Wezwanie przez rząd Izraela Żydów mieszkających w Nowym Jorku, aby „poważnie rozważyli przeprowadzkę do Ziemi Izraela” – jest samo w sobie faktem bez precedensu, niezależnie od skali odzewu z jakim się spotka. Z wezwaniem takim wystąpił minister ds. diaspory i walki z antysemityzmem Amichai Szikli, w reakcji na zwycięstwo radykalnego socjalisty i muzułmanina Zohrana Mamdaniego w wyborach na burmistrza Nowego Jorku.
Na tle swoich koalicyjnych kolegów ministrów z partii syjonistyczno-religijnych Szikli – członek Likudu i stronnik Benjamina Netanjahu – jest politykiem umiarkowanym, który swego czasu zasłynął nawet z tego, iż udało mu się własnym jednym głosem obalić w Knesecie ustawę zakazującą małżeństw mieszanych między Palestyńczykami i Żydami i nabywania przez Arabów izraelskiego obywatelstwa. Ma to znaczenie, bo apel do żydowskiej społeczności Nowego Jorku nie jest wybrykiem któregoś z ekstremistycznych koalicjantów Netanjahu, ale wywodzi się – by tak rzec – z umiarkowanego głównego nurtu izraelskiej prawicy. Szikli argumentuje, iż wybór Mamdaniego to „krytyczny punkt zwrotny” nie tylko dla Żydów nowojorskich, ale generalnie – dla historii tego miasta. Oto bowiem burmistrzem został „najgorszy spośród uczestników prohamasowskich zamieszek, zwolenników gwałcicieli i morderców”. A to musi skutkować „ruiną fundamentów tego co zapewniało wolność i sukces wielu żydowskim uchodźcom od końca XIX wieku i co uczyniło Nowy Jork domem największej społeczności żydowskiej poza Izraelem”. „Pochodnia wolności tego pięknego miasta zgasła i nie ma sensu marnować słów na pocieszenie” – konkluduje z patosem minister Amichai Szikli.
Nie wiem, czy nowy burmistrz Nowego Jorku jest istotnie „zwolennikiem gwałcicieli i morderców” z Hamasu, ale nawet gdyby nim w duchu był, to nie będzie się do tego przyznawać publicznie. Za to z pewnością jest czołowym amerykańskim aktywistą ruchu BDS, nawołującego do światowego bojkotu gospodarczego i kulturalnego Izraela, oraz obrońcą uczestników sławetnych antyżydowskich zamieszek na Uniwersytecie Columbia, które w ubiegłym roku doprowadziły do blokady dotacji uniwersyteckich od niektórych żydowskich darczyńców i przymusowej dymisji ówczesnej pani rektor. Burmistrz Mamdani deklaruje się także jako „demokratyczny socjalista” i z tego tytułu chce wprowadzić kontrolę czynszów, stworzyć sieć komunalnych sklepów spożywczych, znieść opłaty za komunikację, zbudować systemy zasiłków socjalnych, darmowych żłobków i przedszkoli etc. etc. Ta socjalistyczna agenda Mamdaniego najbardziej pasjonuje amerykańskie media, bo też to ona stała się istotną przesłanką jego zwycięstwa wyborczego, lecz z naszej perspektywy ta rzecz akurat wydaje się nie mieć znaczenia. W końcu to, czy Nowy Jork stać na tego rodzaju miejski socjalizm, to sprawa Amerykanów, a jeśli okazać by się miało, że jednak nie stać, no to najwyżej pod socjalistyczną władzą miasto za jakiś czas popadnie w bankructwo. Możemy więc sobie pozwolić na luksus obserwacji z zaciekawieniem tego rodzaju eksperymentów, ponoć teraz popularnych wśród młodszego pokolenia nowojorczyków, zniechęconych wzrostem cen, czynszów i kłopotami ze znalezieniem wysoko płatnych posad. Z perspektywy pozaamerykańskiej o wiele ważniejsze są dwa kulturowe priorytety nowego burmistrza. Mamdani bowiem, jak przystało na współczesnego postępowca, jest z jednej strony fanatycznym zwolennikiem wszystkich nowinek dotyczących ludzkiej płci, więc być może wkrótce Nowy Jork stanie się globalną stolicą feministek, hermafrodytów i wielbicieli przerywania ciąży. Z drugiej zaś – wyjątkowym, jak na współczesne czasy, nawet na lewicy, propagatorem wielkich migracji. Jego pierwsze słowa, wygłoszone po ogłoszeniu zwycięstwa w teatrze Paramount na Brooklynie brzmiały: „Nowy Jork będzie nadal miastem imigrantów: miastem zbudowanym przez imigrantów, napędzanym przez imigrantów, a od dzisiejszego wieczora, rządzonym przez imigranta”.
