Trzeba przyznać, że jako widowisko filmowe „Odyseja” nie zawodzi. Nolan to wciąż reżyserski fachura. Nierówny, ale jednak. Fabuła zredukowana zostaje do węzłowych wydarzeń, przez co dostajemy trzymające w napięciu, ważne sceny niejako jedna po drugiej, zmontowane tak, że widzimy ich istotę wizualną i treściową – pisze Piotr Kletowski.
Burza nad filmową wizją Odysei Homera rozpętała się na całego. Film, jak (nie przymierzając) okręt Odysa, manewruje między Scyllą przesadnego uwielbienia, a Charybdą totalnego odrzucenia. Czy więc warto wybrać się na historyczną superprodukcję twórcy Prestiżu, czy lepiej zostać w domu i zagłębić się choćby w nowym tłumaczeniu homeryckiego arcydzieła, dokonanego przez Antoniego Liberę? (Ja jednak wciąż wracam do nieśmiertelnego Parandowskiego i jego różowopalczastej jutrzenki…)
A zatem – do rzeczy. Wizja Nolana w swych twórczych założeniach przypomina, ni mniej, ni więcej, podejście Piera Paolo Pasoliniego do tematyki mitycznej. Bliska była ona włoskiemu reżyserowi przez całe twórcze życie, a zwłaszcza w drugiej jego połowie, kiedy złożony chorobą wrzodową, przetłumaczył na współczesny włoski język klasyczne dramaty antyczne Ajschylosa, celem przeniesienia ich na teatralne deski i filmowy ekran. W greckich mitach, takich jak mit Edypa, Medei, czy Orestesa, twórca Accattone odnalazł portret człowieka współczesnego, poszukującego swej tożsamości, znajdującego się na rozdrożu egzystencjalnych dróg; zagubionego w czasach wielkiego pomieszania idei, religii, filozoficznych drogowskazów. Ale to właśnie mit, powrót do tego, co pierwotne, do najważniejszych pytań w dziejach zachodniej cywilizacji, był dla Pasoliniego azymutem wskazującym wyjście z kryzysu, tak jednostek, jak i społeczeństw. Nie chodziło tu wcale o same odpowiedzi, chodziło przede wszystkim o powrót do zadawania właściwych pytań. Dodajmy: pytań, jak się zdaje, najprostszych: kim jestem?, jaka jest moja przeszłość, która mnie ukształtowała?, jaka będzie moja nierozpoznana (na razie) przyszłość? Pasolini pożenił w swych mitycznych filmach przestrzeń mitu z przestrzenią współczesną, każąc np. w Teoremacie (1968) wcieleniu Dionizosa wejść w intymną relację z rodziną współczesnego, mediolańskiego fabrykanta, umożliwiając jej niespodziewany kontakt z sacrum (rozumianym w sposób bardziej antyczny niż chrześcijański, choć przebudzenie duchowe pani domu powiodło ją ostatecznie na drewniany klęcznik pustego kościoła). A w historii Króla Edypa i skrzywdzonej czarodziejki Medei, również przeniesionych na ekran, odnalazł wyraźne autobiograficzne paralele.
Nolan, podobnie jak Pasolini w swych mitycznych filmach, odczytuje Homera z punktu widzenia i z wiedzą człowieka współczesnego, odnajdując paralele między upadającą cywilizacją zachodnią XXI wieku a końcem epoki brązu, kiedy rozgrywa się Odyseja. A więc Odyseusz-Nasz-Współczesny jest zgorzkniałym weteranem spod Troi, który nieświadomie doprowadził do rzezi niewinnych, przez co uważa, że zniszczył świat, który budował (w tym, w pewnym sensie, swój dom w Itace). Stąd dramatyczna decyzja o zaniechaniu powrotu spod Troi i podjęciu ekspiacyjnej wędrówki po nieznanych morzach (która to wędrówka ukazana jest jako pasmo nie tyle fantastycznych przygód, jak u Homera, co dramatycznych, krwawych wydarzeń, które są niejako zasłużoną karą dla Achajów – ściślej dla mężczyzn, pacyfikatorów Troi. Czarodziejka Kirke zamienia nawet drużynę Odyseusza w świnie, by, jak sama mówi, zrzucić ich fałszywą ludzką powłokę). Szczęśliwie Nolan oszczędza samego Odyseusza, który nie zatraca swej szlachetności i mądrości (choć także niewolny jest od męskich przywar, np. mściwości, która sprowadza nań kłopoty). W efekcie podobnie jak u Pasoliniego, mamy tutaj rodzaj paraboli: Odys symbolizuje Cywilizację (u Homera u zarania dziejów, u Nolana dziś, czyli – jak chcą niektórzy – u końca cywilizacji), budowaną na przemocy, która teraz odzyskuje niejako rozsądek i postanawia się zresetować, niejako do ustawień fabrycznych, dokładnie jak sam bohater, w finale filmu podejmujący kolejną podróż w nieznane.
