Życie po życiu Bolesława Chrobrego. Rozmowa z Michałem Gniadkiem-Zielińskim

Dlaczego „życie po życiu” władcy bywa ważniejsze niż jego rzeczywiste panowanie? Zapraszamy do lektury rozmowy o książce „Wróżebny król założyciel albo mit Bolesława Chrobrego” z jej autorem, Michałem Gniadkiem-Zielińskim w „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Kazimierz I. Restytucja politycznego ładu”.

Przygotowując książkę „Wróżebny król założyciel albo mit Bolesława Chrobrego” na rok 1000. rocznicy koronacji tego władcy podjąłeś się zadania prześledzenia legendy tej postaci. Jakie cele Ci przyświecały, kiedy zabierałeś się do swojego zamierzenia?

Michał Gniadek-Zieliński: Chciałem po prostu pokazać, w jaki sposób legenda Bolesława Chrobrego żyje po jego śmierci – jak samorzutnie się rozwija i jest podchwytywana w różnych epokach przez różne osoby dla rozmaitych celów, powiedzmy: społecznych i politycznych. To w gruncie rzeczy bardzo otwarta opowieść, którą da się kształtować w duchu wartości i celów aktualnie obowiązujących. I to było głównym celem mojej książki – pokazanie, że to „życie po życiu” Bolesława Chrobrego jest nawet bardziej konstytutywne dla polskiej kultury i tożsamości niż jego faktyczne życie. Owszem, samo życie nie skończyło się tak szybko, ale dorobek jego panowania zawalił się niemal nazajutrz po jego śmierci.

Przeczytaj również: Czy Polska zmartwychwstała? Wyzwanie Henryka Rzewuskiego

Wielu badaczy mówi zresztą, że jeśli mówić o państwie polskim w ścisłym sensie, to trzeba by je liczyć dopiero od Kazimierza Odnowiciela. Nie przeszkadza mi to jednak widzieć u Bolesława rzeczywistego politycznego wizjonerstwa – wręcz przeciwnie. Fascynuje mnie ten gwałtowny rozwój jego domeny i równie gwałtowne włączenie się w politykę światową, w politykę mocarstw. Tym bardziej że wokół Bolesława jest też sporo wielkich postaci, które współkształtowały tę rzeczywistość, a on sam miał bardzo mocny charakter i wyraźnie się określał. To państwo dość szybko zakończyło swój gorączkowy żywot – i to wszystko razem składa się na ogromny zasób fabularny, o dużym potencjale eksploatacji w rozmaitych aktywnościach społeczno-politycznych w kolejnych wiekach.

Portret Galla Anonima, który wyznacza kierunek odczytania Bolesława jako władcy idealnego – na ile jest historyczny, a na ile to już raczej kreacja na potrzeby nowej rzeczywistości? Czy to w ogóle sensownie postawione pytanie?

Sensownie postawione, bo nie należy popadać w pułapkę absolutnej narratologii. Ten panegiryk Galla nie rozwinąłby się, gdyby Chrobry – główny bohater opowieści – był postacią tuzinkową. Innymi słowy, jego życie było na tyle interesujące, przepełnione jakimś pierwiastkiem wielkości, niemal nadprzyrodzoności, że można mówić o dobrym władcy takiego państwa (przy zastrzeżeniach co do tego przystawalności tego terminu do monarchii Bolesława) które dopiero się budowało, dopiero szukało sobie miejsca na mapie, jakiegoś modus vivendi w rzeczywistości już częściowo zastanej – mam na myśli oczywiście świat chrześcijański, w który ta monarchia wkraczała. Bolesław wdziera się tam przebojem, robi sporo zamieszania i zostawia po sobie ślad nie do wykreślenia. Gdyby Bolesław nie był taką postacią, Gall nie miałby na czym budować. Mówiąc z przymrużeniem oka, istniała pewna baza, do której trzeba było dorobić nadbudowę (niekoniecznie w marksistowskim sensie tych terminów). To, co zrobił Gall, jest właśnie tą nadbudową. Można się oczywiście bawić, jak niegdyś robili historycy, w oddzielanie ziarna od plew – choć to porównanie nie do końca na miejscu – czyli w poszukiwanie w tej spisanej w XII wieku opowieści rzeczywistości przełomu X i XI stulecia. Mnie to jednak nieszczególnie interesuje. Czuję się o wiele lepiej, pozostawiając Galla takim, jakim jest, i zastanawiając się raczej nad tym, jak ten panegiryk był budowany i czemu miał służyć. Natomiast z całą pewnością jest tak, jak powiedziałeś: to opowieść, która wyznacza pewien kierunek, tworzy pewien kanon wizerunku Bolesława Chrobrego, na którym będą nadbudowywane kolejne narracje.

