Wyznawał religię miłości i ufał – podobnie jak Tołstoj – że może ona zapanować na świecie dzięki dobrej woli każdego człowieka, gdy postanowi on żyć miłością i pragnieniem dobra dla drugiego. Duszę, a przez to i życie człowieka może zmienić tylko miłość społeczna, to ona ma siłę znieść egoizm będący źródłem nieszczęść i sprawić, że zapanuje szczęśliwość i radość – pisała o Stanisławie Witkiewiczu Natalia Budzyńska. Fragment jej książki publikujemy w „Teologii Politycznej co Tydzień”: „Witkiewicz. Projekt: odrodzenie”.
„Oczywista rzecz zaczytuję się Zmartwychwstaniem Tołstoja. Jest to testament cudownego starca – i jaki testament! Tołstoj jest to jedyny chrześcijanin w dzisiejszym świecie ludzi warstw możnych. U nas ludzie najbliżej stojący tego kresu myśli, jak np. brat Albert, nie mogą wskutek swoich pojęć dogmatycznych uznać całej wielkości i wzniosłości Tołstoja. Ale przyszłość należy do niego, w tych czasach upodlenia obcowanie z taką duszą jest radością i ukojeniem”[1] – pisał Witkiewicz do Mery latem 1900 roku. Na lekturę Tołstoja nałożyła się edukacja małego Stasia, a konkretnie nauka katechizmu, który dziecko musiało znać, aby zdać egzamin do pierwszej klasy szkoły realnej. Nie był to oczywiście jedyny przedmiot, lecz akurat z tym miał największe problemy. Ojciec komentował: „Uczy się biedactwo szkolnej sieczki. W pewnych kierunkach robi postępy – ale katechizm idzie mu trudno. Bo też równie czegoś głupiego jak tutejszy katechizm świat nie widział”[2]. Kilka lat wcześniej radził siostrze: „Mój Merowiczu! Cała mądrość, cała filozofia życia – to tylko dobroć. Przeczytaj Tołstoja: Czym ludzie żyją – cudne i to treść życia – dobra treść życia w tym się mieści”[3]. Nowelkę tę Tołstoj napisał, korzystając z gawędy ludowego opowiadacza Wasyla Szewielewa, i bardzo możliwe, że zainspirował tym Witkiewicza do uważniejszego słuchania Sabałowych historii, a nawet ich spisywania.
Nowelka Tołstoja, a raczej rosyjskie podanie ludowe, mówi w skrócie o tym, że sądy Boże są sprawiedliwe, choć dla człowieka niepojęte, a najważniejsza jest miłość bliźniego. Biorąc od rosyjskiego pisarza ten pomysł, Witkiewicz napisał kilka opowiadań gwarą o podobnym moralno-obyczajowym wydźwięku: od Sabałowej bajki po Wojtka Gandarę, Jędrka Cajkę i Zośkę Galicką. Postaci z ludu Podhala staną się nośnikami filozoficznych poglądów autora, tak jak kultura rosyjskiej wsi była dla Tołstoja skarbcem przypowieści o życiu, i to życiu duchowym. W ludzie Witkiewicz, podobnie jak Tołstoj, widział pewne wartości moralne, które mogłyby się złożyć na wzorzec szczerej religijności. We wstępie do drugiego wydania Na przełęczy zatytułowanym Po latach pisał:
„Religia jest najwyższą sferą umysłową, do jakiej sięga dusza ludu, byłaby ona potężną i rozstrzygającą siłą wychowawczą, gdyby ożywił ją wielki duch czystego chrześcijaństwa […]. Pomiędzy osiadłymi tu rozmaitymi odmianami ludzi, należących do organizacji kościelnej, najbliższymi rzeczywistego chrześcijaństwa są bracia III Zakonu św. Franciszka, »posługujący ubogim«, powołani do życia, bodaj pierwszy raz w Polsce w tej formie, przez brata Alberta. Ci ubodzy i posługujący ubogim, cisi, pobożni i pracowici ludzie mają tu klasztorek, uczepiony na lesistych zboczach krokwi, klasztorek, w którym wycieńczeni służbą w przytułkach miejskich, przychodzą odpoczywać, modląc się i pracując.
– Kaby syćka ludzie byli tacy, nie trza by było nijakik socjalistyk, w śrybnyk butak by chodzili i sytkiego mieli po gardło – mówi Góral, zdumiony ich pracowitością. Ale ich życie jest czymś więcej niż pracą – jest miłością”[4].