Oczywiście można taką wizję odrzucić, co robią konserwatywni odbiorcy filmu, czepiając się przede wszystkim czarnoskórej Heleny, stanowiącej niejako symbol Nolanowskiego odczytania, reprezentującej wszystkie mniejszości trzymane pod męskim butem od starożytności do dziś – co, dodajmy, oczywiście jest dużym uogólnieniem, wszak inne rasy też uciskały, ale tutaj, zgodnie z zaleceniami wokeizmu, nikt nie roztrząsa takich subtelności. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że wizja ta przeprowadzona jest konsekwentnie i od strony ideowo-merytorycznej całość trzyma się kupy.
Problem z tym filmem polega jednak na tym, że Nolan nie ufa zbytnio swym widzom i żeby warstwa symboliczna była czytelna, wprowadza właśnie owe elementy współczesnego świata do rzeczywistości starożytnej (frazy w stylu: „dziesięć lat na tej pieprzonej plaży”, które wykrzykuje Odyseusz; przekleństwa pojawiające się w ustach bohaterów itd.), co jest po prostu śmieszne i burzy umiejętnie budowaną iluzję świata starożytnego (nawet jeśli miejscami jest ona bardziej wyobrażeniem czasów archaicznych, niż ich historycznym odtworzeniem). Pasolini, który również posługiwał się umownością i dowolnością w konstruowaniu świata mitycznego (zgodnie z wytycznymi antropologii strukturalnej, której był uważnym czytelnikiem, konstruował ów świat z artefaktów, reprezentujących kultury całego świata, ale w ich archaicznym wymiarze), i ostatecznie sprzęgając świat mitu i współczesności, nigdy nie posunął się do takiej profanacji, raczej wprowadzając postaci mityczne do współczesności, jak w słynnym, „współczesnym” zakończeniu Króla Edypa (1967), gdzie oślepiony Edyp przechodzi z ulic starożytnych Teb na ulicę współczesnej Bolonii. No ale wiadomo, toutes proportions gardées...
Warto jednak wspomnieć w tym miejscu, że Nolan dość ciekawie potraktował w swym filmie sferę deistyczną, nie rezygnując z niej całkowicie (jak miało to miejsce choćby w Troi Wolfganga Petersena z 2004 r.), ale pozostawiając ją w sferze subiektywnych doświadczeń bohaterów (Atena, która pojawia się w widzeniach Odyseusza, jest reminiscencją niewinnej dziewczynki, zamordowanej przez siepaczy Agamemnona w Troi, stając się personifikacją wyrzutów sumienia samego bohatera). Takie rozwiązanie jest, rzecz jasna, również po linii współczesnych wolnomyślicieli, ale przynajmniej reżyser jakoś szanuje duchową wrażliwość starożytnych (i nie tylko), w której Ci byli całkowicie zanurzeni (jak uczył klasyk Eliade, człowiek starożytności był w pełni homo sacer, a jego bliskość wobec Absolutu miała niekiedy wymiar niemalże cielesno-dotykalny).
