Denerwował mnie zawsze Londyńczyk. To jest – od chwili, gdy zacząłem go wnikliwiej czytać. Ale mocniej drażnią mnie jego nieśmiertelni wielbiciele, którzy wprawiając w podejrzliwość zachęcili do ponownej lektury. Dopiero z czasem, poznając drugą twarz Mieroszewskiego, tę spoza „Kultury”, jakby zbliżyłem się do niego. Stał się „ludzki”, pociągający – może nawet swojski? Choć o ślepej miłości nie może być mowy!
Nie może być idealnie rzeczywiste to, co podlega ustawicznym zmianom, fluktuacjom, ewolucji – jak teraźniejszość. Dlatego – wierzcie mi – nic nie jest bardziej realne niż wspomnienia.
Juliusz Mieroszewski, 1970
Komplementowała w 1961 roku Maria Dąbrowska, że jest „najlepszym polskim publicystą politycznym”, formatu Maurycego Mochnackiego... Tu ustępuje jednak pierwszeństwa Zygmuntowi Nowakowskiemu i Ignacemu Matuszewskiemu, wyróżnionym wcześniej identycznym laurem przez Jana Lechonia. Zauważała natomiast Dorota Heck w 2003 roku, że emigranci „uprawiali quasi-moralistyczną retorykę w zewnętrznym kształcie eseju”: „Opinię wybitnego eseisty politycznego zyskał Juliusz Mieroszewski”. Aczkolwiek większą część jego krwawicy z „Kultury” nie sposób nazwać esejem. To zdecydowanie bieżące piśmiennictwo polityczne, zinstrumentalizowane ideologicznie i przyjmujące niekiedy pozę pamfletu czy oświadczenia. Pełnokrwistą eseistyką parał się przed popadnięciem w kierat paryskiego miesięcznika.
Wcześniejsza faza twórczości przyszłego Londyńczyka, współpracującego z „Orłem Białym” i z „Wiadomościami” Mieczysława Grydzewskiego nie cieszy się zainteresowaniem badaczy, którzy bez wyjątku są admiratorami i pochlebcami „Kultury”. Różnorodność uprawianej formy, jak i sprawność w pełnieniu funkcji etatowego ghost-writera Jerzego Giedroycia to przekonujące dowody, by uznać Mieroszewskiego niekłamanym fachowcem słowa. Za mało, by zwycięsko stanął w szranki z innymi pisarzami politycznymi współczesnej mu doby, która niezwykle obrodziła w talenty. Inaczej postawił w 1976 roku sprawę autentycznego powołania Wacław A. Zbyszewski. Żegnał go w „Wiadomościach”: „Mieroszewski był zawodowym dziennikarzem i publicystą; ale kto wie, czy kariera uniwersytecka nie byłaby dla niego właściwsza?”.
A my zapytamy: czy kontynuując drogę (głównie pop-kulturowego, lecz pokażemy, iż nie tylko) beletrysty, oryginalnego pamiętnikarza i przede wszystkim poszukującego eseisty, a nie wyłącznie besserwissera, nie pozostawiłby trwalszego i silniej zindywidualizowanego dziedzictwa? Nawiasowo zasygnalizujmy na wstępie, że tytuł jednej z rubryk podpatrzył Mieroszewski u kolegi z tych samych łamów. W numerze z 28 października 1945 roku tygodnika „Orzeł Biały. Polska Walcząca na Ziemi Włoskiej” Kazimierz T. Sowicki zainaugurował autorskie Listy z Wyspy. Nagłówek to emblematyczny dla stałego za lat kilka działu Londyńczyka w „Kulturze”. W „Orle Białym” też – w listopadzie 1947 stawiając tezę, że Żyjemy w ustroju przejściowym – zdradza Juliusz tendencję do kawiarnianego gaworzenia o polityce. Rozwinie w nim tę dyspozycję i ukierunkuje Giedroyc.

Zanim to się stanie równolegle rozważa wychodźczy Mit drugiego zawodu: „Wszyscy uważają, (nie bez słuszności), że inteligent, który chwyta się rzemiosła, czyni to z konieczności, marząc w gruncie o powrocie na łono swej własnej warstwy społecznej”. Jednakże: „Bardzo, bardzo trudno jest zdobyć drugi fach. Nie wiem nawet, czy jest w ogóle możliwe”. Czyni marynistyczne przenośnie: „Żeglujemy, płyniemy. Brzeg ojczysty staje się coraz dalszy, coraz głębiej zapadły w ów tragiczny chaos, co zwie się sercem emigranta. Coraz jest mniej czasu na zadumę. Zresztą myśleć się nie chce o rzeczach gorzkich, choć bliskich, a i czasu nie ma na dumanie”. Ale jest i echo dumania. Barbara Toporska, podczas podróży do obozów, gdzie kwateruje rozbrojona armia, próbuje „naszeptać otuchy osowiałym inteligentom”:
„Mieroszewski, ten z «Parady», ryby w restauracji skrobie, ja repasuję pończochy, rotmistrz Nowicki jest kucharzem…” – zdradzi na łamach „Orła”. Boi się Londyńczyk deklasacji, jak wszyscy, a może i ze znaczniejszym natężeniem, skoro o tym pisze. Minione siedemnaście lat działalności reporterskiej i literackiej znamionuje moc samodzielnych poszukiwań, stonowanej refleksji i brak oporów przed podejmowaniem zadań beletrystycznych. Jeszcze pod koniec kariery w „Orle Białym” błyśnie odcinkowym i fikcyjnym reportażem z III wojny światowej pt. „Operacja Atom 2”. Kiedy indziej przekonuje: „Gdy literat czy lekarz idzie do fabryki obuwia czy kopalni jest to przykra konieczność, na którą zdobywa się człowiek z charakterem, przywykły stawiać czoło każdej sytuacji”. Sam nie zamierza poddać się powyższemu wezwaniu. Jako inteligent-dziennikarz szuka możliwości utrzymania się z pióra.
Jego teksty od 1950 roku to przez ćwierć wieku już czysta usługówka dla projektu „Kultura”. Wyrobi sobie przy tym nazwisko – przestanie być kojarzony głównie z „Paradą”, polskojęzycznym formatem brytyjskiego magazynu dla żołnierzy.
Pamiętał Piort Wandycz literackie przebudzenie kuzyna w 1932 roku. Przynaglany przez studiującą historię sztuki na UJ siostrę znanego później historyka Dankę Mar, popełnił utwór sensacyjno-kryminalny pod tytułem Żywy falsyfikat. Podług rodzinnych przekazów wuj Mieroszewskiego, Juliusz Dunikowski (wcześniej wiceminister spraw wewnętrznych w gabinecie Wincentego Witosa, potem prezes Najwyższego Trybunału Administracyjnego) „dał maszynopis Marianowi Dąbrowskiemu, naczelnemu redaktorowi «Ilustrowanego Kuriera Codziennego», jako lekturę do pociągu – Dąbrowski jechał właśnie do Warszawy”. Być może w ramach obowiązków parlamentarnych? „Widać powieść przypadła mu do gustu”, gdyż pierwszy jej odcinek pojawił się w numerze z 21 kwietnia i ukazywał do 14 lipca.

Inny „romans”, wedle własnej relacji, zgłosił sam na konkurs „IKC” i „wówczas, jedyny raz w życiu, chciałem być literatem, pisarzem”: „Wydawało mi się wtedy i jeszcze dziś mi się wydaje, że Człowiek – o piętro wyżej był dobrą powieścią”, westchnie po latach. Według Wandycza w grudniu „Ikac” rozpoczął publikację następnej pt. Berlin II, której ostatni rozdział wyszedł w końcu marca 1933. Z tego również źródła wiemy, że w tymże roku ogłosił Juliusz kolejne pozycje, m.in. nowelki Metoda Jamesa Watch, Serca na asfalcie, Marek Tower zmienia nazwisko (1935), serial Drzewa kwitnące nocą, Pokój o ślepych zwierciadłach (1936) oraz opowiadanie Nie chowajcie radości pod korzec (numer świąteczny 25 grudnia 1937). Jak widać, snucie zaordynowanej „sagi wigilijnej” nie było dla profesjonalisty nowością.
Wandycz konstatuje: „W jego wczesnym pisarstwie pokaźną pozycję stanowiły tzw. kryminały czy powieści szpiegowskie. Do końca życia zresztą Mieroszewski był wiernym czytelnikiem tego typu literatury”, co z pewnością wzmagało spekulatywne zapędy i umiejętności. Naturalnie, nie ledwie proza sensacyjna wyraża status trzydziestolatka, który dopiero co ustatkuje się (córka Monika przyjdzie na świat w 1935 roku) podejmując stałe zajęcie. Pracuje w dziale polityki międzynarodowej krakowskiego dziennika, specjalizacja – problematyka niemiecka. Nie wiemy nic o osiągnięciach w tej mierze: „Miałem wówczas za sobą dwie powieści – obie drukowane w odcinku w «IKC», i sporo nowel, ale traktowałem to wszystko jako dziennikarstwo”.
Od czasów młodzieńczej, limanowskiej „Zorzy” wystrzegał się bowiem „pedantycznie prozy literackiej”: „Nigdy nie byłem literatem – zawsze dziennikarzem [wszystkie wytłuszczenia – P.Ch.]”. A co dopiero intelektualistą, którym chcą go mianować dzisiaj niektórzy czciciele.
W pierwszym (zamierzonym, a okazało się, że jedynym) memuarystycznym odcinku pt. „Aurora”, w „Wiadomościach” we wrześniu 1950 roku głosi sentencjonalnie: „Wspomnienia, podobnie jak historia mają urok życia wyzwolonego z materialnej aktualności. Wszystko jest przecierpiane i zdecydowane. Ale wspomnienia zaczynają się dopiero od chwili, gdy zaczynamy wspominać i tworzyć. Prawdziwie suwerenni jesteśmy tylko w stosunku do przeszłości. I nigdy nie jesteśmy w większym stopniu twórcami własnego życia niż wspominając”. Stawia tym samym epitafium zamykanemu akurat nurtowi swego pisarstwa. Ukończył 44 lata i dojrzałość zaczyna przezierać przez jego teksty. Stanął na rozdrożu. I wybrał. Szydzi w 1957 roku w „Kulturze”: „Co stanowi dominantę literatury emigracyjnej? Wspominki i jeszcze raz wspominki”. Wcześniej drąży: „Nikt żadnej emigracji nie oduczy wspominkarstwa”.

I podrwiwa: „To jest funkcja zastępcza, bez której wygnanie byłoby trudne do zniesienia. Emigrant, który przestaje wspominać, przestaje być emigrantem i zatraca swą pochodzeniową identyczność”. Trafną odpowiedź na ucieczkę w „funkcje zastępcze” daje Ursula K. Le Guin: „Jeśli chodzi o zarzut eskapizmu, co to w ogóle znaczy? Ucieczkę od prawdziwego życia, od odpowiedzialności, porządku, obowiązków, pobożności – to właśnie sugeruje określenie. Ale nikt, z wyjątkiem najbardziej przestępczo nieodpowiedzialnych albo żałośnie niekompetentnych, nie ucieka do więzienia. Kierunkiem ucieczki zawsze jest wolność. A zatem, o co właściwie oskarżać «eskapizm»?”. W 1968 roku ciągle jest pewien, że „czynnikiem, który deformuje emigracyjny patriotyzm – są wspomnienia”. Nie docenia wątków autobiograficznych w ocenie Londyńczyka Rafał Habielski wyrokując: „Nie cierpiał na dolegliwości nostalgiczne”. Cierpiał! Tylko tłumił w sobie.
Opamięta się po dwudziestu latach gonitwy, kiedy jest już za późno. To Wacława Alfreda Zbyszewskiego namawiał Giedroyc do snucia w „Kulturze” wspominek. Chętnego Mieroszewskiego dość brutalnie odwiedzie, niepomny na lojalną rezygnację z samodzielnych ambicji. Zapiski oficera czasu wojny z Brygady Karpackiej nie rozwiną wystarczająco skrzydeł, by pozostawić dobitniejszy ślad w życiu społecznym i politycznym emigracji, czy też by zdobyć rangę artystycznego dokumentu epoki. Taktyczne wplecenie ich pomiędzy doraźne noty powoduje, że również kolejność i wybór pozostałych tematów ustala walor tej formy felietonowej kroniki-układanki. Wyłuskanie pojedynczych not wspomnieniowych – przez pozbawienie ich sąsiedztwa sióstr – pozbawia całość smaku. A tak zaprezentowano je w edycji Kronik angielskich i fragmentów autobiograficznych z 2020 roku.
„Dalszych odcinków nie było” – mijał się cokolwiek z faktami Giedroyc, anonsując w „Kulturze” w 1997 roku niemal jak nietypowy paleotyp odrzuconą kiedyś bez litości piątą części Zapisków. Może rzeczywiście zapomniał? Jakkolwiek druk kończą sakramentalne literki „c.d.n.”, kontynuacja nie powstała. Ślepnącemu Londyńczykowi brakło redaktorskiej zachęty.
Niemniej, jak utrzymywał Londyńczyk, to i wiele podobnych doświadczeń potwierdza „marksistowską tezę, że u dna najbardziej górnych a skomplikowanych zagadnień czai się ekonomia”: „Dużo pisze przede wszystkim ten, kto musi dużo pisać, by pierwszego popłacić wszystkie rachunki”. A sądził tak i o sobie. Mimo zatrudnienia w „Kulturze” podejmował starania, by dorobić do pensji londyńskiego korespondenta i przedstawiciela. Ciekawych tła i szczegółów tej na boku „fuchy” odsyłam do dygresji z odrębnych rozważań (*). Błogosławił niejako rodzącą się kooperację z „Dziennikiem Polskim” z Detroit (zwanym potocznie „Detrojczakiem”) Giedroyc w grudniu 1954: „W każdym razie życzę, by doszedł Pan nareszcie do honorariów Zygmunta Nowakowskiego”. Wraz z Józefem i Stanisławem Mackiewiczami gwiazdy polonijnego periodyku, a od niedawna obiektu rozpraw Mieroszewskiego z Polskim Londynem i niezłomną emigracją.

Żarty żartami, ale czy nie podejrzewamy wpływu Przylądka dobrej nadziei na odkryte w archiwalnym egzemplarzu gazety z Biblioteki Polskiej w Londynie rzeczywiste cymelium? Przy okazji słania 18 stycznia 1955 roku materiału „do ewentualnego zredagowania (z prośbą o odesłanie)” z dystansem i bez komentarza dołączy redaktor wycinek z „«Dziennika Polskiego» (nr świąteczny) z Pana artykułem»”. Odsyłacz edytora listów mówi: „Wycinek nie zachował się w archiwum Instytutu Literackiego”. A to właśnie Moja „Sienkiewiczowska” Wigilia! „Coś nagle dojrzałem, na co od dawna patrzyłem – nie widząc”.
Olśnił mnie w Prozie o mieście Irenki powyższym zdaniem, wersem, co nosi znamiona rewelacji. W pierwszej wersji świątecznej historii pt. Fragment epopei, w wydawanym przez koncern prasowy Dąbrowskiego ilustrowanym magazynie tygodniowym „AS” z 13 listopada 1938 roku czytamy o tle doznań z 1914 roku. Prócz hołdu dla Henryka Sienkiewicza znaczyły je familijne relikwie. Po pierwsze: „Stary sygnet otoczony rzeźbionym w złocie ciernistym otokiem z lat 63-cich”. Dalej – „order Virtuti Militari dziadka Józefa z kampanii moskiewskiej, napoleoński pałasz kawaleryjski, którym dziadek Józef wyrąbał się z sotni kozackiej pod Smoleńskiem, gdy kartacz zabił pod nim konia – wyblakłe listy pisane do matki kuzyna powstańca, Legia Honorowa i napoleoński Krzyż Świętej Heleny, nadany pośmiertnie dziadkowi Ignacemu – oto strzępy wielkiej epopei, na które patrzyłem w dzieciństwie”.