Czy ta opowieść stała się więc bazą dla całego późniejszego dyskursu wokół Chrobrego, dynamicznie rozwijanego w kolejnych epokach?

Tak, wydarzenia z życia Chrobrego i jego działalność były wykorzystywane do prowadzenia rozmaitej polityki – można by nawet, choć to może zbyt mocne słowo, mówić miejscami o pewnej inżynierii społecznej, przynajmniej w XIX wieku. Wcześniej wykorzystywano go przede wszystkim jako czynnik legitymizacyjny: Bolesław Chrobry jako pierwszy król Polski, król zdefiniowany po europejsku.

Jakie wartości sobą ewokował?

Przede wszystkim wielkość.

Przeczytaj również: Kazimierz Odnowiciel. Wojowniczy książę, który odbudował Polskę

Własna i państwa?

Tak, ale także pewne cnoty, jakie władca powinien reprezentować w stosunkach z poddanymi – przede wszystkim z możnymi. Choć już u Galla wyraźnie podkreślony jest też rys plebejski.

Powiedz o tym więcej.

W Kronice jest choćby opowieść o tym, że Bolesław opiekował się najuboższymi, i inna – że utrata kury była dla niego jak utrata całego królestwa. To oczywiście schematy narracyjne, przejęte świadomie bądź nieświadomie z tradycji. U niego samego grały one jedną rolę, natomiast później, jako gotowe kalki fabularne, były wykorzystywane przez kolejnych kronikarzy, a zwłaszcza publicystów, do zupełnie odmiennej eksploatacji i interpretacji tego samego motywu. Ta sama anegdota o kurze i królestwie znaczyła dla Galla coś zupełnie innego niż dla XIX-wiecznych pozytywistów, którzy włączali ją do opowiadań historycznych dla dzieci i ludu. U Galla chodziło o pokazanie majestatu Chrobrego, który bardzo poważnie traktował całą swoją domenę – nacisk padał nie na kurę, lecz na państwo.

Odwrotna sytuacja miała miejsce w XIX wieku, kiedy – wykorzystując trochę stworzoną przez Długosza legendę innego władcy, Kazimierza Wielkiego – zaczęto przedstawiać Chrobrego jako króla chłopów, którego celem panowania było uczynienie z poddanych chłopów obywateli. Dokładnie taki motyw rozgrywano w opowieściach XIX-wiecznych.

A wątek Chrobrego przeciwstawiającego się uniwersalistycznym, imperialnym dążeniom cesarstwa – kiedy pojawia się w tych odczytaniach historii?

Pojawia się już w późnym średniowieczu, po tak zwanym zjednoczeniu Królestwa, najsilniej u Długosza. U niego nie ma wątpliwości: panegiryk chrobrowski służy pokazaniu odwiecznej niezależności Królestwa Polskiego, wyrażeniu idei Rex Imperator in regno suo – i jest to zaznaczone przez Długosza na każdym kroku. Do tego stopnia, że nie zawahał się on stworzyć legendy o powstaniu herbu Królestwa, czyli o przyznaniu Polsce orłów cesarskich, „wybielonych” na potrzeby nowego godła. Miało to być dla niego najlepszym dowodem, że sama potęga uniwersalistycznego cesarstwa zrzekła się swoich kompetencji na rzecz suwerennego Królestwa Polskiego.

