Owce wełniste

Grand Tour Poland z udziałem polityków – to lepsze od Morskiego Oka, bursztynów i żubrów w Białowieży.

Dopiero kilka dni temu zaiskrzenie algorytmów spowodowało, że osoby nie zajmujące się na co dzień branżą turystyczną usłyszały o spółce History Explorer. Firma ta, dzieląca adres (przy placu Kaszubskim w Gdyni) i osobę właściciela z Archeological Paths Sp. z o.o., okazuje się być organizatorką nie tylko głośnego, długiego, biletowanego tournée Lecha Wałęsy po Stanach Zjednoczonych (rozpoczęte pod koniec sierpnia, trwać ma do końca października), lecz również nowej, niepowtarzalnej oferty: Poland Grand Tour

Już sam termin „Grand Tour” budzi wzruszenie u każdego, kto przygotowywał się do egzaminu z dziejów XVIII wieku z podręcznikiem profesora Emanuela Roztworowskiego: miło łechce poczucie dumy narodowej myśl, że w miejsce podróży po krajach włoskich, Niderlandach i Paryżu świat udaje się dziś do Wilanowa, Malborka i Biskupina. Duma ta rośnie jeszcze, gdy dowiadujemy się o trojgu współgospodarzy tego itinerarium. W programie Grand Tour są oni co prawda określeni mianem „Special Guests”, w rzeczywistości jednak spotkać się z nimi można w bliskich im wnętrzach, niejako pod ich skrzydłami: w Europejskim Centrum Solidarności grupę uczestników gotów jest przyjąć Lech Wałęsa. W warszawskiej restauracji „U Fukiera” przybyszów podejmie pani Magdalena Gessler, która odpowiadać też ma za wszystkie rozkosze podniebienia czekające ich na szlaku przez Polskę. Wszystkie? No, może z jednym wyjątkiem. Nie wyobrażam sobie bowiem, by komukolwiek pozwoliła ingerować w menu gospodyni lunchu w ogrodach rezydencji w Chobielinie: Anne Applebaum – „a Pulitzer Prize-winning historian, New York Times bestselling author and one of the world’s leading voices on Eastern European history and politics”, jak informuje nas rzeczowa oferta biura.

Przeczytaj również: Pimko Invictus – felieton Wojciecha Stanisławskiego

Nie da się ukryć, że ten ton grandilokwencji jest w opisie Poland Grand Tour obecny w stopniu wysokim. Nie tylko Lech Wałęsa określony został jako „ktoś, kto zmienił kształt współczesnego świata” (czy ktoś temu zaprzeczy?). Magda Gessler, „beloved star”, gości na co dzień przywódców współczesnego świata i najwspanialszych artystów (a, jeśli zdecydujemy się ruszyć na szlak w czerwcu 2026 – również nas!), Anne Applebaum to z kolei jeden z najwybitniejszych umysłów współczesności („one of the sharpest minds”), pałace są majestatyczne, apartamenty epatują wyrafinowanym luksusem, obiecywane połączenie historii i wykwintu jest zaś po prostu doskonałe.

Nic zresztą nowego w takim przedstawianiu dóbr tej ziemi – wiemy przecież, co najmniej od XII wieku, że przyszło nam żyć w krainie, gdzie „zdrowe powietrze, żyzna rola, las miodopłynny, rybna woda, bitni wojacy, pracowici sielanie, konie wytrwałe, robocze woły, mleczne krowy i owce wełniste” (by przytoczyć „Kronikę Polską” w niezapomnianym przekładzie Zygmunta Komarnickiego). Że jednak odeszliśmy, niestety, już dawno od Gallowych wzorów, nie zabrakło wśród czytelników informacji o History Explorers ludzi o usposobieniu sceptycznym, by nie rzec drwiącym. Ludzi, którzy w trasie łączącej starówki warszawską i gdańską, Oliwę i Westerplatte, Toruń i Książ oraz najkoszmarniejszą zbitkę bliźniaczych lokalizacji, jaką można sobie wyobrazić, czyli Auschwitz-Wieliczkę byli w stanie dostrzec jedynie nagromadzenie obiegowych uroków niczym z dawnego katalogu Orbisu. Ba, ludzi, którzy wymownie wznosili oczy do nieba, słysząc o „striangulowaniu” potencjału ludzkiego Rzeczypospolitej w taki sposób, by jej przeszłość, teraźniejszość, wielkość i wyzwania objaśniali, w porządku chronologicznym, Magdalena Gessler, Lech Wałęsa i Anne Applebaum.

Co do mnie, nie zamierzam dołączać do grona tych cierpkich komentatorów. Nikt zresztą, choćby nie wiem jak się starał, nie jest w stanie uczynić z legendą i sławą Lecha Wałęsy nic więcej, niż uczynił to już sam Lech Wałęsa. Chęć pani Gessler, by uraczyć jak najwięcej przybyszów – cytuję z menu U Fukiera – „najlepszym carpaccio z buraka z kozim serem w Warszawie w winegrecie koperkowym” – czyni jej tylko zaszczyt jako szafarce dóbr stołu. A i goście Chobielina na pewno skorzystają na wyważonych i bezstronnych opiniach gospodyni; jedyne, o co się martwię, to czy trawniki i obrusy objęte zostaną wystarczająco czujną ochroną kontrwywiadowczą.

