Opowiadania o Profesorze Tutce dzieją się nie w jakimś wiecznym teraz, lecz w powojennej Polsce, kiedy Tutka relacjonuje mniej więcej stałemu koleżeńskiemu gronu swoje przypadki. Im dawniej i dalej się działy, tym bardziej kontrastują z siermiężną Polską Ludową dzisiaj – pisze Adam Poprawa w „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Jerzy Szaniawski. Chadzanie własnymi drogami”.
Skoro są w obiegu przekładowym Fistaszki zebrane oraz Muminki zebrane, dlaczego nie mogłoby być zebranych Tutków? Całkiem serio zaś: najwyższa pora, by ukazał się Profesor Tutka Jerzego Szaniawskiego w wersji naprawdę kompletnej. Jeszcze w 1955 Jan Józef Lipski żałował, że w pierwszej książce z opowiadaniami o Profesorze Tutce nie znalazły się wszystkie teksty z tego cyklu drukowane wcześniej w „Przekroju”. Tak, już pobieżny przegląd internetowego archiwum periodyku potwierdza brak: nie ma w książce utworu O krytykach, którym nie można dogodzić („Przekrój” 1951, nr 34). Przeoczenie wydawnictwa? Decyzja autora? Tym bardziej dziwne, że drugie opowiadanie z tego numeru tygodnika do książki weszło, choć pod skróconym tytułem (pierwodruk: W obronie powieściopisarza, który ma rację; przedruk: W obronie powieściopisarza). A opowiadanie O krytykach nic a nic nie ustępuje innym Tutkom. Tytuł jest rewersem, tekst traktuje o przewrażliwieniu personalnych obiektów krytyki. Zaczyna się, jak zazwyczaj u Szaniawskiego, od pojawienia się potocznego sądu, przywołanego przez kogoś w trakcie spotkania Profesora z przyjaciółmi. Rejent mówi tedy o „wielkim poecie” złośliwym w swoich dziełach wobec bliźnich, który jednakże „gdy spotkał się z krytyką swej osoby, kładł się do łóżka, bo z irytacji ciężko chorował”. Tutka rozpoczyna swoją opowieść od poszerzenia dyskutowanego poglądu: słaba odporność na krytykę stanowi przypadłość nie tylko kręgów artystycznych. I pojawia się historia dawnego znajomego, szewca. Solidny ów fachowiec „nawet poniedziałku nie uważał za święto” – tak, niezły był z Szaniawskiego lingwista. Z tamtym rzemieślnikiem też byłoby dobrze, gdyby nie zaczął zapadać na zdrowiu. Jak wyjaśnił lekarz, „cierpią na to ludzie, którzy dużo siedzą, a mało chodzą, a więc szewc, buchalter, król, który tylko jeździ”. Zestaw doprawdy demokratyczny, może lekarz chciał chorego dowartościować socjalnie. Zdiagnozował jeszcze „typową «szewską pierś»”, co było tyle rozpoznaniem medycznym, ile – a zwłaszcza w świetnej prozie – językoznawczym: Szaniawski przypomina, jak wiele frazeologia polszczyzny zawdzięcza szewcom. Ten z opowiadania powinien z powodów zdrowotnych zmienić pracę, co też uczynił. Kupił mianowicie karuzelę: sporo ruchu przy obsłudze, i to na świeżym powietrzu. Stan klatki piersiowej poprawiał się, ale jest jeszcze życie społeczne: pojawiło się sporo dezawuujących komentarzy, przykre były zwłaszcza te od kolegów po fachu dziwujących się, jak szanowany i z tradycjami zawód można było zamienić na tak niepoważne zajęcie. „Źle jest, gdy człowiek spokojny się rozgniewa; kiedy raz mu docięli, ogarnęła go pasja. Szewska pasja!”. Puścił tedy karuzelę w ruch i ją podpalił. Ludzie nie mogli teraz zrozumieć, jak można było zniszczyć tak dobrze prosperujący interes. „Odwiedziłem go jeszcze potem, gdy siedział na swym stołku, przybijał zelówki i gryzł się tym, że go mają za wariata”.
Na satyrycznej powierzchni Szaniawski wskazał tu na bezinteresowną międzyludzką wredność, co, rzecz jasna, problemu nie wyczerpuje. Opowiadanie zasadza się na paraleli (jak w tekstach o Profesorze Tutce: paraleli przechodniej) łączącej wielkiego poetę i szewca. Jeśli tedy przeczulenie tego pierwszego na krytykę wydaje się zabawne, to wynikałoby z tego, że w zachowaniu rzemieślnika granic śmieszności nie widać w ogóle. A tak, dba pisarz o dystynkcję. W drugim zbiorze (Profesor Tutka. Nowe opowiadania, 1962) pojawiło się opowiadanie O miłości dwóch mistrzów. Znowu szewc, najpewniej jakiś inny znajomy głównego bohatera, zakochał się w osiemnastoletniej „uczennicy szkoły kroju”. Rzemieślnik ów liczył już lat siedemdziesiąt jeden – na wątpliwość Tutki co do znacznej odmienności wieku, szewc przywołał Goethego, który
już po ukończeniu Fausta był znacznie starszy i poważnie traktował projekt małżeństwa z dziewczęciem szesnastoletnim. Chciałem delikatnie na to odpowiedzieć, że jednak… między Wolfgangiem Goethem, a w dodatku tym po ukończeniu Fausta, a właścicielem zakładu ślusarskiego, znanego wprawdzie w całej dzielnicy, jest pewna różnica… Ale nie powiedziałem tego, bo mogłoby to gościa urazić, a nawet mógłbym być posądzony o poglądy niedemokratyczne.