Przeczytaj również: Kazimierz Odnowiciel jest ojcem wielkiego sukcesu

Dokładnie ten sam motyw w podobny sposób rozegra później środowisko poznańskie na początku XIX wieku – śmiem twierdzić, że sam hrabia Raczyński był inicjatorem takiego postawienia sprawy. Cały wystrój Złotej Kaplicy, cały program ikonograficzny tego założenia, wraz z obrazem przedstawiającym wizytę Ottona III u grobu św. Wojciecha i koronację Chrobrego w tych okolicznościach, służy pokazaniu Prusakom, że Niemcy zrzekły się władzy nad Polakami, którzy odtąd byli już niezależnym narodem z niezależnym państwem. To bardzo świadomy, moim zdaniem, zabieg ideologiczno-polityczny stojący za powstaniem Złotej Kaplicy. I ma on swoje głębokie, średniowieczne korzenie.

Zaintrygowało mnie, że jedna z pierwszych krytycznych interpretacji postaci Bolesława wiąże się z osobą Adama Mickiewicza. Juliusz Słowacki też nie do końca wiedział, jak sobie poradzić z Bolesławem. Kim był Bolesław dla romantyków?

Być może gdzieś głos krytyczny wobec Chrobrego pojawił się wcześniej przed Mickiewiczem, ale trudno byłoby mi go zlokwalizować – na gruncie polskim, rzecz jasna, bo wyłączam tu tradycję historiograficzną i hagiograficzną Thietmara oraz Rzeszy. Sądzę, że przed Mickiewiczem nikt w Polsce nie pozwolił sobie na skrytykowanie Bolesława. Sprawa wydaje mi się prosta: jakakolwiek krytyka Bolesława była policzkiem, rękawicą rzuconą polskości jako takiej. Dopiero romantycy pozwalali sobie na dekonstrukcje, które miały być ożywcze i otwierać drogę do nowej konstrukcji polskości. Tak jest właśnie w przypadku Mickiewicza.

Nie ma wątpliwości, że u niego Bolesław jest władcą, który zaczął realizować pewną koncepcję, ale zatrzymał się w pół drogi. To w gruncie rzeczy symbol błądzącego Dawida – króla, który zgrzeszył, choć otrzymał wielkie dzieło od Boga, i mimo skruchy je zaprzepaścił, oddając się doczesnym, przede wszystkim politycznym celom. Tak widział to Mickiewicz, pisząc swoją – niedokończoną zresztą – historię Polski: dzieło, które cała emigracja, a i sam autor, uważali za jego opus magnum, i chyba właśnie dlatego go nie dokończył. Podobnie było ze Słowackim i jego „Królem-Duchem”: duch objawia się tam w różnych postaciach historycznych, a Chrobry pojawia się bardzo późno i niejako mimochodem – polska literatura odkryła te poświęcone mu strofy dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym, i już wtedy stawiano tezę, że Słowacki miał wyraźny problem z przepracowaniem tej postaci i nadaniem jej klarownego charakteru.

Trudno powiedzieć, skąd się to bierze, ale sądzę, że koncepcja była podobna jak u Mickiewicza. To chyba problem zderzenia pewnej wizji filozoficznej, wizji ludzkiej egzystencji w świecie – różnej u obu poetów w wielu aspektach, ale zgodnej co do tego, że plan transcendentny odgrywał w niej rolę zasadniczą. Mesjańska koncepcja posłannictwa Polski, zwłaszcza wobec narodów wschodnich, sprawiała, że obaj nie bardzo radzili sobie z tak punktową opowieścią o Bolesławie i jego wyprawie na Wschód – zwłaszcza że pojawia się tam ten nieszczęsny epizod przemocy wobec księżniczki ruskiej, który zaburza całą tę opowieść. Zgrzyta on już u Galla, a co dopiero dla wrażliwości romantyków czy naszej dzisiejszej. Moim zdaniem nie broni się on nawet u Galla, choć tam funkcjonuje jeszcze jako pewien relikt – refleks przekonania o całkowitym upokorzeniu przeciwnika i wzięciu wszystkiego, co jego, na własność przez Polaków. Był dobrze pamiętany, ale w tej arcychrześcijańskiej, niemal hagiograficznej opowieści Galla o świętym królu – brakuje właściwie tylko daty śmierci i wezwania do modlitwy w ten dzień – zupełnie się nie broni.

