Polskość nie ma jednej twarzy, bo też wiele twarzy mają wszystkie narodowości. Ów pluralizm polskich twarzy perfekcyjnie pokazali przed pół wiekiem twórcy niezapomnianej krakowskiej wystawy sztuki pt. „Polaków portret własny”, która była godnym pamięci znakiem czasu, tuż przed narodzinami „Solidarności”.
Tutaj leży właśnie sedno fundamentalnej pomyłki naszych mesjanistycznych wieszczów, przede wszystkim Krasińskiego, święcie wierzącego w to, iż w porządku ostatecznym zbawienie narodów będzie poprzedzać zbawienie człowieka. A na drugim krańcu mamy w gruncie rzeczy tę samą pomyłkę ideologii endeckiej, z jej filozoficznym założeniem o substancjalności narodu, a w konsekwencji przesądem o autonomii systemu „etyki narodowej”, której zasady mają rzekomo być inne niźli w zwykłej etyce, a „polskie obowiązki” nie mieć wiele wspólnego z „obowiązkami ludzkimi”.
Jednorodne twarze narodów występują chyba tylko w tzw. „narodowych stereotypach”, które nie tyle kłamią o narodowościach, co obnażają raczej statystycznie typowe postawy, uwarunkowane przez kulturę i historię. Tylko w tym sensie można się zgodzić, że np. Francuz jest arogancki i rozwiązły, Niemiec praktyczny i posłuszny władzy, zaś Ukrainiec junacki i hardy. Pamiętam, jak paręnaście lat temu młodzi inteligenci z Klubu Jagiellońskiego postawili sobie ambitny myślowy cel, aby stworzyć sui generis fenomenologię polskości, identyfikując i opisując to, co nazwali „Polską ejdetyczną”. Dyskusje i teksty napisane naonczas są ciekawe do dziś dnia, ale tamta fenomenologia polskości się jednak nie udała, skoro badanie ejdetyczne skończyło się odkryciem, iż polskość równa się… zamiłowaniu do wolności. Co by nie powiedzieć, to na przykład amerykańskość albo irlandzkość również.
Na przekór zatem klasyfikacjom językowym polskość nie jest logicznym pojęciem, ani platońską ideą, ale dziejącym się strumieniem historii, kultury i wspólnego losu, w którym uczestniczymy. Można by nawet powiedzieć, że sednem polskości jest właśnie owo uczestnictwo, jakiś wariant quasi-platońskiej methexis, definiujący sposób, w jaki każdy z nas i każdy na swoją miarę uczestniczy w tym strumieniu. Tyle tylko, że wiadomo (od czasu krytyki z I księgi „Metafizyki”), iż methexis to bardziej poetycka metafora mająca rozjaśniać świat, niźli klarowne pojęcie poddające się rozumowi; i nawet sam Platon na starość uczciwie przyznał, że ma z tym terminem logiczny kłopot. Ciekawy w tej mierze jest prosty, choć zawężający koncept owego uczestnictwa, jaki jeszcze w czasach przedpapieskich przedstawił Karol Wojtyła (w swej głównej pracy filozoficznej): otóż sednem wspólnotowej methexis ma być czyn, a więc wspólne z innymi ludźmi działanie. Wspólne działanie wymaga obecności innych ludzi oraz naturalnej odmienności twarzy i poglądów, ale jego podmiotem nigdy nie jest ani naród, ani żaden kolektyw. Wojtyła pisał z naciskiem:
Właściwym substancjalnym podmiotem bytowania i działania, również gdy realizuje się ono wspólnie z innymi, jest zawsze człowiek – osoba [„Osoba i czyn”, s. 317, Lublin 1994].
Myślenie Jana Pawła II eliminowało zatem zarówno pomyłkę narodowego mesjanizmu, jak i endeckiego nacjonalizmu, i to już na podstawowym poziomie metafizyki. Nawiasem mówiąc, zawsze ciekawiła mnie zbieżność w traktowaniu działania osoby, jako sensu uczestnictwa w narodzie, wspólnocie, czy w ogóle w polityce, tak wyraźna pomiędzy polskim papieżem Wojtyłą i żydowską liberałką – Hannah Arendt. Przyznam się, że na własny użytek stworzyłem sobie nawet prywatne kryterium prawdy ab auctoritatem, wedle którego, jeśli w spojrzeniu na człowieka i politykę pogląd Wojtyły i Arendt jest podobny, to przyjmuję domniemanie, że jest on prawdziwy.
