Paweł Chojnacki: Groteska w szaradzie. Pamięci Adama Pragiera w pięćdziesiątą rocznicę śmierci

Wciąż czekają na postawienie strategiczne pytania. Jakie wartości – w najrychlej niezbędnym kursie nauczenia się na nowo, co znaczy być Polakiem – przyniesie tradycja „Kultury”? Co dziedzictwo „Wiadomości”? A co – starcia między nimi? – pisze Paweł Chojnacki.

W pierwotnych planach gęściej w tej części rozważań wystąpić miała w solowych partiach Pandora[1], ale cóż zrobić, gdy misterny scenariusz oddaje pola improwizacji i z recenzenckiej loży drugi krytyk Juliusza Mieroszewskiego podpowiada najlepiej komponujące się kwestie? Także kolejny bohater zmagań niespodzianie wyjdzie na deski w charakterystycznym epizodzie. A w prologu – najpierwsza dziś sława zawita.

 

Nie zabraniam nikomu wierzyć w to, w co ja absolutnie nie uwierzę i uwierzyć nie mogę.

Prosiłbym tylko o wzajemność. To, co inni uważają za rzecz poważną,

niech wolno mi będzie uważać za groteskę w tej szaradzie,

Józef Mackiewicz, 1975.

Idealizm i materializm

W kontekście pewnego podanego u konkurencji artykułu przymila się Jerzy Stempowski 18 kwietnia 1948 roku redaktorowi „Kultury”: „Mam wrażenie, że Grydzewski się na mnie zupełnie obraził, ponieważ nie wziąłem nawet udziału w obecnej głupiej ankiecie «Wiadomości»”. Chodzi o panel Które z książek (dawnych i nowych, polskich i obcych) przeczytanych od chwili wybuchu wojny zrobiły na Panu(i) największe wrażenie i dlaczego? – ogłoszony w numerze z 14 marca. Czegoś jednak nie rozumiemy: przecież właśnie wspomnianym za chwilę szkicem wziął w sondzie udział… Czemu się tak pokrętnie tłumaczy? I dlaczego zaraz – „głupiej”? Przykro czytać, jak się elegancki myśliciel kryguje: „Czy zwrócił Pan uwagę na smutny wynik tego egzaminu pisarzy emigracyjnych z czytelnictwa?”. Znów przerwijmy: gdyby nie eksperyment „głupiej ankiety” nigdy byśmy się o ponurym ponoć bilansie nie dowiedzieli. Więc aż tak niemądra to inicjatywa nie była?

Przeczytaj również: Pchła i redaktor

Wnet wyjdzie szydło z worka. Hostowiec kontynuuje zaloty: „Aby go [Grydzewskiego – P.Ch.] udobruchać, posłałem mu mały essay o czytelnictwie wojennym, który leżał u mnie w rękopisach”. To słynny Księgozbiór przemytników, przedrukowany przez Instytut Literacki w kolekcji Od Berdyczowa do Rzymu (1971), potem w krakowskim (ocenzurowanym) wyborze dokonanym przez Wojciecha Karpińskiego (1984), a dalej – choćby w antologii Polski esej literacki ułożonej dla „Biblioteki Narodowej” przez Jana Tomkowskiego (2017). „Mały essay” zajął pierwotnie (mniej więcej) połowę ogromnej kolumny i zdobył rangę „kultowego”. Ale – jak prawie wszyscy lawirujący między dwoma wydawnictwami autorzy – i Paweł Hostowiec wiedział, że musi się asekurować. Przykład ten stawia w ostrzejszym świetle ewentualność współpracy Mieroszewskiego z inną niż „Kultura” prasą.

Z obecności na szpaltach najgroźniejszego rywala rezygnuje od razu po podjęciu kooperacji z paryskim periodykiem. Tymczasem eseistyka prezentowana w tygodniku Mieczysława Grydzewskiego odsłania szczególne oblicze przyszłego Londyńczyka: twarz wyważonego obserwatora: dowcipnego, oderwanego od teraźniejszej politycznej lataniny oraz musu kategorycznego ferowania wyroków w każdym nadarzającym się wątku. Koszty zatrudnienia full-time w Instytucie Literackim i pełnej dyspozycyjności wobec oczekiwań redaktora (oraz przyjęcia jego orzeczeń) bolą. Pierwsza uiszczona taksa to zamilknięcie na pozostałych obszarach twórczości, również na niwie beletrystyki, z której dał się poznać (powieść odcinkowa, nowela) od kilkunastu lat.