Romantykom musiało to bardzo przeszkadzać, stąd te zmagania. Z drugiej strony trudno zbudować tę całą opowieść, nie dotykając wielkiej wyprawy kijowskiej, która tak mocno kształtowała imaginarium polskiej tradycji przekazu cywilizacji łacińskiej na Wschód w czasie, gdy oni pisali. Mickiewicz pytał w gruncie rzeczy: cywilizacja to jedno, ale gdzie w tym wszystkim wiara Chrystusowa? To odpowiedź w duchu zachodniej, „odpowiedzialnej” wersji tej misji, a Słowacki podążał w tę samą stronę – nie tylko rzymskie orły trzeba nieść na Wschód, ale i krzyż. Zdaniem obu poetów właśnie o tym polski władca miał zapomnieć.

Polityka historyczna budowana na postaci Bolesława bardzo mocno odcisnęła się w dwudziestoleciu międzywojennym – Chrobry był wykorzystywany i inspirował na różne sposoby, ale chyba w największym stopniu w środkowisku endecji; czy tak było istotnie?

Tak, powiedziałbym, że symbol ten przejęła i zawłaszczyła endecja, przez co stał się dla obozu władzy zupełnie nieużyteczny: była to agenda wrogiego środowiska, cieszącego się przy tym ogromnym poparciem społecznym. Granie tym samym motywem nie było więc – jak sądzę, choć nie ma na to oczywiście żadnego dokumentu – dobrym pomysłem propagandowym, zwłaszcza że dla polityki wschodniej sanacja mogła sięgnąć po inne postacie, mniej eksploatowane przez endecję.

Endecja dokonała bowiem wyraźnej reorientacji zainteresowania Bolesławem Chrobrym: z kierunku wschodniego na zachodni. Wątki zachodnie pojawiały się wcześniej, owszem, po odkryciu tradycji Thietmara, ale bardzo późno, dopiero w XVIII wieku, i dopiero potem zaczęły przebijać się do szerszej, powiedzmy, popkultury historycznej, rozwijającej się wraz z prasą i rozmaitymi projektami uspołeczniania czy „unaradawiania” chłopów. Przez cały XIX wiek dominował jednak kierunek wschodni: Bolesław Chrobry był symbolem ekspansji – politycznej, kulturowej, a dla niektórych religijnej i cywilizacyjnej – Polski na Wschód. Zgodnie z koncepcją Galla, a potem polskiego rocznikarstwa średniowiecznego i Długosza, wyprawa kijowska uchodziła za najważniejsze dokonanie Bolesława, apogeum jego potęgi – to szczerbienie miecza na bramie Kijowa. Z perspektywy polityki endeckiej kierunek ten nie budził już jednak większego zainteresowania: endecy patrzyli na Zachód, tam widzieli i największe zagrożenia geopolityczne dla Polski, i największe dla niej szanse. Wątek kijowski został więc szybko schowany – widać to już przy obchodach 900-lecia koronacji, które niejako mimochodem zawłaszczyła endecja, organizując je w różnych miastach, z naciskiem na Gniezno i Poznań. Te obchody stały się zresztą katalizatorem zainteresowania tego środowiska postacią Bolesława – dość szybko przedstawiono zresztą Romana Dmowskiego jako duchowego następcę Chrobrego w realizacji jego polityki.

