Historia Pizarra obrazuje, co się dzieje, gdy dwie wizje świata, każda przekonana o własnej prawowitości, spotykają się w przestrzeni, w której nie ma już sędziego ponad nimi, a rozstrzygać musi siła. Być może warto przyglądać się jej, nie tyle by przyodziewać togę sędziego i dokonywać łatwych ocen – lecz przypominać o czymś trudniejszym do zniesienia. Że pokusa uniwersalnego panowania nie była przywarą jednej epoki ani jednej cywilizacji, ale stałym cieniem, który kładzie się na każdym porządku marzącym o tym, by objąć wszystkich. W istocie jest to opowieść o polityczności.
Są w dziejach wydarzenia, które kuszą pozorną prostotą osądu. Jednocześnie karzą każdego, kto tej pokusie ulegnie. Podbój Peru przez Francisca Pizarra i konsekwencje aktu należą do nich z całą pewnością. Łatwo dziś, z perspektywy naszych napięć i naszych nader osobliwych rachunków sumienia, wpisać tę historię w schemat zrozumiały dla współczesnego ucha: oto cywilizowany najeźdźca depcze niewinną ofiarę, chrzest staje się parawanem dla grabieży, ba! Zachód ponownie objawił swoje najgorsze oblicze. Schemat to wygodny i po części prawdziwy, co także zwodniczy. Prawda częściowa, podana jako całość, jak dobrze wiemy, wprowadza w błąd skuteczniej niż jawny fałsz. Anachronizm jest bowiem najłagodniejszą z form pychy: tą, która przebiera się za sprawiedliwość. Warto jednak przyjrzeć się temu spotkaniu z wnikliwością sięgającą po arcytematy obecne i nader ciekawe w tej opowieści: czym jest polityczność, gdy dochodzi do swoich najtrudniejszych, tragicznych granic i nie dającego się łatwo zażegnać napięcia? W jaki sposób imperia i cywilizacje mieszczą w sobie opowieść o uniwersalnym porządku?
Zacznijmy bowiem od tego, co najczęściej się przeocza. Spotkanie w Caxamalca w listopadzie roku 1532 często chce się przestawiać w nader uproszczonym świetle – oto stają naprzeciw siebie cywilizacja i barbaria, nowoczesność i zacofanie (skąd znamy te dychotomie?). Każdy kto zna choć trochę historię i ówczesny świat, szybko dostrzeże, że spotkały się raczej dwa imperia, z których każde uważało własny porządek za naturalny, prawowity i powszechny. I to jest sedno, od którego trzeba wyjść, jeśli się chce cokolwiek z tej historii pojąć i uchwycić cały dramat polityczności. Hiszpania Karola V przybywała z przekonaniem, że istnieje prawda obowiązująca wszystkich ludzi pod słońcem, prawda, której nosicielką uczyniło ją Objawienie. Pizarro wiózł ze sobą oficjalną Kapitulację (Capitulación) z lipca roku 1529, dokument nadający mu prawo odkrycia i podboju „Nowej Kastylii" w imieniu korony, jak gdyby zwierzchność Cesarza nad nieznanymi jeszcze ziemiami była rzeczą oczywistą i przesądzoną. Inkowie zaś żyli w świecie nie mniej zamkniętym w swoim uniwersum. Swój kraj nazywali Tawantinsuyu, „cztery strony świata", a nazwa zdradza wszystko: kto włada czterema stronami świata, ten nie zna już nic poza nimi. Atahualpa, zapytany przez mnicha Valverde, czy uzna zwierzchność obcego władcy, odpowiedział słowami, które są kwintesencją imperialnego umysłu: „Nie będę niczyim lennikiem. Jestem większy niż jakikolwiek książę na ziemi”. Oto dwa uniwersalizmy, stojące naprzeciw siebie, wystawione na konfrontację.
Różnica między nimi sięgała samego rdzenia, dotykała kwestii zasadniczych – czym jest prawda i skąd bierze się ład? Dla Hiszpanów porządek świata wspierał się na objawionej prawdzie. Vicente de Valverde, zanim dokonała się rzeź zgotowana przez Kastylijczyków, wyłożył Ince doktrynę Trójcy Świętej, dzieje stworzenia człowieka i misję papieża, który podbój tych ziem powierzył Hiszpanom, aby pogan przywiedli do wiary. Inkowie tymczasem żyli w ładzie sakralnym zupełnie innego rodzaju, takim, w którym to nie prawda była powszechna, lecz osoba władcy. Inka był Synem Słońca, istotą boską, od której biła aura świętości, a jego rozporządzenie było prawem, jego słowo uznawano za boskie. Cuzco było Świętym Miastem, gdzie każdy mur i każdy strumień miały znaczenie religijne, a sercem imperium pozostawała Coricancha, „Miejsce Złota" poświęcone kultowi Słońca. Spotkały się więc dwie perspektywy w jaki sposób sacrum może uporządkować ludzki świat. Jeden umieścił świętość w prawdzie, drugi w osobie. Zatem oba imperia były uniwersalne w odmiennym sensie. Chrześcijaństwo głosiło prawdę, która mogła objąć każdego niezależnie od pochodzenia; Inkowie rozszerzali natomiast porządek zakorzeniony w konkretnym miejscu, ludzie i ostatecznie też naznaczonej dynastii. Spór dotyczył więc nie tylko tego, kto będzie panował, ale także tego, czym w ogóle jest powszechność.