Przestał Mieroszewski zamieszczać w „Wiadomościach” materiały, ale zdarzy mu się wysłać list do redakcji, głos w dyskusji Idealizm i materializm w maju 1952. Chwaląc wymianę zdań pomiędzy Tadeuszem Felsztynem a Henrykiem Schoenfeldem „na temat fizyki i filozofii” ubolewa, że „pisma polskie – nawet na tak wysokim poziomie jak «Wiadomości» – nie poświęcają tym sprawom niemal żadnej uwagi”. Lecz akurat „Wiadomości”, publikując debatę, uwagę poświęciły. „Kultura” jakby „odgapi” po czterech latach pomysł i ofiaruje fizyce miejsce powtarzając kontrowersję tych samych naukowców. Kiedyś Józef Mackiewicz rzuci: „– Nie wiem, ale zdaje mi się, że atmosfera doktryn emocjonalnych co najmniej nie wytwarza pomyślnej sytuacji dla rozwoju nauk ścisłych…”.

(Warto przyswoić pojęcie doktryn emocjonalnych, gdyż „Kultura” propagowała paradoksalnie dokładnie takie, z lekka okryte zwiewnym płaszczykiem real politic). Kontakt wyłącznie z jednym wiodącym wychodźczym tytułem dawał – nielicznym trwającym przy podobnym wyborze – komfort uniknięcia dyplomatycznych dygów. Chociaż zdaje się, że Grydzewski mniej reweransów odbierał, bo i mniej ich łaknął? Nie jedyny Hostowiec się wije… I twardziel Mackiewicz w korespondencji z Giedroyciem pragmatyczne kadzi, nie omieszkując przytem pogrążać „Wiadomości” (w listach do ich edytorów czyni odwrotnie). Na tym dwuznacznym tle sumienie Adama Pragiera czy Zygmunta Nowakowskiego, którym przez myśl nie przeszło, by do Paryża słać teksty, zdobi według mnie czystsze konto.

Aczkolwiek Pragier na Giedroyciowych łamach raz jeden zaistniał, zaproszony do udziału w jubileuszowym numerze. Oddanie miejsca konsekwentnemu oponentowi to sensacja nie lada i dobrze świadczy o żurnalistycznej inwencji, ale przede wszystkim o liberalizmie „Księcia”. Czemu jednak uparcie jako „ludzi «Kultury»” wymienia się obok Stempowskiego nie tylko Józefów – Wittlina oraz Łobodowskiego czy Leo Lipskiego i Zygmunta Haupta, którzy ogłaszali oczywiście i w „Wiadomościach”? Dlaczego tu i tam? „Poziom! To najcenniejsza ojczyzna ludzi pióra”, wołał Mackiewicz, zabierając głos w kolejnej „głupiej ankiecie” Grydzewskiego. Do „Kultury”, jej szefa, do Mieroszewskiego – jak do wszystkich (większych czy mniejszych) składników materialnych i niematerialnych dziejów – trzeba zatem przy określaniu ich miejsca i znaczenia stosować metodę porównawczą. Wtedy dopiero odpowiemy na pytanie, co było zaletą, co wadą.

Hormony Jerzego Giedroycia

Ktoś uprze się, że winienem konkretniej odnieść się do „doktryny Giedroycia”, skoro gremialnie ją krytykuję (a chciałbym raczej – ujemnie balansować wartość). Znów Mackiewicz poda rękę: „Jest śmiesznie wywalać drzwi otwarte. Są to rzeczy, które należą do odwiecznych polemik pomiędzy narodami, ideami, poglądami jednostek, i sprowadzenie ich do wspólnego mianownika nieosiągalne”. Na bieżąco odnosiły się do rytmicznych „poślizgnięć «Kultury»” tęższe głowy i stukały wydolniejsze „Remingtony”. Zebranie ich głosów (poza chłostą zadawaną przez odkrywcę Zwycięstwa prowokacji, wziętych w przeważającej liczbie z prowadzonego przez Stefanię Zahorską i Pragiera w „Wiadomościach” cyklu „Puszka Pandory”[2] oraz z samego Pragiera) wypełniłoby opasły foliał „Kultura” i krytycy.