Niepokoiła mnie zawsze – i tak zostało do tej pory – myśl starego Norwida, wedle której uczestnictwo w polskości (czy generalnie, w jakiejkolwiek narodowości) nie jest ludzką mocą, ale słabością, więc wymaga postawy czułego miłosierdzia, a nie klarownej sprawiedliwości. Piszę świadomie – „starego Norwida”, bo wiadomo, że ten poeta myślał o świecie na sposób niesystemowy, a jego myśli z różnych okresów na ten sam temat nie układają się w spójną całość. W każdym razie tę myśl Norwid sformułował mocno i jednoznacznie w liście do Ludwika Nabielaka – swojego mecenasa i belwederczyka, napisanym kilka miesięcy przed śmiercią, w roku 1882 (to ten sam list, z którego najczęściej przywoływane bywają słowa przeciwstawiające się „bałwochwalczemu” kultowi Mickiewicza). Norwid pisał:
Albowiem narodowości są to nie moce, lecz słabości, które raczej trzeba nauczyć się znosić w Miłosierdziu, nie zaś odnosić do Sprawiedliwości (…) Zaprawdę, iż odniesione do Sprawiedliwości roztopią się wszystkie w jej słońcu, i zniszczeją, i miejsca ich nie będzie.
Jest jasne, że Norwid jest jednym z nielicznych w polskiej tradycji literackiej chrześcijańskim uniwersalistą, politycznym pobratymcem Dantego:
Naród mię żaden nie zbawił ni stworzył;
Wieczność pamiętam przed wiekiem;
Klucz Dawidowy usta mi otworzył,
Rzym nazwał człekiem
(to z „Mojej ojczyzny”, napisanej przeszło dwie dekady wcześniej). Ale prawdę mówiąc, to wyjaśnienie zdaje mi się niedostateczne dla tak mocnego sądu na temat narodowości. Stary, 61-letni Norwid, być może pod wpływem zdarzeń powstania styczniowego albo wojny francusko-pruskiej, musiał chyba nabrać przekonania, że jest więcej szans na to, aby narodowa methexis zniszczyła współczesnego człowieka, aniżeli go uwzniośliła, oraz osłabiła wspólnotę, miast przydać jej mocy. Dopiero przy takim rozumieniu sensu nabierają cnoty Sprawiedliwości i Miłosierdzia (pisane z dużych liter), z których pierwsza, odpłacając narodowościom za to, co zrobiły z człowiekiem, roztopiłaby narody w swoim słońcu, zaś tylko Miłosierdzie może je ocalić, skoro są człowiekowi tak potrzebne w ziemskim życiu. Trzeba więc czułego miłosierdzia, nie tylko w stosunku do obcych narodów, kiedy obserwujemy czynione przez nie zło pod wpływem kolektywnego narodowego amoku; ale trzeba jeszcze bardziej miłosierdzia względem własnego narodu, żeby czasem nie poczuć się obco i samotnie, widząc jak swoi narodowe uczestnictwo przekształcają w zaślepienie, atrofię myślenia politycznego, kolektywną pogardę. Tylko przez „znoszenie w Miłosierdziu” można wtedy ocalić własne bezcenne poczucie uczestnictwa.
Myślę ostatnio intensywnie o tym wszystkim, bo objawiająca się teraz twarz polskości znów uwydatnia polską słabość, a nie moc, moralną i polityczną. A widzę to tym jaśniej, że miałem pokoleniowe szczęście oglądać z bliska, i to nawet przez obserwację uczestniczącą, tę twarz polskości, jaką ukształtowała „Solidarność”. Twarz, kto wie, czy nie najpiękniejszą w historii, zapatrzoną i zasłuchaną w głoszoną przez Jana Pawła II ideę osobowego szlachetnego czynu, podejmowanego wespół z innymi w imię polskości. A zarazem twarz pełną mocy, zdolną naprawdę, jak nigdy w polskich dziejach, zawrotnie przeobrazić nie tylko własny kraj, ale i świat. Więc kontrast jest uderzający, gdy patrzę i męczę się z tym wewnętrznie, jak Polska, która jeszcze niedawno zdawała mi się potencjalnym architektem nowego porządku na wschodzie Europy, traci znaczenie i sama staje się kłopotem, który inni gracze starają się omijać, niczym zgniłe jajko. Jak Polska, która przełamywała – już prawie definitywnie – dziejowe przekleństwo swego położenia, teraz ze swych nowych, silnych, bitnych i bezcennych na przyszłość sojuszników i sąsiadów bezmyślnie znów czyni śmiertelnych wrogów. Jak Polska, przez gwałtowny wybuch naszej etno-polskości, staje się słabsza, gorzej rządzona i mniej bezpieczna, co ostatnio publicznie przyznają bez skrupułów – cóż za paradoks! – obaj, od lat bijący się ze sobą o władzę partyjni przywódcy. Patrzę na to i szukam uniwersalistycznego pocieszenia w Norwidzie:
Ojczyzna moja n i e s t ą d wstawa czołem;
Ja ciałem zza Eufratu,
A duchem sponad Chaosu się wziąłem:
Czynsz płacę światu.
Tylko czynsz, bo nie jestem stąd.
Jan Rokita
fot. Alex Kuhn / ArtService / Forum