Druga przyczyna powściągliwości Profesora Tutki jest – z perspektywy pisarza – (auto)ironiczna: Szaniawski, po doświadczeniach z atakami na Dwa teatry i zdjęciem spektaklu z afisza, nie uprzedza nowej krytyki, lecz drwi z jej ideologicznych założeń. No i dwaj mistrzowie w tytule: zestawienie mistrza pióra (i to takiego!) z mistrzem szewskiego kopyta jest eo ipso podane w wątpliwość.
Wracam do niepełności edycji Profesora Tutki. Otóż w żadnym z następnych wydań, od 1972 łączących w jednym woluminie oba tomy, braków nie uzupełniono. A Miejska Biblioteka Publiczna im. J. Szaniawskiego w Zduńskiej Woli posiada w swoich zbiorach Tutki dotąd nieogłoszone! Informację tę zamieściła Alicja Szałagan w haśle poświęconym autorowi, zamieszczonym w najpoważniejszym źródle tego rodzaju, czyli we Współczesnych polskich pisarzach i badaczach literatury. Słowniku biobibliograficznym (tom ósmy, 2003).
Szaniawski zaczął publikować opowiadania o Tutce w „Przekroju” w 1949, pierwsza ich kolekcja, Profesor Tutka i inne opowiadania (w książce są jeszcze dwa zbiory próz spoza cyklu) wyszła w 1954. Połączmy te daty: 1949-1954 są przecież okresem socrealizmu; wprawdzie za cezurę końcową przyjmuje się zwykle rok następny, niewątpliwie jednak w 1954 doktryna oddziaływała silniej niż w 1955, co tylko wyostrza problem (w 1954 wypadła zresztą premiera Obywateli, osławionej socrealistycznej powieści Kazimierza Brandysa…). Tutki powstawały zatem w najgorszych dla literatury krajowej warunkach, które były społecznym kontekstem pisanych wtedy przez Szaniawskiego opowiadań, a także złożyły się na ich znaczenia: tworząc Profesora Tutkę, autor polemicznie podporządkował swojemu dziełu socrealizm, a zrobił to za pomocą umieszczanych w świecie przedstawionym realiów, wprowadzanych najczęściej ironicznie tudzież równie ironicznych aluzji (sztuka ezopowego czytania znów w tamtym czasie zaczynała być w cenie). Wbrew bowiem pozorom, opowiadania obu panów, nadrzędne Szaniawskiego i, by tak rzec, wewnętrzne Tutki są wcale historyczne. Pisarz lubi przy tym zagrać z czytelnikiem. W utworze Profesor Tutka poszedł na bal na początku opowieści tytułowego bohatera pojawia się kwestia chronologii: „Z którego roku kalendarz, pytacie? W tej historii nie jest to ważne”. Teksty o Profesorze tworzą cykl, wzajemnie na siebie oddziałują. Przytoczone zdania okazują się przewrotną autorską wskazówką, w myśl której opowiadania te dzieją się nie, powiedzmy, w jakimś wiecznym teraz, lecz w powojennej Polsce, kiedy Tutka relacjonuje mniej więcej stałemu koleżeńskiemu gronu swoje przypadki. Im dawniej i dalej się działy, tym bardziej kontrastują z siermiężną Polską Ludową dzisiaj. Pierwszy cykl Profesora Tutki kończy się bankietem pożegnalnym. Główna postać przemawia:
Drodzy przyjaciele! Nie wiem, jak długo trwać będzie nasze rozstanie. Wybieram się daleko, a podróż daleka ma w sobie coś niewiadomego. Jeżeli wrócę, jeszcze wam opowiem, com widział i czegom się nauczył. Jeżeli nie wrócę… no… to nie opowiem. (Pożegnanie Profesora Tutki)
(„Jeżeli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa” – napisze później w jednym ze swoich największych wierszy Herbert.) Pytanie o peerelowski paszport Profesora Tutki nie jest całkiem odrzeczne: o jego wyjeździe czytelnicy „Przekroju” i książki dowiedzieli się w 1954, kiedy zagraniczne wojaże Polaków były doświadczeniem wyjątkowym. A niemało postarał się Szaniawski, by Tutka był naszym współczesnym. Jego niepewność powrotu może zatem oznaczać także myślenie o pozostaniu na emigracji. Jeśli dziwiłby państwa taki domysł, to proszę łaskawie pamiętać, że główny bohater opowiadań wiedział, gdzie żyje, miał za sobą więzienie i utrzymywanie się z handlu w czasie niemieckiej okupacji. W utworze Profesor Tutka daje przykład opowiadania pogodnego już tytuł drwi z postulatu socrealistycznego optymizmu. Spotkany zaś znajomy „powiedział […] że się niedawno ożenił z uroczą kobietą, powodzi mu się dobrze, że kraj nasz, dzięki centralnemu położeniu w Europie, oczekuje wielka przyszłość”. Ideologia wymagała podporządkowania jednostki życiu zbiorowemu, więc znajomy łączy szczęśliwy ożenek z sytuacją kraju; tu już zresztą Szaniawski szarżuje, gdyż nie sposób oddzielić centralnego położenia Polski od geopolityki, także historycznej, wówczas zaś Polska leżała nie tyle w Europie centralnej, ile legła we wschodniej. W tymże opowiadaniu Tutka pomaga pani z dziecinnym wózkiem, na jej podziękowania odpowiada: „Pani, spełniłem tylko obowiązek obywatela: w tym wózku leży przyszłość nasza”. Towarzyska akuratność i grzeczność Profesora natychmiast okazują się szyderstwem obróconym w kierunku propagandy.