Lepszy zapewne byłby z niego poznawczy użytek niż z kolejnych tysięcy stronic czernionych przez coraz to dalszoplanowych aktorów z okolic Maisons Laffitte. Tak, wiele ciosów chwiejnej „linii «Kultury»” zostało dawno celnie wymierzonych. Nieuchronnie widać też z perspektywy dekad, jak przeczą jej orędziom, ubieranym przez Londyńczyka w słowa teoretycznym dezyderatom, nadchodzące wydarzenia. Oddalają się ponadto definitywnie „ewolucjonizm”, „rewizjonizm”, rodzimy „titoizm” i inne konstrukcje, tracąc z każdą chwilą na znaczeniu i przybierając sprawiedliwsze proporcje wobec wyzwań ówczesnego, wolnego polskiego życia umysłowego, czy na tle bardziej ważkich elementów piśmiennictwa tamtego czasu. Jak łatwym do pokonania Londyńczyk się jawił, niech zaświadczy drobiazg, podany tu dla anegdoty, dla zachęty.

W „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza” z 1960 roku, w artykule Kula u nogi? raportuje Nowakowski, że „młodzi pisarze, przebywający na emigracji w Londynie” przeprowadzili „długą dyskusję na temat po jakiemu pisać mają”: „Otwarł ją cytat: «Nie można być polskim pisarzem, nie znając Polski, kraju, atmosfery, gwar, a nade wszystko ludzi. Emigracja tego wszystkiego nie zastąpi»”. Felietonista precyzuje: „Słowa te wyszły spod pióra p. J. Mieroszewskiego, który mówi nadto, że «przed młodym kandydatem na pisarza stoją tylko dwie drogi otworem: albo powrót [wyjazd do PRL – P.Ch.] albo język angielski»”. Pyta chytrze: „Czy to takie pewne?”. I natychmiast odpowie: „Mickiewicz nie znał ani kraju ani atmosfery ani gwar. Nigdy nie był w Warszawie ani w Krakowie, ani we Lwowie, ani w Tatrach, ani nad polskim morzem”. Również Słowacki, „jeśli idzie o rdzenną Polskę, był jedynie w Warszawie”. Nawet „Chopin opuszczając Polskę, także na zawsze, miał lat dwadzieścia”.

Wytrawny causer, ale i dogłębny znawca literatury (dla Londyńczyka – „wieszcz strupieszałej konserwy”) zamknie gazetowy „odcinek” generalizującym pouczeniem: „Żadnemu z nich nie przyszło do głowy uwalniać się od Polski, uważać ją za balast, za kulę u nogi”. Taki był los wielu odkrywczych w organie Giedroycia spostrzeżeń. Zaspokajały pewno łatwą, czytelniczą potrzebę prowokacji, niemniej zbyt płytko umotywowane demonstrowały poziom, przy którego ocenie trudno wyjść ze zdziwienia, że rewelacje swe zaczął posyłać Mieroszewski w świat grubo po czterdziestce. Ówczesnym komentatorom przychodziły do głowy tożsame przyrównania („Jest śmiesznie wywalać drzwi otwarte”!).

Trafiał Michał Kryspin Pawlikowski w liście do Grydzewskiego z 1960 roku: „Mieroszewski jest jak taki sztubak z niższej klasy, który aż podskakuje na ławce, wyciągając rękę, aby nauczyciel zauważył i wyzwał. W moim gimnazjum takich szczeniaków nazywano «podlizami», tj. lizusami, i nieraz po lekcji dostawali w mordę”. Punktował i Pragier po dziewięciu latach: „Dziwny fenomen zdarzył się z tą «Kulturą». Jej utalentowany redaktor Jerzy Giedroyć należał w Polsce, w młodym wieku, do zespołu politycznego konserwatywnego, ściśle powiązanego z obozem pomajowym. Zazwyczaj młodzi ludzie bywają radykalni, czy zgoła rewolucyjni, a w miarę dojrzewania, gdy dziejące się w nich hormonalne procesy rozwojowe nie są już tak gwałtowne, godzą się jakoś ze światem, stają się czasem nacjonalistami, czasem konserwatystami, czasem (rzadziej) liberałami. U Giedroycia przebieg procesów hormonalnych okazał się przeciwny naturze”.

Krótkie nogi

Pandora konkretyzuje: „W miarę dojrzewania, wyzbył się konserwatyzmu i «Kultura» przemawia teraz do komunistów «z pozycji lewicowej», czy nawet «rewizjonistycznej» (w rozumieniu, jakie temu słowu nadają komuniści)”. Trudno nie dostrzec niezbyt starannie skrytego śladu powątpiewania, co do naturalności i spontaniczności zaszłej u redaktora przemiany. „Pan Jerzy” był człowiekiem z długą i zasobną praktyką międzyludzkich kontaktów, rutyną działań i metod wywodzących się także z empirii służb specjalnych, a w swym medium podtrzymywał na pokaz ton młodzieńczego nieopierzenia intelektualnego i takiejż literackiej prowokacji. Wykluczono go w kraju z krytycznego oglądu, ustawiono na niewzruszonym cokole, a wystarczyłoby dla zachwiania postumentu wskazać – powielaną przez wielbicieli, wziętą ufnie z publicznych obietnic Mieroszewskiego – katarynkę o rzekomym samofinansowaniu się lafickiej „imprezy”.

