodromie, w którym mowa jest o czystkach etnicznych z lat 40 XX wieku, po czym padają takie oto słowa: „Czas już oderwać się od tej bolesnej przeszłości (…) Niech dzięki oczyszczeniu pamięci historycznej wszyscy gotowi będą stawiać wyżej to, co jednoczy, niż to co dzieli, ażeby razem budować przyszłość”. Co szczególnie ciekawe, papież mówi te słowa w czasie swojej pierwszej mszy lwowskiej, w języku polskim, kierując je do obecnych tam kresowych Polaków, lecz nie powtarza ich następnego dnia, w czasie drugiej mszy na tym samym hipodromie, odprawianej dla Ukraińców w obrządku wschodnim. Jasne jest, że papieska intencja „oczyszczania pamięci” ma przede wszystkim wymiar moralny; celem miałaby być chrystusowa miłość pomiędzy dwiema wspólnotami tego samego Kościoła. Jednak w samej idei „oczyszczania” pamięci narodów tkwi jakiś wątek niepokojący. Nie zrozumiałem nigdy na przykład tego, jak mógłby wyglądać proces „oczyszczenia” polskiej pamięci o rzezi wołyńskiej? Czy miałyby z niej zostać usunięte ówczesne najstraszniejsze okrucieństwa? Czy też te okrucieństwa miałyby zostać jednostronnie wybaczone? A jeśli tak, to przez kogo: rząd? prezydenta? biskupów? rodziny pomordowanych? jakieś organizacje społeczne?
A w przypadku Ukraińców problem wspólnej pamięci jest tym bardziej kwadraturą koła, że zbrodniarze z UPA, przeprowadzający czystkę etniczną na Polakach, są zarazem tragicznymi bohaterami, którzy jako ostatni bili się aż do śmierci za ojczyznę, przed zapadnięciem na długie lata nad Ukrainą mroku sowieckiej okupacji. Więc niepodległa Ukraina zaadaptowała – jak się zdaje – na potrzeby polityki starą doktrynę teologiczną o „chrzcie krwi”, wywodzącą się jeszcze z teologii św. Cypriana, wedle której męczeństwo gładzi wszystkie grzechy i zbrodnie, popełnione w ciągu całego życia. Dlatego ani Kościół Katolicki, ani Kościoły Wschodnie, nie modlą się za męczenników, ale jedynie do nich, z prośbami o wstawiennictwo, a św. Augustyn napisał nawet, że „uwłaczałby męczennikowi ten, kto by się modlił za niego”. Przenosząc tę regułę do porządku politycznego na Ukrainie uznano, że zbrodniarze z rzezi wołyńskiej, w tym jej organizatorzy i przywódcy, są bohaterami, albowiem walczyli aż do końca za ojczyznę i zostali pomordowani przez NKWD. I cóż tu można poradzić, aby „oczyścić” taką pamięć? Każdy widzi, że tu nie można się dokopać do żadnej wspólnej racjonalności, ani wspólnego wyroku sumienia pomiędzy Polakami i Ukraińcami. Nie można i zapewne na przyszłość również nie będzie można. A wielka sztuka polityki polega właśnie na tym, ażeby mimo wszystko umieć z tym żyć.
Jan Rokita
fot. Alex Kuhn / ArtService / Forum
Jeśli chcesz żywej, niezależnej politycznie myśli o Polsce, Europie i świecie, jeśli ciekawią Cię następne numery Teologii Politycznej Co Tydzień, jeśli czekasz na nasze książki, seminaria, dyskusje i kolejne artykuły na naszej stronie, wesprzyj nas stałą wpłatą. Dołącz do grona Mecenasów Teologii Politycznej. To dla nas bardzo ważne. Jesteśmy niezależnym środowiskiem intelektualnym. Istniejemy i rozwijamy się dzięki hojności naszych przyjaciół. Zapraszamy!
Dołącz już dziś i WSPIERAJ TEOLOGIĘ POLITYCZNĄ!
(ur. 1959) – prawnik i publicysta, komentator polityczny. Od początku istnienia związany z Niezależnym Zrzeszeniem Studentów. Uczestnik obrad Okrągłego Stołu. W latach 1989-2007 poseł na Sejm RP. Po wyborach 1989 roku był wiceprzewodniczącym Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, skupiającego posłów rekomendowanych przez „Solidarność”. Przewodniczył wówczas sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do zbadania działalności MSW, która zajmowała się m.in. archiwami SB. W efekcie tych prac powstał raport końcowy zwany „raportem Rokity”. W latach 1992-1993 pełnił funkcję szefa Urzędu Rady Ministrów. W 2007 roku wycofał się z czynnego życia politycznego. Od tego czasu jest wziętym publicystą i wykładowcą akademickim. Uprawia też róże. Odznaczony m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyżem Wolności i Solidarności. Laureat „Nagrody Kisiela” za 2003 rok.