Na gruncie zachodnim wojny z Henrykiem II zyskały status niemal biologicznej walki o przetrwanie narodu polskiego, w której Chrobry miał uchronić Polskę przed germanizacją – i to one, obok dążenia do koronacji, stały się kanwą całej tej endeckiej narracji, sprowadzającej Bolesława Chrobrego po prostu do roli pierwszego polskiego nacjonalisty. Twierdzenie, że największym sukcesem politycznym Chrobrego nie była wyprawa kijowska, lecz koronacja królewska, jest efektem przepracowania tego wątku właśnie przez środowisko endeckie – choć nie tylko: dokładnie tę samą tezę stawia Stanisław Zakrzewski w swojej znakomitej biografii władcy z 1925 roku. To jednak coś innego niż u Długosza, dla którego koronacja Bolesława była oczywistością – władca takiego formatu po prostu musiał zostać koronowany. Tu natomiast przesunięcie daty koronacji na rok 1025, w wyniku odkrycia niemieckich źródeł, sprawiło, że nie wieńczyła ona już połowy panowania, przed wojnami z Henrykiem, lecz samo jego zakończenie – co dokonało również reorientacji interpretacji całej postaci. Na tej kanwie zbudowano opowieść o walce Bolesława o suwerenność, przedstawioną w bardzo dziewiętnastowieczny sposób: nie tyle jako wyodrębnianie się Polski spod władzy cesarza, ile jako walkę Polaków i Niemców o to, komu przypadnie w podziale obszar między Łabą a, powiedzmy, Bugiem. Endecy chętnie widzieli bowiem w ekspansji Bolesława Chrobrego antycypację własnego programu reslawizacji wschodnich ziem niemieckich – ekspansji przynajmniej po Odrę i Nysę, a według maksymalistów nawet dalej, po samą Łabę, czyli Berlin.

Podobne wątki powróciły w PRL?

Rzeczywiście, propaganda PRL-owska szukała uzasadnienia dla zmian granic, co do których polscy komuniści formalnie nie mieli nic do powiedzenia – i znalazła je właśnie w wypracowanym w międzywojniu programie endeckim. Wielu wybitnych endeków, twórców tych koncepcji i organizatorów tamtych dyskusji, w tym historyków – jak choćby sztandarowa postać, założyciel Instytutu Zachodniego Zygmunt Wojciechowski – współtworzyło zresztą ten wczesny dyskurs PRL-owski, choć w gruncie rzeczy nie wnosili już do niego nic nowego. To ciągły proces rozwoju pewnej myśli, w której główne skrzypce grało środowisko poznańskie, dla którego kierunek zachodni i relacja z Niemcami siłą rzeczy były motorem napędowym. Ekstrapolowano to potem na ziemie włączone do powojennej Polski na zachodzie – tak zwane Ziemie Odzyskane, w nomenklaturze PRL-owskiej – dla których potrzebna była jakaś legitymizacja polskiej obecności. Szukano więc wszystkiego, co się dało, i dlatego ulice Bolesława Chrobrego, place, wały, szkoły czy skwerki zaczęły się tam pojawiać na potęgę.

A jak z dzisiejszej perspektywy skomentowałbyś zeszłoroczne obchody tysiąclecia koronacji?

Zaintrygowały mnie do tego stopnia, że wróciłem jeszcze do pisania, choć książka była już właściwie skończona, żeby dodać na ten temat fragment. Wydaje mi się bowiem, że żaden premier współczesnej Polski – czy byłby to Donald Tusk, czy ktokolwiek inny – nie opowiedziałby tej historii w istotnie inny sposób. I to jest chyba najbardziej symptomatyczne: pokazuje, że ta opowieść o Bolesławie Chrobrym wciąż konstytuuje polskość i nie da się go po prostu odrzucić. Mamy zresztą to szczęście, że nie musimy o niego z nikim rywalizować – tak jak Niemcy, Francuzi, Belgowie, po części Szwajcarzy czy Włosi rywalizują o Karola Wielkiego. Nasza sytuacja przypomina raczej Anglików z ich Alfredem Wielkim: mamy Chrobrego całego dla siebie, i dzięki temu jego legenda jest tak żywotna. Każda wspólnota szuka swoich początków – dla mediewisty to żadne zaskoczenie, bo w początkach tkwi cała istota rzeczy. Nie da się więc z dnia na dzień odrzucić tej tradycji, zwłaszcza gdy stoi się na czele państwa, które w swojej genezie do niej sięga i przez lata było na niej budowane.