Nie czepiałbym się zbytnio kwestii wierności literze homeryckiego pierwowzoru, bo wiadomo, że powieści wierność musi okazywać jedynie zecer, a większość naprawdę dobrych adaptacji literatury to mniej lub bardziej autorskie odczytania literackiego pierwowzoru. I pewnie nie dałoby się utrzymać warstwy językowej Odysei w materiale filmowym przenoszonym na ekran (choć naszemu Wajdzie udał się ten trick, kiedy przenosił na ekran Pana Tadeusza w 1999 roku), ale żal, że wszystko jest tu jednak grubo uproszczone, a tym samym pobawione swego drugiego, symbolicznego dna. Weźmy choćby wspaniałą wizualnie, a jednak okrojoną z bogactwa znaczeniowego, scenę spotkania Odysa i jego drużyny z cyklopem Polifemem, który wdaje się w dysputę z uwięzionym Odysem, który przedstawia mu się fałszywym imieniem „Nikt”. I kiedy oślepiony Polifem, wezwawszy swych braci, zapytany jest, kto go okaleczył, odpowiada, że nikt. Ta piękna scena odczytywana jest dziś jako alegoria współczesnego człowieka, który pozbawiony jest umiejętności percepcji świata, głównie medialnego, za pomocą oczu. Nie masz oka/oczu, aby partycypować w wirtualnym świecie, a więc jesteś nikim. Nolan – uważny czytelnik Homera (i jego współczesnych egzegetów) – upraszcza znacznie to literackie wydarzenie. Mamy wprawdzie dość inteligentną odpowiedź Odyseusza na pytanie jednego ze swych wojów, dlaczego nie pertraktuje z cyklopem („Negocjowałbyś z mrówką?”), ale cały wątek z „Nikim”, pozostaje jedynie na kartach homeryckiego eposu. Przykłady można by było mnożyć, ale wiadomo, że film dopuszcza się wobec adaptowanego materiału tzw. „twórczej zdrady”, wyciągając z niego często to, co rzeczywiście ważne. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, i wyrzucenie zbyt dużej ich ilości powoduje zubożenie warstwy znaczeniowej, która ostatecznie znajduje swoje miejsce na dużym ekranie. I tak rzecz się ma z filmem Nolana, który mimo wszystko pomija zbyt wiele, by zostawić to, co według reżysera najistotniejsze – co, jakby tego było mało, stanowi autorską interpretację.
Skoro jesteśmy przy pomijaniu – szkoda, że Nolan jest reżyserem purytańskim, który unika erotyki i seksualności w swych filmach jak ognia. A przydałoby się właśnie, by uzmysłowić opowieść o Odyseuszu, pokazać, dlaczego Odyseusz był w słodkiej niewoli u czarodziejki Kirke aż siedem lat. Zapewne nie z powodu liści lotosu, które podawała mu ta niezwykła istota (zresztą w filmie grana przez piękną Charlize Theron). O krainie Lotofagów już nie wspomnę. I nie piszę tego, bo jestem jakimś przesadnym miłośnikiem rozerotyzowanego kina, zwłaszcza tam, gdzie nie jest ono konieczne. Ale świat grecki nie był tylko światem odoru śmierci, jaki wieje z filmu Nolana, był również światem zmysłowego zapachu kobiecego ciała nacieranego olejem z oliwek, do którego również tęsknił Król Itaki wspominający swoją wierną małżonkę.
Pomijając jednak kwestie znaczeniowe, trzeba ostatecznie przyznać, że jako widowisko filmowe Odyseja jednak nie zawodzi. Nolan to wciąż reżyserski fachura. Nierówny, ale jednak. Jest tu świetnie poprowadzona narracja. Fabuła zredukowana zostaje do węzłowych wydarzeń, przez co dostajemy trzymające w napięciu, ważne sceny niejako jedna po drugiej, zmontowane tak, że widzimy ich istotę wizualną i treściową (dlatego, kiedy wyszedłem na chwilę z sali kinowej, uciekła mi, podobno bardzo widowiskowa, scena z Syrenami – dodatkowo zgodna z homeryckim przekazem). A, dodajmy, tych niesamowitych scen jest rzeczywiście sporo w dziele Nolana, Choćby ta, wspomniana już, w jaskini Polifema, czy wprost porywająca rozprawa Odysa z zalotnikami, efektownie zamykająca cały film (zresztą na tej jednej scenie oparto dość ciekawy film Powrót Odyseusza z 2024, w reżyserii Umberto Pasoliniego – niespokrewnionego z Pier Paolo Pasolinim – z Ralphem Fiennesem i Juliette Binoche w rolach Odysa i Penelopy, i wydaje mi się, że Nolan dość dokładnie obejrzał film Pasoliniego przed realizacją swojego).