Kłamstwo podtrzymywali do niedawna historycy z tego dworu i do dziś minimalizuje się węzłowy dylemat: komu naprawdę „Kultura” zawdzięcza materialne, wieloletnie podstawy egzystencji? Rodzi się wobec powyższego zasadnicze pytanie. Skoro „Książę” w ramach szerokiego horyzontu działań zadbał o wyhodowanie „domowych” kronikarzy, nie zdziwiłoby, gdyby zatroszczył się i o najmocniej słyszalne echa wiodących pakietów korespondencji ludzi z nim związanych. Bodaj raz złapany został na gorącym uczynku – i to w jak węzłowym miejscu! Przecież nawet z przejrzanej przez zaufanych sympatyków i fragmentarycznie drukowanej dokumentacji wyziera, że i w wymienianej z Londyńczykiem prywatnej poczcie pamiętali o celowej dezinformacji (nie siebie nawzajem, a chyba przyszłych pokoleń?) w dziedzinie fikcyjnej autarkii. Dziwi więc totalne zawierzenie dokonanym selekcjom, przede wszystkim zaś – treściom komunikacji kluczowego tandemu.

Zaskakuje naiwność w nadaniu źródłom epistolarnym pochodzącym z Maisons Laffitte najwyższej rangi. Ludzie tamtej doby, generacji i środowiska (a na pewno Giedroyc i jego frontman) byli wysoce świadomi tego, co czynią, przeszli wszak niejedno. Dojrzali życiowo gracze wiedzieli, że pozostawione przez nich papiery będą kiedyś surowcem dla badaczy. Doskonale orientowali się, które listy mają zostać bez wahania przez adresata zniszczone, a jakie sprawy powierzyć rozmowie telefonicznej czy spotkaniu w cztery oczy. Było też naprawdę dużo czasu na ewentualny staranny odsiew w archiwum Instytutu Literackiego pod kątem budowania, umocnienia i rozprzestrzeniania legendy. W końcu długi szereg osób z niej żyje i konstruuje kariery – nie zawsze czysto akademickie.

Dumał o tajemnej kolebce powojennych przekonań Mieroszewskiego cytowany wcześniej Rafał Habielski: „Sprawa ta, podobnie zresztą jak poglądy Giedroycia, nie jest jednak całkiem jasna”. Dla zewnętrznego widza sekwencje zwrotów jakie zachodziły w wynikających prosto z optyki redaktora postulatach „Kultury” nie kryją aż tak wielkiej zagadki. Podobnie, jak nie przedstawiały jej dla współczesnych analityków spoza środowiska Maisons Laffitte. Pomimo (albo dlatego), że elementy ideologiczne służyły „linii” miesięcznika jako akcesoria towarzyszące i wspomagające „poważną” robotę, jako „świeczniki” mające przesłonić istotę i kierunki właściwych działań, możemy spróbować z dystansu rozjaśnić ich najgłówniejszą istotę. Sekret nie tkwi – jak zazwyczaj w podobnych przypadkach – zbyt głęboko. Zmiana alboż pojawienie się nowych akcentów światopoglądowo-programowych w przekazie „Kultury” szły zwykle ręka w rękę z metamorfozami podejścia USA.

Od 1950 roku i bezwarunkowego poparcia pomysłu udziału polskich żołnierzy w wojnie koreańskiej (w ramach międzynarodowej brygady wschodnioeuropejskiej)[3], poprzez kapryśne fazy najnowszych wynalazków zachodniej techniki, czyli: doktryny liberation, odprężenia, koegzystencji, promocji „polskiego titoizmu” (kredyt zaufania dla Gomułki), rewizjonizmu czy wiary w wyjątkowo namiętnie pielęgnowany ewolucjonizm. Do sojuszu z sowieckimi dysydentami i „opozycją demokratyczną”, deklarującymi nie tyle obalenie komunizmu, co jego poprawianie. Po (klasyfikuje nieoceniony Mackiewicz) „zbyt dużo analogii niemieckich z obecną polityką amerykańską: stawkę na sowieckiego człowieka, niechęć do starej emigracji, prześladowanie wszelkiej kontrrewolucji etc. etc.”.

W tym nurcie priorytetów mieści się także trzeci (prócz chęci przypodobania się peerelowskim lawirantom i niszczenia ideowej konkurencji) powód torpedowania ośrodka legalistycznego (rządu i prezydenta na Uchodźstwie). Przyczyna ataków, prowadzących do metodycznego osłabiania jego suwerennego znaczenia, tak niedogodnego również dla dawnych sojuszników. Kierunek, który przypuszczalnie miał początkowo zagrać jako element taktyki (a gdybym napisał, że ukrytą jej cięciwę napinała rywalizacja o pozyskiwanie amerykańskich dotacji – bardzo bym przesadził?) wymknął się spod kontroli. Giedroyc et consortes po prostu przeszarżowali i czarna legenda „niezłomnych” odgrzewana jest do dziś.

Zacięta Beretta

Efektem wyboru przedkładanej wyżej postawy była nie sama krytyka Polskiego Londynu. Habielski: „Niezrozumienie jej [„Kultury” – P.Ch.] przesłań szło w parze z odrzuceniem, w dużej mierze mocą resentymentów, rozwiązań innych niż te, które wyznaczały zakres racji bytu emigracji”. Dziw, że wyraża taki osąd nie tylko ugruntowany sztandarowymi panegirykami tyczącymi Mieroszewskiego piewca „Kultury”, ale i monografista „Wiadomości”. Zatrzymajmy się przy jego zdaniu. Wynika zeń jasno, że zrozumienie linii „Kultury” szło natomiast w parze z racjonalnym przyjęciem „rozwiązań innych niż te, które wyznaczały zakres racji bytu emigracji”. Groziło to w ogóle kasacją sensu przebywania wolnych Polaków na Zachodzie[4]. Jak byśmy wyglądali, gdyby wizję tę podzieliła większość – samounicestwiającego się tym samym – politycznego Wychodźstwa?

I na tę technikę procederu znalazł odpowiedź Mackiewicz: „Emigracja polityczna zakłada bowiem nie wewnętrzną, legalną opozycję do panującego ustroju, a negację tego ustroju, z zakwestionowaniem legalności ustanowionych przez niego władz i instytucji, aż do państwowych firm wydawniczych włącznie [oda wyróżnienia w oryg. – P.Ch.]”. Godzi się w niniejszej fazie rozważań poprowadzić wyraźne rozgraniczenie: zupełnie różnym zagadnieniem jest umocowana pozornie w ideologii realność tekstów Mieroszewskiego w latach 1950–1975, a odrębnym problemem – późniejsze postrzeganie jego publicystyki. Obliczone już na popularyzowanie, aktualizowanie i lokowanie w bieżącym dyskursie, gdy staroświecka proza interpretacyjna zatraciła dawno stadium – projektowanej przez nadawców – taktyki wykonawczej.

Przeczytaj również: Pokusa omfalosa

A tej rzeczywiste tło – to przyklaskiwanie potężnym patronom. Wyolbrzymiana z pobudek roboczych niechęć „Kultury” do Polskiego Londynu (czy też wysokie napięcie konfrontacyjne) trwale zaciążyła na konstytutywnym fragmencie dziejów najnowszych. Powielana przez zastępy krajowych mędrków, których Giedroyc – umiejętnie i hojnie redystrybuując uzyskiwane apanaże – potrafił sobie wychować. „Kultura” to ledwie jedna z dróg postronnego wpływu, gdyż istotne, zdywersyfikowane kanały – RWE i Rada Polityczna, następnie centrum scementowane po „rokoszu Andersa” w 1954 roku – operowały równolegle i współzawodnicząc. Tak i dziś kult „Kultury” nie jest jedynym nurtem wpływu i oderwanym zjawiskiem.

Ale jaki był dalekosiężny cel antylondyńskiej eskalacji? Bo całościowy skutek procesu podgryzania znamy: następowała nieubłaganie degradacja mainstreamu diaspory. Okrzyknięty „państwowiec” niszczył państwo na Uchodźstwie. Stałym mechanizmem każdej emigracyjnej polityki jest ustawianie się niektórych jej przywódców (niechby tymczasowych rządców dusz) „pod powrót” do kraju w charakterze najwyższych czynników państwowych. Oparcie o przymierze z potężnym sojusznikiem, najczęściej o kraj przebywania na Wychodźstwie, o cudzoziemską siłę, sprawia wrażenie niezbędnego warunku, by móc niejako przeskoczyć miejscowych przywódców (czy to konspiracji czy insurekcji) – wiecznych konkurentów do władzy. Koncept ten powiódł Władysława Sikorskiego do spolegliwości wobec Brytyjczyków w 1941 przy sygnowaniu umowy z ambasadorem Majskim i doprowadził do zgubnego dla narodowej przyszłości zaniechania gwarancji nienaruszalności granic wschodnich RP. Wykrzesał złego początki, doprowadzając na szczęście zarazem do obnażenia ukrytej intencji, której sens jest tu referowany.

W nasilonym stopniu kontynuował posługę wobec mocarstw Stanisław Mikołajczyk, zanim nie przeszedł na pozycje ściśle wykonawcze i finalnie – bez reszty agenturalne. (Mackiewicz: „Słowa: «agent» używam w danym wypadku nie w brzmieniu połajanki, a w dosłownym. Agent jest to człowiek, który działając w pewnym otoczeniu nie jest wolny w swoich decyzjach, a uzależniony od obcego temu otoczeniu decydenta”). Zaryzykujemy hipotezę, że zbliżone rachuby kierowały założycielem Instytutu Literackiego a zaczął je wspierać ukierunkowanym działaniem od wyprawy Józefa Czapskiego do Stanów, otwarcia kies Kongresu Wolności Kultury (agencji CIA do wojny psychologicznej) i zaangażowania na stały etat – oraz wypromowania jako niby samodzielnego myśliciela – ideologicznego podwykonawcy, lojalnego i przystającego na każde warunki, zabiedzonego dziennikarskiego nałogowca, Juliusza Mieroszewskiego.

Jeśli czegokolwiek możemy zatem uczyć się od Giedroycia, i jeśli czegokolwiek jego „doktryna” władna stać się symbolem, to bez dwóch zdań – defensywnej postawy absolutnego pogodzenia się z układem sił, zaakceptowania go, i dość skutecznego podpięcia podeń swego kranika, by utoczyć bokiem ile się da środków do utrzymywania przy życiu konstruktu kulturowego zwanego polskością. Czyli prostymi słowy – za dolary wydobyte w ramach prowadzenia z werwą zleconej działalności agenturalnej i propagandowej na rzecz obcego mocarstwa – podtuczać wyszłą z drugiej wojny, zmuzułmaniałą dochadiagę, Rzeczpospolitą. Dzięki pracy Charlie’go Englisha, The CIA Book Club, The Best-Kept Secret of the Cold War (London 2025) wiemy kto w Centralnej Agencji Wywiadowczej nosił pseudonim „Beretta”. Dość niespodziewanie bowiem ujrzały światło dzienne pierwsze odtajnione dokumenty obrazujące wcale nie symboliczną gamę poparcia spec-służb dla inicjatyw Giedroycia[5].

Toteż trudno powiedzieć, że na kaskadowo dynamiczną „linię «Kultury»” i – być może – na staranne różnicowanie w decydującym stopniu wpłynął subiektywny gust polityczny i kompleksy uczuciowe jej animatorów, jak w zgoła odmiennych okolicznościach miarkował Mackiewicz. Powtórzmy: periodyczne przeskoki agendy „Kultury” moderowane były coraz to nowymi potrzebami wykazywanymi przez wpływy zewnętrzne. Londyńczyk zmarł u zarania fazy, gdy przestał być przydatny. Animowana także przy jego pomocy dywersja ideologiczna doprowadziła do ukształtowania i wyrażania w PRL takich, a nie innych nastawień. Teraz dość było je z kolei „forwardować”. Realizacja nowego etapu obróciła przeznaczenie miesięcznika, który mógł obyć się bez ideologicznego harcownika. Bez ustanku to pies machał ogonem, a nie ogon – psem. Jasna rysuje się zawsze aparatura układów jednostki ze służbami specjalnymi, niezależnie od ich jej doświadczenia i od ich koloru: likwidacja, werbunek, kontrola.

Palę Paryż?

Od 1976 roku (kontrolowana czy zwerbowana?) „Kultura” przestaje autorsko oddziaływać na kraj, a sprowadza się do roli pilnowania, nagłaśniania i uwierzytelnienia (także pośród emigracji) nurtu anty-antykomunistycznego, którego wzmocnione echo wraca dzięki niej do PRL. Lansowany Brukselczyk nie tyle nie mógł, co nigdy nie miał w perswazyjnych projektach zastąpić Londyńczyka. Dotychczasowa funkcja wszechwiedzącego narratora i super-eksperta uległa dezaktualizacji. Nie trzeba już powtarzanych truizmów windować do rozmiarów epokowych kroków. Następuje podsuwanie ich do rozpatrywania z solenną drobiazgowością, w nabożnym skupieniu przez nie dostrzegających pełnej skali, niedouczonych siłą rzeczy „krajowców”. Wyżęty Mieroszewski może odejść.