W tym właśnie miejscu odsłania się pytanie, dla którego cała ta opowieść warta jest namysłu i istota filozofii politycznej. Czy imperium może być nośnikiem dobra wspólnego oraz czy też każde roszczenie do powszechności nosi w sobie przemoc, gdy nie ma miejsca na uniwersalizm? Idea państwa Inków była niezwykłym tworem: despotyzmem najbardziej opiekuńczym, jaki można sobie wyobrazić. Nikt nie mógł tam być bogaty, lecz nikt też nie mógł być biedny, a rząd otaczał troską każdego poddanego w godzinie niedostatku. Brzmi to niemal jak spełnione marzenie o sprawiedliwości, a jednak ceną tej troski było podporządkowanie jednostki, która była wchłonięta przez wspólnotę, pozbawiona prawa do własności, do zmiany miejsca zamieszkania, nawet do wyboru małżonki. Potęga wolnej woli została co do zasady w Peru unicestwiona. Dobro wspólne posunięte tak daleko, że pożarło dobro każdego z osobna. Czy taki ład jest jeszcze nośnikiem dobra, czy już tylko doskonałą formą panowania, która usypia, karmi i zniewala zarazem? Hiszpanie nie przynieśli odpowiedzi lepszej. Ich misją miała być Ewangelia, lecz rzeczywistą konsekwencją podboju okazały się żądza złota i polityka, której bezwzględności nie sposób upiększyć. Każde z imperiów obnażyło więc kłamstwo drugiego, nie potrafiąc zataić własnego.
Pizarro był człowiekiem nieugiętej stałości celu, stałości graniczącej z bohaterstwem, a zarazem zdolnym do polityki tak perfidnej, że pojmanie Inki, który przyjął go w dobrej wierze, słusznie nazwano jednym z najohydniejszych aktów wiarołomstwa w dziejach. Lecz i sam władca Tawantinsuyu nie był dalekim władcą bez skazy. Dość przypomnieć, że tron zdobył, rozprawiając się krwawo z własnym bratem Huascarem, całe imperium było zbudowane na podboju kolejnych ludów i państewek w orbicie zainteresowania Inków. Wobec przybyszów knuł podstępne zniszczenie, gdy tylko wydrze im tajniki ich potęgi.
Spójrzmy jednak na chronologię. Piętnastego listopada Hiszpanie wkroczyli do opuszczonego Caxamalca. Nazajutrz, szesnastego, pojmali Inkę, a tysiące nieuzbrojonych ludzi wycięli w zaledwie pół godziny. Niespełna rok później, dwudziestego dziewiątego sierpnia roku 1533, Atahualpę uduszono, co i sam surowy kronikarz tych wydarzeń uznał za hańbę okrywającą hiszpański oręż. Dwaj władcy ambicji, dwa imperia pewne swego, jedna zbrodnia – niczym u Szekspira – spleciona z drugą tak ciasno, że nie sposób ich rozdzielić – ostatecznie zaś to imperium hiszpańskie napisało tę historię. Każde imperium niesie w sobie tę samą dwuznaczność. Obiecuje ład, ale jednocześnie, by tej obietnicy dotrzymać, musi zdławić to, co się jej wymyka. Roszczenie do uniwersalności jest zarazem najszlachetniejszym i najgroźniejszym z politycznych marzeń.
Historia Pizarra w gruncie rzeczy obrazuje, co się dzieje, gdy dwie wizje świata, każda przekonana o własnej prawowitości, spotykają się w przestrzeni, w której nie ma już sędziego ponad nimi, a rozstrzygać musi siła (czy nie jest to istota polityki – w jej najbardziej surowym, realnym wymiarze?). Być może warto przyglądać się jej, nie tyle by przyodziewać togę sędziego i dokonywać łatwych ocen – lecz przypominać o czymś trudniejszym do zniesienia. Że pokusa uniwersalnego panowania nie była przywarą jednej epoki ani jednej cywilizacji, ale stałym cieniem, który kładzie się na każdym porządku marzącym o tym, by objąć wszystkich. W istocie jest to opowieść o polityczności.
Jan Czerniecki
Redaktor naczelny

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury