Pan redaktor Ananiasz

Gdyby moralność poruszała się po równie prostych torach, co koleje, można by według tych komentarzy regulować zegarki. „Oho, piętnasta czterdzieści i skandaliczne kazanie w Małopolsce – mawialibyśmy, podnosząc głowy znad zagonu. – Zaraz będzie leciał pospieszny o homofobii w Interii”.

Oczywiście, pojawienie się virtue signallers, a następnie zdominowanie przez nich świata publicystyki może się wydawać logicznym następstwem ewolucji mediów. To trochę tak, jak z zakładaniem do studia dobrze uprasowanej koszuli i godzeniem się, bodaj niechętnym, na obfite pudrowanie twarzy. To po prostu kwestia profesjonalizmu: należy wygłaszać poglądy szlachetne.

Wśród rzeszy piszących de publicis którym zdarza się a to zbyt dobitnie podkreślić swoją antypatię do któregoś z polityków, a to, przeciwnie, ostentacyjnie utrzymywać dystans wobec obu stron sporu, przykładając jedwab swoich wywodów do ich parcianej retoryki, wyróżnia się jednak grupa autorów, którzy gotowi są wypowiedzieć się na niemal każdy temat, czy będą to napięcia w relacjach z Berlinem czy Kijowem, spory o klimat, czy reformy i upadki Kościoła. Imigracja, edukacja, sanacja i prostracja – można spodziewać się, że w każdej z tych kwestii pojawi się ich komentarz, w portalu, w radiu i w telewizji. Co więcej, można również spodziewać się, jaki będzie: wyważony, odrobinę przekorny i nieodmiennie krytyczny wobec tych, których nazwie „populistami”. Gdyby moralność poruszała się po równie prostych torach, co koleje, można by według tych komentarzy regulować zegarki. „Oho, piętnasta czterdzieści i skandaliczne kazanie w Małopolsce – mawialibyśmy, podnosząc głowy znad zagonu. – Zaraz będzie leciał pospieszny o homofobii w Interii”. I rzeczywiście, za chwilę z łomotem kół, może i w kłębach pary wyłaniałaby się zza zakrętu dzielna, zdyszana lokomotywa, niczym z serialu „Tomek i przyjaciele”.

Sięgam tu po scenę z imaginarium literatury dziecięcej (bo przecież serial animowany „Thomas & Friends” powstał w oparciu o cykl książeczek autorstwa pastora Wilberta Awdry i jego syna) nie przypadkiem. Do imaginarium tego odwołuje się bowiem również moja hipoteza dotycząca virtue signallers w publicystyce. Są to mianowicie Ananiasze w wieku dojrzałym.

Wszyscy pamiętamy Ananiasza: entuzjastę wycierania tablicy, napełniania atramentem kałamarzy i przynoszenia mapy. „Najlepszy uczeń w klasie i ulubieniec naszej pani” – chociaż, choć przekład Elżbiety Staniszkis jest godny uznania, to jedno zdanie brzmi lepiej w oryginale: „C’est le premier de la classe et le chouchou de la maîtresse”. Okulary, lekki dystans do otoczenia, częsty podopieczny Rosoła, zwłaszcza kiedy zaczyna krzyczeć i płakać, i trzeba przemyć mu twarz zimną wodą.

Miał Ananiasz trochę pod górę – rzadko chodził na „niesamowicie fajny pusty plac pełen skrzynek, papierów, kamieni, starych puszek, butelek i nadąsanych kotów”, nigdy nie udało mu się wykopać piłki z placu aż na wystawę pana Compagniego, i chyba nawet nieczęsto bywał na imieninach Jadwini. Ale uczył się pilnie („Ananiasz nie bawi się nigdy na pauzie – zabiera ze sobą książkę i powtarza lekcje”), skończył ENA albo ENS, no i proszę – został komentatorem.

Przy czym, jako że piszemy o formacji, nie o konkretnej osobie, można odnotować, że różne aspekty złożonej osobowości Ananiasza dały początek różnym stylom komentatorskim. Ananiasz zraniony i nieszczęśliwy, Ananiasz przekonany, że jego racja jest w mniejszości, dał początek komentatorom cierpiętniczym: kontrarianom, którzy występują przeciw jakiemuś poglądowi z przeczuciem, ze świadomością, może, kto wie, wręcz z oczekiwaniem męczeństwa.