Należy podkreślić, że komuniści głosząc, iż „Kultura” idzie na pasku Amerykanów niekoniecznie nie mieli racji. Niestety! Generalna niewiarogodność strony komunikującej nie niweluje wszystkich wyrażanych opinii. Na przykład krótkoterminowe prognozy pogody w bolszewickich gazetach mówiły przeważnie prawdę. Takoż wyniki meczów futbolowych nie ulegały zazwyczaj przekłamaniu. A mobilne stadia programowe Giedroycia zazębiały się jednostajnie z faktorami wyznaczającymi chimeryczne pola relacji Stanów Zjednoczonych z Sowietami i międzynarodowym komunizmem. Wcześnie, bo w 1953 roku zauważał eufemistycznie Pragier, „poślizgnięcie się” „Kultury” podnoszącej „zawadiacko sztandar «aktywizmu» właśnie na usługach polityki «liberation»”, że jego źródła „trzeba szukać w przenikaniu pewnych czynników amerykańskich w obręb polskich ośrodków politycznych”. Ostrzegał: „Rzecz zaszła dalej niż można się było spodziewać”.

Służąca odreagowaniu procesu podporządkowania strategia ostentacyjnej megalomanii, odmowy przyznania się do błędów, poza zadufania – tak charakterystyczne dla Mieroszewskiego i „Kultury” – przetarły szlaki nowej „gnozie”. Ambonie wtajemniczenia rozumnych, sojuszu wybranych, ekskluzywnej unii nieomylnych, uosabianej przez „Tygodnik Powszechny” i „Gazetę Wyborczą” do ostatnich lat. Napuszony duch prowadzonych na kolanach badań nad prześwietlanym tu tematem stanowił zawsze element tej samej maniery a żyje nadal jako relikt dawnej atmosfery. Trzeba przyznać, że sytuacja emocjonalna wokół zjawiska „Kultury”, wokół duetu Mieroszewski–Giedroyc rysuje się identycznie, jak ćwierć wieku temu. Wciąż czekają na postawienie strategiczne pytania. Jakie wartości – w najrychlej niezbędnym kursie nauczenia się na nowo, co znaczy być Polakiem – przyniesie tradycja „Kultury”? Co dziedzictwo „Wiadomości”? A co – starcia między nimi?

Jakie piękne, nieistniejące dotąd tomy wykroimy z obu roczników (jak wiemy będą to najczęściej dzieła tych samych twórców), nie zapominając o pozostałych wygnańczych czasopismach i rękopisach? Co przyniesie w darze (mechanicznie potraktowany) „Polski Londyn”, a co „Polski Paryż”? A – najlepiej – co przyniosą krocząc razem, acz ustawione wobec siebie w stosownych proporcjach. Więc bezspornie (bo sprawiedliwie) z wielkim, stołecznym dla sprawy polskiej, „Londynem” jednak o krok naprzód, na pierwszym planie. Gdyż nigdy dość powtarzać, że nie sposób rozumieć „Kultury” inaczej, jak przez pryzmat porównawczy. Pozbawiona miary – wyrodnieje, ulega mutacji, sztucznie wyolbrzymiona przesłania światło. Nikogo obecnie nie rozgrzeszy niewiedza, niedostępność informacji, jaka doskwierała w nienaturalnych warunkach zamierzchłych lat. Tak wiele emigracyjnych źródeł publicystycznych dostępnych jest w sieci, że łatwiej wyliczyć brakujące tytuły, niż te osiągalne poprzez kilka dotknięć ekranu smartfonu. Cóż począć?

W aurze cementowania apologii „doktryny Giedroycia” jedynie decyzja zarządzającego nią od zarania i zza kulis mocodawcy przyniesie zgaszenie wynaturzonej czci. Gdy Amerykanie – z ważniejszych dla siebie powodów – rzucą ją na pożarcie, choćby nagłaśniając (co miało miejsce) powojenne kontakty „Redaktora” ze sprawcami rzezi wołyńskiej, czy odsłaniając zasięg podporządkowania (zwiastun: ustalenia Englisha). Wyłącznie taki ruch jest w mocy zachwiać rozdętym autorytetem i osłabić pochopne wykładnie, które Londyńczyk wkodował wielu Polakom. Wśród nich tę, że mamy obowiązek – nie oglądając się na własne racje – pomagać krajom ULB. Albo tę: „Powinniśmy zawsze podkreślać, że celem naszej polityki jest wyłącznie odzyskanie niepodległości a nie... zagłada Związku Sowieckiego i wyniszczenie komunizmu na wszystkich lądach ziemi. Przeciwnie, pragniemy wraz z Związkiem Sowieckim normalnych stosunków jakie winny panować pomiędzy państwami, które z sobą sąsiadują”.