Fabularna osnowa pamiątki z wojennego chłopięctwa przywodzi dalszą świąteczną gawędę, zamieszczony w „Słowie” 29 grudnia 1932 roku epizod Z okupacyjnych wspomnień Józefa Mackiewicza (włączony do zbioru Tajemnica żółtej willi i inne opowiadania). Tam miast beliniaków wystąpią niemieccy dragoni. U Mieroszewskiego: „Dom nasz przemienił się nagle jakby w scenę. Patrzyliśmy z bratem na orły na ułańskich czakach – na polskie pałasze…”.
„…– łowiliśmy uchem dźwięk polskiej, wojskowej komendy. Czerwone światło wczesnego świtu przedarło się przez szyby okien i zmieszało z płochliwym błyskiem świec, gdy w progu naszego dziecinnego pokoju stanął Józef Piłsudski. Podszedł do ojca z wyciągniętą ręką i wymienił swe nazwisko. Do dziś pamiętam dźwięk tego słowa. Drugi wszedł za Brygadierem Sosnkowski. Komendant pogładził nas po głowach i usiadł zmęczony przy stole. Jeden z oficerów wyprowadził nas do przyległego gabinetu ojca. Pamiętam ujął nas pod ramię i gdy zamknęły się drzwi od naszego pokoju spojrzawszy nam w oczy powiedział: «Chłopy – zapamiętajcie sobie dobrze to, coście dziś przeżyli!». Zapamiętaliśmy dobrze”.

Aby na pewno? W drugim wariancie, jednej z kilku garści limanowskich malowanek pt. Proza o mieście Irenki, w „Orle Białym” z 24 stycznia 1948 roku znajdziemy passus:
„Pamiętaliśmy, że w domu naszym przez dziesięć dni kwaterował komendant Piłsudski i znaliśmy z opowiadań ojca każdy szczegół tej historii. Ale inwazja rosyjska, bitwa o Golców – wszystko to zatarło się w pamięci i nie wiedzieliśmy dokładnie czy przeżyliśmy to sami, czy tylko znamy z opowiadań”. Powtórzy tę deklarację po dwóch latach w „Wiadomościach”, w Galerii redaktorów. W Prozie o mieście… wzruszy odmiennie zarysowana scena:
Późno w nocy zbudziła nas ciotka Janowa. Wzięła nas za ręce i zaprowadziła do przedpokoju. W otwartych drzwiach, na tle ciemnej, mroźnej nocy stał ojciec. Z podwórza dobiegały przyciszone głosy. Pierwszy do przedpokoju wszedł wojskowy w siwym płaszczu i w sztylpach. Nie nosił ułańskiego czaka. Wyciągnął rękę do ojca i powiedział:
– Jestem Józef Piłsudski.
Uderzy także znany z trzeciej mutacji z 1954 roku plastycznie oddany kadr: „Nowotarskim wyżem szedł halny. Nasz drewniany dom skrzypiał jak staroświecka fregata w czasie sztormu. W dymnikach grało żałośnie i przeciągle. Ciotka Janowa czytała przy stole, a gdy halny cichł i nabierał oddechu – nasłuchiwała z niepokojem”. Bracia Mieroszewscy zajęci byli jednak bojem ołowianych armii, a nie zasłuchani w Trylogii. Trudno dosiec, dlaczego w kolejnej, najpoważniej rozbudowanej adaptacji przygody z dzieciństwa znikł z obsady Komendant? Czyżby kojarzonemu już powszechnie z „Kulturą” autorowi miał on przynieść szkodę? Nie wydaje się… A może? A może to po prostu najściślej trzymająca się zapamiętanych zdarzeń opowieść? Zanurzmy się więc w lekturze jedynej odmiany bożonarodzeniowej miniaturki Mieroszewskiego, której nie da się odnaleźć w sieci. Wszak nic nie jest bardziej realne niż wspomnienia!
Paweł Chojnacki
(*) Zob.: P. Chojnacki, Złamane pióro. Nie tylko świąteczne nowele Zygmunta Nowakowskiego, „Nowy Napis Co Tydzień”, 21 XII 2023: https://nowynapis.eu/tygodnik/nr-234/artykul/zlamane-pioro-nie-tylko-swiateczne-nowele-zygmunta-nowakowskiego