Opowiadania, o których mowa powyżej, napisał Witkiewicz, korzystając z prawdziwych wydarzeń, każdemu nadał franciszkańską wymowę, opublikował je dopiero w 1907 roku w zbiorze Z Tatr. Zamieścił w nim także swój przekład nowelki Tołstoja (Cem ludzie zyjom[5]), nad którym pracował znacznie wcześniej. Pod wieloma względami zgadzał się z rosyjskim pisarzem i myślicielem w poglądach na religię: obaj nie uznawali dogmatów, obaj wierzyli w dobre intencje ludzkiego ducha, które ulegają wypaczeniu podporządkowane instytucjom państwowym i kościelnym, obaj utożsamiali wiarę z etyką i obaj uważali, że da się zbudować raj na ziemi, i to tylko siłą ludzkiej miłości bliźniego, poprzez zastosowanie pedagogiki miłości. W katechizmie Witkiewicza nie było miejsca na Boga, bo nie znał Boga kochającego, tylko wymagającego, byt abstrakcyjny, a Chrystus stanowił jedynie przykład największej miłości, do jakiej – według Witkiewicza – zdolny był każdy człowiek. Wyznawał religię miłości i ufał – podobnie jak Tołstoj – że może ona zapanować na świecie dzięki dobrej woli każdego człowieka, gdy postanowi on żyć miłością i pragnieniem dobra dla drugiego. Duszę, a przez to i życie człowieka może zmienić tylko miłość społeczna, to ona ma siłę znieść egoizm będący źródłem nieszczęść i sprawić, że zapanuje szczęśliwość i radość.
Rozdźwięk, jaki Stach widział między swoją wizją chrześcijaństwa a tym, co – ubrane w regułki i dogmaty – podawał mu Kościół, spowodował, że kilka lat później rozprawił się z tym w artykule Chrześcijaństwo a katechizm (1903). Przyjrzał się katechizmowym definicjom pojęć wszechmocy Boga, wolnej woli, chwały Bożej w stworzonym przez Niego świecie, grzechu pierworodnego i odkupienia, poddał je krytyce i podsumował: „Człowiek jest więc zły, ponieważ Bóg go chciał mieć takim – oto do czego prowadzi nauka katechizmu”. Chyba że przyjmie się naukę o łasce, którą katechizm proponuje, tyle że to właśnie było dla Witkiewicza nie do przyjęcia. Jak to, pyta Witkiewicz, człowiek karany jest za zło, które czyni, a jeśli czyni dobro, to tylko dlatego, że pomógł mu w tym Bóg? I to On ma decydować, czy tej łaski udzieli? Myśląc logicznie, nie mógł odpowiedzieć na tego rodzaju wątpliwości, nie przyjmował prawdy o „Bogu nie z tego świata”. W gruncie rzeczy nie chodziło mu w tym artykule o walkę z Bogiem czy religią. Występował przeciwko nauczaniu religii według systemu szkolnego, przeciwko bezmyślnemu wkuwaniu katechizmu, co według niego zabijało duszę. „Rysunek geometryczny, uzębienie psów, dopływy rzeki Apure, Bóg w trójcy jedyny, łaska poświęcająca, koniunkcja słów nieforemnych, równanie krzywych drugiego stopnia, świętych obcowanie, o grzechu w ogólności, przemiany owadów, cnoty boskie, maszyna Wintera, żołądki zwierząt przeżuwających… Wszystko to układa się w jakąś potworną hydrę, która tysiącem żądeł i pazurów przez ośm lat szarpie życie dziecka. Walczyć z tą hydrą, wydobyć się z jej szponów za wszelką cenę, siłą czy podstępem, albo jak ów uczeń z piątej klasy strzelić sobie w łeb z obrzydzenia do egzaminu i z poniżenia, w jakie wtrąciły go niewiara i palenie papierosów, oto system szkolny, w którym nauka religii pod przymusem doprowadza dziecko w pięć lat po wstąpieniu do szkoły do zupełnej niewiary”[6]. Chciał przez to powiedzieć rzecz oczywistą: wiary nikt nie nauczy się w szkole, wkuwając na pamięć jej prawdy. Wiara – twierdził Witkiewicz – to sprawa uczucia. Bohaterów jego góralskich nowel „zbawiło” uczucie miłości i dokonany przez nich wybór. Nie brał nigdy pod uwagę tego, że do decyzji mogła ich uzdolnić jakaś siła wyższa, na przykład Bóg.
Natalia Budzyńska
Fragment książki Natalii Budzyńskiej Witkiewicz, ojciec Witkacego (Wydawnictwo Znak, Kraków 2022, s. 296–300). Publikujemy za uprzejmą zgodą Wydawnictwa. Książka dostępna do zakupu w Księgarni Znak: https://www.znak.com.pl/p/witkiewicz-ojciec-witkacego-natalia-budzynska-165901
Przypisy:
[1] List z lutego 1885, IS PAN s. 24 k. 931.
[2] List z marca/kwietnia 1885, IS PAN s. 24 k. 935.
[3] Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, dz. cyt., s. 359.
[4] List niedatowany, IS PAN s. 24 k. 988.
[5] List z listopada 1886, MT AR/W/16, k. 88.
[6] List z 29 lutego 1888, IS PAN s. 24 k. 994.