Którą wybrać? Ripostę Adama Pragiera z Polityki na księżycu? – „Tylko wyparcie Rosji z jej środkowoeuropejskiego «Lebensraumu» może przywrócić podbitym narodom wolność. Narody te dziś trwają w oporze i muszą wciąż go umacniać. To wszystko – co mogą uczynić. Polska nierozerwalnie związana jest z losami całej podbitej strefy środkowoeuropejskiej. W ogóle nie istnieje jakiś samoistny konflikt polsko-sowiecki”. Upadek archaicznego mitu „Kultury”, przeświadczenia o niepowtarzalności, politycznym dziewictwie i aktualnym, niezmiennym znaczeniu jej „linii” (cokolwiek to znaczy) nastąpi dopiero wtedy, gdy zewnętrzny sponsor i permanentny nadzorca (podtrzymujący dla własnych korzyści na agitatorskiej powierzchni złudzenia Mieroszewskiego, bo nie wszystko w tej przestrzeni porusza się siłą naturalnego rozpędu) zdecyduje o zamknięciu spektaklu.

Zrobi to bez mrugnięcia okiem, by przeprowadzić w gładszy sposób bieżące ambicje – toż po coś pewien sztuczny układ przez lata podtrzymywano. Paradoksalnie przeto, nawet zarysowane wyżej wyzwolenie z cząstki mentalnych okowów okaże się wykonalne i odbędzie się w ramach naszej utwierdzonej głęboko i wielostronnie niesuwerenności. Lecz gdy się to w końcu wydarzy przyjmę postawę, którą przyrzekł Józef Mackiewicz w poczcie do Michała K. Pawlikowskiego z 1953 roku: „Jeżeli «Kultura» zacznie być teraz bojkotowana, a na to może się zanosić, będę jej szczerym adherentem, niezależnie jakie głupstwa wypisuje”. Gdyż prócz owych „głupstw” i „poślizgów”, jak zauważał i Pragier: „To pismo, świetnie redagowane, obok którego istnieje znakomite wydawnictwo książek”. Dobrze by też wreszcie bezstronnie oszacować czy dorobek ten wart jest zamieszania, czynionego ciągle przez wypuszczone Giedroyciowe dżiny.

Paweł Chojnacki

Ilustracja: Legitymacja wstępu Adama Pragiera do paryskiej Biblioteki Narodowej, 1939–1940, zbiory Biblioteki Polskiej POSK w Londynie, fot. Autor.

Przypisy:

[1] Zob. P. Chojnacki, Pan, czyli połowa Dory, „Dziennik Polski” (Kraków), 22 lipca 2021 oraz tenże, Prof. Adam Pragier – wykładowca i doctor honoris causa PUNO – jako adwersarz „Kultury” i Juliusza Mieroszewskiego [Referat przedstawiony podczas konferencji Rycerze wolności. PUNO i polscy naukowcy w Wielkiej Brytanii, Uniwersytet Jagielloński 2 grudnia 2011]; tenże, Londyn żywy: Adam Pragier. Czas przeszły dokonany, "Dziennik Polski" (Kraków), 3 lutego 2023: https://plus.dziennikpolski24.pl/londyn-zywy-niezlomni-emigranci-strzelajacy-z-pior-adam-pragier-czas-przeszly-dokonany-ipn-i-gazeta-krakowska-prezentuja/ar/c1-17255905 .

[2] Zob. Pary literacie emigracji. Adam Pragier i Stefania Zahorska, „Trójka literacka” w III Programie PR, 3 kwietnia 2022, z P. Chojnackim rozmawia M. Złotnicka.

[3] Zob.: P. Chojnacki, „Za waszą i naszą…” albo „bić się, czy nie bić?”. Stosunek emigracji do walki zbrojnej o niepodległość jako wyraz przemian w istocie polskości po 1945 roku. Kazus wojny koreańskiej, w: Polskość – dziesięć wieków definiowania narodu, red. M. Gniadek-Zieliński, t. 4, s. 309–343.

[4] Zob. P. Chojnacki, Orfeusz w czyśćcu XXI wieku. Część I. „Wydawnictwo Podziemne”, 29 sierpnia 2025.

[5] Zob.: M. Bąkowski, Miałam CIA biblioteczkę, „Wydawnictwo Podziemne”, 11 lipca 2025.

 

Wszystkie artykuły w „Teologii Politycznej Co Tydzień” [538]:  „Kazimierz I. Restytucja politycznego ładu”