Co do samych obchodów – żal mi, że zostały tak zmarnowane. W 1925 roku państwo polskie, choć otwarcie przyznawało się do kryzysu i braku pieniędzy na cokolwiek, właściwie nie zorganizowało obchodów państwowych – te, które odbyły się w Gnieźnie i Poznaniu, symbolicznie „upaństwowione” obecnością prezydenta czy premiera, były w istocie dziełem wysiłku społecznego, składek – przede wszystkim Wielkopolan, oddających na ten cel ostatni grosz. Pomnik Chrobrego, który miał stanąć i w Gnieźnie, i w Poznaniu, ostatecznie stanął tylko w Gnieźnie, a na same obchody zdążono przygotować jedynie jego gipsową kopię – właściwy pomnik odsłoniła dopiero nowa władza wiele lat później. Ten społeczny zapał i potrzeba wyrażenia siebie poprzez wielką rocznicę okazały się jednak olbrzymie i naprawdę zagrały: powstało wtedy wiele wspaniałych rzeczy, z książką Zakrzewskiego na czele, a odnowiony wówczas Zjazd Historyków Polskich – który miał się odbyć we Lwowie, ale symbolicznie zdecydowano inaczej – pojechał do Poznania, na nowy Uniwersytet Wolnej Polski. Miało to być silnym impulsem dla społeczeństwa: dowodem, że dajemy radę, że mamy przed sobą przyszłość, bo mamy przeszłość.

Dziś to wszystko zostało zmarnowane, i tym bardziej mi żal, że nawet Polska Ludowa – państwo, którego obywatelem sam nigdy nie chciałbym być i którego, na szczęście, dane mi było uniknąć, rodząc się już po jego kresie – potrafiła wykorzystać obchody tysiąclecia państwa polskiego nie tylko propagandowo, co oczywiste, ale i naukowo. Poszły wówczas olbrzymie pieniądze na badania, z których do dziś korzystamy w archeologii, historiografii czy etnografii – bo wykraczały one daleko poza sam rok 966 czy przełom X i XI wieku. To dorobek badań finansowanych z budżetu państwa, ale i z budżetów kurialnych – olbrzymi, wspaniały, jedyny tego kalibru w całej Europie, prowadzony konsekwentnie, według pewnego planu, przez dziesięciolecia. I żal mi, że dziś, gdy mówi się, że Polska jest na jakiejś fali – podobno dwudziesta gospodarka świata – to niewiele potrafimy dla takich spraw poświęcić.

Skoro jest nam tak dobrze, to dlaczego nie stać nas na sprawy tożsamościowe, które mówią o tym, kim jesteśmy? Wchodzimy przecież w uniwersalistyczny świat Unii Europejskiej i globalizacji – to rzecz normalna i pewnie nieunikniona – ale taka okazja, jak tysięczna rocznica wielkiego wydarzenia, to szansa, by zaznaczyć: jesteśmy Europejczykami, chcemy pogłębiać integrację i współpracę, ale chcemy też zachować własną tożsamość i być dumni z tego, że jesteśmy Polakami. Nie dlatego, że jesteśmy jacyś nadzwyczajni, ale właśnie dlatego, że jesteśmy normalni – tak jak, zgodnie z badaniami historycznymi, normalny, a nie nadzwyczajny, był żywot samego Bolesława Chrobrego. I to jest wspaniałe, bo pozwala porównywać powstające państwo Chrobrego choćby z Danią, Norwegią czy Czechami – a takie komparatystyczne badania są cenne właśnie dlatego, że stosowane rozwiązania i towarzyszące im aspiracje były w tamtym czasie bardzo podobne.

Z Michałem Gniadkiem-Zielińskim rozmawiał Adam Talarowski

Wszystkie artykuły w „Teologii Politycznej Co Tydzień” [538]: „Kazimierz I. Restytucja politycznego ładu”