Jednakowoż znów całość psują pomyłki obsadowe. O ile Matt Damon broni się nawet (choć w sumie powtarza tu rolę Kirka Douglasa z hollywoodzko-włoskiej filmowej Odysei – zatytułowanej Ulisses – w reżyserii Mario Cameriniego z 1954 roku, choć bez męskiego sznytu Wielkiego Kirka), to już Anne Hathaway w roli Penelopy znacząco rozczarowuje. A John Leguizamo jako wierny ślepy sługa-świniopas Eumajos jest jakby wyjęty z komedii Mela Brooksa (zresztą nie on jeden – wzbudzający zachwyt internautów Vader-Agamemnon – Benny Safdie – też daje radę). Natomiast trzeba pochwalić Toma Hollanda jako Telemacha i (aż sam się dziwię, że to piszę) Roberta Pattinsona jako wrednego przywódcę zalotników – Antinousa. To naprawdę świetne role, które udowadniają, że ci idole młodzieży, to również bardzo dobrzy aktorzy.
Jeśli jesteśmy już przy pochwałach, to piękne, oleodrukowe zdjęcia stałego współpracownika Nolana – Hoyte van Hoytema – oraz nawiązujące do muzycznej kultury Greków kompozycje Ludwiga Göranssona – mówiąc slangiem filmowych praktyków „robią robotę”, przypominając miejscami filmowe rozwiązania, znane z dzieł absolutnego idola twórcy Odysei – Stanleya Kubricka (zwłaszcza Barry’ego Lyndona, 1975), który, jak wiadomo, również stworzył własną wizję homeryckiego eposu, tyle tylko, że w kosmosie (słynną 2001: Odyseję kosmiczną, 1968), zresztą uznawaną za kongenialne przepisanie starożytnego arcydzieła.
Reasumując, dobrze się stało, że Nolan zrobił film wg Homera, dzięki czemu miliony widzów będą mogły przypomnieć sobie o istnieniu homeryckiego eposu. Ale dla bardziej wyrobionego widza może być to propozycja rzucająca wyzwanie jego odbiorczym przyzwyczajeniom. Ostatecznie jednak do kina warto się wybrać, zwłaszcza że nic równie godziwego, w temacie hollywoodzkich (niegłupich jednak) blockbusterów w te wakacje raczej nie zobaczymy (chyba że kolejnego Spidermana – zresztą z gwiazdami Odysei: Zendayą i Tomem Hollandem w roli głównej). Niemniej dla wszystkich, którzy chcieliby obejrzeć naprawdę godziwą adaptację Odysei, odsyłam do dwóch telewizyjnych wersji homeryckiego eposu. Barwnej, pełnej pomysłowych efektów specjalnych wersji Andrieja Konczałowskiego z 1997 r., z Armandem Assante w roli Króla Itaki (bardzo wiernej, choćby w sposobie przedstawienia współwystępowania świata ludzi i bogów). A przede wszystkim do włoskiego serialu z 1968 r. (zrealizowanego na fali popularności hollywoodzkich filmów sandałowych, realizowanych w Europie, ale i obrazów Pasolinego), w reżyserii Franco Rossiego i Mario Bavy (odpowiadał za efekty specjalne), z Bekinem Fehmiu jako Odysem i Irini Papas jako Penelopą (całość jest do obejrzenia, z angielskimi napisami na YouTube). Serial zrealizowany stylowo, zgodnie z konwencją, a czy nie z odniesieniami do współczesności? A i owszem, ale bez niepotrzebnych, bezpośrednich wycieczek do XX wieku...
I bez żadnego „f*** off” w ścieżce dźwiękowej.
Piotr Kletowski