Doskonałym przykładem takiej postawy – dodajmy, w okolicznościach poważniejszych niż publicystyka na łamach – jest dla mnie jedna z bohaterek „Przesłuchania” Ryszarda Bugajskiego, osadzona w więzieniu towarzyszka Witkowska, przedwojenna działaczka KPP, która spoliczkowana przez Tonię Dziwisz, replikuje ze spokojem: „Bardzo proszę, używajcie sobie na mnie. Bardzo proszę. Jestem przyzwyczajona do tego, że wszystkiemu zawsze są winni komuniści. Bardzo proszę.“

To niezapomniana scena, podobnie jak twarz wygłaszającej te zdania Agnieszki Holland. Czy jednak jej echem nie są wypowiedzi redaktorów Ananiaszów, z satysfakcją smakujących prześladowania swojej osoby? „Rozmaici koledzy, którzy teraz wylewają na mnie pomyje”; „rozumiem, że trzeba przestrzegać przede mną”; „oto kolejny paszkwil”. Znam i rozumiem frajdę z wkurzenia tygrysa: czy jednak starannie kolekcjonowany album wycinków, ukazujących prześladowania, których padło się ofiarą, nie przypomina bardziej pamiątek Ananiasza niż myśliwego? „Mówił, że się poskarży, że nikt go nie kocha”.

Bywa, obok Ananiasza zranionego, również Ananiasz uskrzydlony: Ananiasz, który przyniósł mapę i nie tylko bezbłędnie wskazał na niej Fort-de-France, stolicę departamentu Martyniki, ale też potrafił scharakteryzować jej gospodarkę („rozwinął się tutaj zwłaszcza przemysł spożywczy; w mieście znajduje się też jedna z głównych wojskowych baz morskich Francji”). Ananiasz, który wojowniczo poprawia okulary. Ananiasz kredonośca.

Najgroźniejszy jest jednak Ananiasz, który staje przed tablicą i zaczyna czytać wypracowanie.

Na dowolny temat. Bo, jak wiemy, Ananiasz lubi się uczyć i lubi dostawać dobre oceny. Więc pani często wzywa Ananiasza do odpowiedzi, szczególnie, kiedy przychodzi Pan Inspektor. I wtedy Ananiasz wstaje, i czyta pracę domową, i ona zawsze jest dobrze napisana, ta praca. Czy o Wercyngetoryksie, czy o ułamkach, czy o le conditionnel passé.

Odpowiedzi zawsze są poprawne, i pan inspektor jest zadowolony. No bo tak, bo to wszystko prawda. Woda kapie do dołu. Wyznawcy islamu mają prawo do własnych miejsc kultu i do modlitwy. Wiewiórki gromadzą na zimę orzechy. Militarna pomoc Ukrainie jest w naszym interesie. Lód topnieje, gdy jest zero stopni. Nie ma i nie może być zgody na język nienawiści i przemocy wobec innych. Ziemia obraca się wokół Słońca, podobnie jak inne planety. Patriotyzm nie polega na szukaniu obcych. Są dwa rodzaje gramatyczne, masculin oraz féminin. Wezwanie do nawrócenia nie może i nie powinno być pałką w debacie politycznej. Gustaw Flaubert był autorem „Słownika komunałów”.

On ma zawsze rację, ten Ananiasz. Tylko, dziwna rzecz, nie tylko Alcest, który kończy właśnie bułkę, ale i Gotfryd, który przed chwilą bił się z Joachimem, i Rufus, i nawet nasza pani, chociaż Ananiasz to przecież jej chouchou, i ja, słuchając go zaczynamy ziewać (pani zawsze zasłania przy tym usta dłonią), pocierać oczy, a bywa, że pokładać się na ławce.

Bo te wypracowania, wiecie, są takie potwornie nudne.

Wojciech Stanisławski

Przeczytaj również: inne felietony Wojciecha Stanisławskiego z cyklu „Barwy kampanii”