Społeczno-polityczna charakterystyka postaci z prozy Szaniawskiego zainteresowała również Krzysztofa Teodora Toeplitza. W recenzji książki stwierdził na łamach „Nowej Kultury”: „Tutka jest dzieckiem cywilizacji małomiasteczkowej, zmieszanej z elementami wiejsko-ziemiańskimi”. Naprawdę tak pisał, a był już rok 1955, tygodnik miał pod winietą datę 1 maja (no proszę! też się złożyło). Toeplitza zaniepokoiło przyjęcie Profesora Tutki, a zwłaszcza wypowiedź, którą cytuje nie podając autora: „pociąg z nową literaturą przyjechał nie z Nowej Huty, lecz z Krakowa, od sędziwego mistrza subtelnej konstrukcji i mądrej zadumy”. Dał więc publicysta Tutce, jak się wtedy mawiało, stanowczy odpór. W końcówce tekstu łagodnie a ogólnie powraca do socrealistycznej krytyki Szaniawskiego twierdząc, iż powodzenie zawdzięcza pisarz właśnie jej, ponieważ
w pewnym okresie niezbyt dalekowzroczni urzędnicy wytworzyli nastrój indeksu. Ślepota tych, którzy zbyt łatwo odcięli się od wartości humanistycznych tkwiących w wybornej sztuce pisania Jerzego Szaniawskiego, zwraca się dziś z nawiązką w postaci ślepoty tych, którzy padają na twarz przed Tutkowymi przypowieściami. A przecież chyba powinno być tak: Wydawać? – Oczywiście, bo to wartościowe, nawet miejscami i piękne ładunkiem realistycznej obserwacji. A dyskutować, z pozycji nowych czasów i nowej literatury, która, wbrew wszystkiemu, nadejść może jedynie „z Nowej Huty”! Koniecznie!
Zatupał na koniec Toeplitz proletariackimi gumiakami. W następnych dwóch dekadach stał się popularnym i cenionym felietonistą, może jednak byłoby dziś lepiej, a na pewno poważniej, gdyby inteligencja częściej wracała do Profesora Tutki niż brała za dobrą monetę KTT-ego wykłady z kultury, socjologii plus paru innych dziedzin.
Też w „Nowej Kulturze”, tylko dwa lata później i zdecydowanie ktoś inny, wspomniany na początku niniejszego szkicu Lipski, nie zostawił suchej nitki na Sartre’owskich Muchach obejrzanych w warszawskim Teatrze Narodowym. Nie samo przedstawienie było powodem dysgustu, lecz mielizny i nieporadności tekstu dramatu oraz przyjmowanie rzeczonego sztuczydła z największym nabożeństwem. Celnie i przezabawnie rozprawiając się zatem z Sartre’em, na świadków oskarżenia przywołał Lipski Boya, Poppera, Miłosza (choć bardzo przeszkodziła cenzura) i Szaniawskiego, konkretnie opowiadanie Profesor Tutka znał człowieka „głębokiego”.
Adam Poprawa
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Jeśli chcesz żywej, niezależnej politycznie myśli o Polsce, Europie i świecie, jeśli ciekawią Cię następne numery Teologii Politycznej Co Tydzień, jeśli czekasz na nasze książki, seminaria, dyskusje i kolejne artykuły na naszej stronie, wesprzyj nas stałą wpłatą. Dołącz do grona Mecenasów Teologii Politycznej. To dla nas bardzo ważne. Jesteśmy niezależnym środowiskiem intelektualnym. Istniejemy i rozwijamy się dzięki hojności naszych przyjaciół. Zapraszamy!
Dołącz już dziś i WSPIERAJ TEOLOGIĘ POLITYCZNĄ!