Na tych dwóch ideologicznych polach nastąpi, i to chyba w niezbyt odległym czasie, wielkie starcie pomiędzy Waszyngtonem i Nowym Jorkiem, gdyż trudno wyobrazić sobie, aby Donald Trump, uważający Mamdaniego za „niebezpiecznego komunistę”, był gotów przejść do porządku dziennego nad paramedycznymi eksperymentami nad ludzką płcią prowadzonymi w Nowym Jorku za publiczne pieniądze, albo też nad blokadą największego miasta Ameryki dla federalnych służb imigracyjnych ICE, prowadzących rozległe akcje deportacyjne. Przebieg i wynik tego starcia ukształtuje dopiero nową linię frontu w wewnątrzamerykańskiej wojnie kulturowej przed wyborami prezydenckimi 2028 roku. Sam Mamdani jest zapewne politykiem zbyt ultrasowskim, aby mógł się ubiegać o demokratyczną nominację do prezydentury, jednak może mieć duży wpływ na to, na czyją stronę przechylą się głosy młodszego, mocno roszczeniowego pokolenia amerykańskiej lewicy. Co niektórzy – chyba nazbyt pochopnie – już dziś spekulują, że taki trend może wynieść do roli demokratycznego kandydata kogoś w rodzaju znanej feministki poseł Ocasio Cortez. Gdyby jednak naprzeciw tego rodzaju demokraty w imieniu republikanów stanąć miał twardogłowy JD Vance, pozbawiony charyzmy i politycznego talentu Trumpa, za to ślepo wyznający skrajną wersję ideologii MAGA, to Ameryka znalazłaby się w okowach politycznego fanatyzmu, z tragicznymi skutkami dla jej globalnego znaczenia i zdolności do działania w świecie. Co to by znaczyło dla takich krajów, jak Polska, państwa bałtyckie, Korea Płd. czy Tajwan, nie mówiąc już nawet o Ukrainie, nie trzeba nikomu tłumaczyć. I dlatego pytanie – czy obie strony amerykańskiej polityki nie staczają się aby w ideologiczny fundamentalizm, ma dziś tak istotne znaczenie dla świata.
To jeden globalny aspekt politycznych przemian nowojorskiego układu władzy politycznej i hegemonii kulturowej. Drugi – to właśnie kwestia nowojorskich Żydów. W aglomeracji nowojorskiej żyje ich coś niespełna dwa miliony, a miasto – jak zauważa Szikli – istotnie jest „domem” diaspory żydowskiej, nie tylko w sensie jej liczebności, ale przede wszystkim ze względu na ulokowane tu od wieku najbardziej wpływowe żydowskie instytucje finansowe, kulturalne, polityczne i medialne, z „The New York Timesem” na czele. Zwykło się uważać, że również duchowe i religijne centrum diaspory żydowskiej, jakim niegdyś było Wilno, na początku XX wieku też migrowało de facto do Nowego Jorku. W ciągu ostatnich dekad gros tej nowojorskiej diaspory, o globalnych wpływach i znaczeniu, związane było z lewicowo-liberalnym nurtem amerykańskich demokratów, a dekadencki klimat kulturowy tych środowisk znamy z perfekcyjnych, a po trosze życzliwie prześmiewczych filmów Woody’ego Allena. Tymczasem teraz okazuje się (powołuję się tu na Reutersa), że zaledwie 1/3 nowojorskich Żydów, i to głównie tych z młodszego pokolenia, poparła muzułmańskiego kandydata demokratów na burmistrza, zaś reszta odczuwa po raz pierwszy niepokój o swoje wpływy i status pod nową władzą. Na taki społeczny grunt padają z Jerozolimy wezwania do opuszczenia przez Żydów Nowego Jorku. Konserwatywni analitycy w Ameryce już przeliczają, jak taka zmiana nastawienia w nowojorskiej diasporze wpłynie na politykę i czy nieoczekiwanie może być tak, iż za sprawą Mamdaniego Żydzi staną się na przyszłość twardym elektoratem prawicy? Chyba nie ma dziś jeszcze jasnych odpowiedzi na te pytania. W każdym jednak razie byłoby prawdziwą ironią historii, jeśliby alians nowojorskiej lewicy z islamem, Palestyńczykami i ruchem na rzecz bojkotu Izraela miał popchnąć diasporę żydowską do sojuszu z konserwatywnymi przeciwnikami wielkich migracji i paramedycznych eksperymentów płciowych. Zaś postacią symbolizującą nową elitę Manhattanu przestałby być demonizowany na prawicy liberalny Żyd George Soros, gdyż zastąpiłby go w tej roli czerwony muzułmanin Zohran Mamdani. A że wszystko to ma znaczenie daleko wykraczające poza Amerykę, nie trzeba pewnie przekonywać nikogo, kto choć raz słyszał refren słynnej piosenki Franka Sinatry:
And if I can make it there
I'm gonna make it anywhere
It's up to you New York
New York
New York.
Jan Rokita
fot. Alex Kuhn / ArtService / Forum
Jeśli chcesz żywej, niezależnej politycznie myśli o Polsce, Europie i świecie, jeśli ciekawią Cię następne numery Teologii Politycznej Co Tydzień, jeśli czekasz na nasze książki, seminaria, dyskusje i kolejne artykuły na naszej stronie, wesprzyj nas stałą wpłatą. Dołącz do grona Mecenasów Teologii Politycznej. To dla nas bardzo ważne. Jesteśmy niezależnym środowiskiem intelektualnym. Istniejemy i rozwijamy się dzięki hojności naszych przyjaciół. Zapraszamy!
Dołącz już dziś i WSPIERAJ TEOLOGIĘ POLITYCZNĄ!
(ur. 1959) – prawnik i publicysta, komentator polityczny. Od początku istnienia związany z Niezależnym Zrzeszeniem Studentów. Uczestnik obrad Okrągłego Stołu. W latach 1989-2007 poseł na Sejm RP. Po wyborach 1989 roku był wiceprzewodniczącym Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, skupiającego posłów rekomendowanych przez „Solidarność”. Przewodniczył wówczas sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do zbadania działalności MSW, która zajmowała się m.in. archiwami SB. W efekcie tych prac powstał raport końcowy zwany „raportem Rokity”. W latach 1992-1993 pełnił funkcję szefa Urzędu Rady Ministrów. W 2007 roku wycofał się z czynnego życia politycznego. Od tego czasu jest wziętym publicystą i wykładowcą akademickim. Uprawia też róże. Odznaczony m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyżem Wolności i Solidarności. Laureat „Nagrody Kisiela” za 2003 rok.