Nie, nie zamierzam podśmiewać się z Grand Tour Poland za 12.985 USD (z dodatkową opcją Sandomierza & Zamościa lub Pienin i Morskiego Oka za 3.985 USD) w jego obecnej formule. Jestem natomiast pod wrażeniem tego, że staliśmy się świadkami sprowadzenia do Polski nowego, nieznanego chyba dotychczas formatu – i zastanawiam się nad tym, jak potężny kryje on potencjał.

Przeczytaj również: Czytelnia publiczna – recenzje Wojciecha Stanisławskiego

W szerokim świecie, owszem, słyszało się już o podobnych rozwiązaniach: zubożali lordowie angielscy od co najmniej stu lat podejmują gości w wybranych skrzydłach rezydencji, wycieczkom autokarowym krążącym po Hollywood obiecuje się (bez gwarancji, lecz czemuś zawsze się to udaje) możliwość spotkania na kawie któregoś z aktorów „Słonecznego Patrolu”, a przeprowadzka Madonny do Lizbony w roku 2017 okazała się naprawdę poważnym wsparciem dla portugalskiego budżetu. W tej sytuacji w odpowiednio zaradnych marketingowo dłoniach pojedynczy, błyskotliwy pomysł ma szanse dać początek całej, stale rosnącej serii formatów i rozwiązań, podobnie, jak dzieje się to z Colą i klockami Lego. Można by wręcz, porządkując świat systematycznie niczym Spinoza, zaproponować co najmniej cztery zmienne: intensywności, personaliów, barwy i kształtu.

Kwestia intensywności jest najprostsza, intuicyjnie niejako zrozumiała. Obecna formuła Grand Tour Poland zakłada wieczór w restauracji Magdy Gessler, wykład Lecha Wałęsy połączony z sesją pytań w ECS oraz oprowadzanie po Chobielinie, z możliwością odwiedzenia „imponującej biblioteki oraz wnętrz, w których Applebaum pisała swe cieszące się międzynarodowym uznaniem książki” (po wnętrzu na książkę?) i lunchem. Nietrudno wyobrazić sobie wariant economic class (U Fukiera – herbata i ptifurki, dwa pytania do Lecha Wałęsy oraz krótka, serdeczna rozmowa w bramie wjazdowej do Chobielina), prawdziwą uciechą dla wyobraźni jest jednak myśl o pogłębieniu formuły. Na przykład – wykład Magdy Gessler połączony z praktykami na zmywaku u Fukiera, lunch i długa prywatna rozmowa z Lechem Wałęsą oraz gotowanie i koszenie trawników z Anną Applebaum.

Znacznie ciekawsza byłaby zmiana personaliów. Można się spodziewać, że obowiązki publiczne nie zawsze pozwolą trójce cicerones na postawienie się do dyspozycji gości (na przyszły rok przewidziano tylko cztery wyprawy). Co począć z rzeszami przybyszów ze świata, ciekawych Polski w nowej odsłonie? Rozwiązaniem może być rozszerzenie palety personalnej: nie chcę wchodzić w rolę inicjatorów Grand Tours i wymieniać konkretnych nazwisk, tym bardziej bez uzgodnień, przekonany jednak jestem, że wśród sympatyków i filarów obecnej koalicji rządzącej uda się znaleźć niejedną charyzmatyczną restauratorkę, intelektualistkę i lidera.

Kolejna decyzja będzie bez wątpienia odważna – ale też dająca ogromną szansę na dywersyfikację. Nie wątpię, że twórca History Explorer, gdyński – jak przedstawia się na LinkedIn - biznesmen i pasjonat podróży posiada nie tylko przekonania, lecz i koneksje, dzięki którym może zaoferować gościom ze świata tak VIP-owskie doświadczenia. Jeśli jednak zdoła się wznieść ponad przekonania w imię poszerzania horyzontów gości – proszę, pomyślmy jak wiele pod względem restauracyjnym i intelektualnym zaproponować może każde z dzisiejszych ugrupowań parlamentarnych! Przyznam, że konstruowanie tego rodzaju dream teams wydaje mi się bardziej nawet smakowite niż „kołduny litewskie w zabaglione lubczykowym” (też Fukier).

A przecież czeka nas jeszcze możliwość zmiany kształtu Grand Tour. Kto powiedział, że mamy się ograniczać do zamków, Biskupina, kolacji i polityki? Janusz Lewandowski z pewnością da się namówić do oprowadzenia gości po zakamarkach Ursusa, Łodzi i Bytomia: może to być najbardziej ekstremalny urbex, jakiego doświadczą. Po Muzeum Sztuki Nowoczesnej przewodnikiem będzie im Joanna Mytkowska, po katedrze wawelskiej – Anda Rottenberg. W Teatrze Rozmaitości obejrzeć mogą „Siedem historii okrutnych”, w redakcji na Czerskiej zaprojektować czołówkę weekendowego wydania, z Agnieszką Holland pojechać na granicę z Białorusią. Jeśli zaś jeszcze dodamy do tego możliwość udziału w rekonstrukcjach historycznych (zamiast opatrzonych już trochę potyczek, w których i tak nikt nie chce być bolszewikiem ani Niemcem – inscenizowanie kolejnych inicjatyw ministra Żurka) – jestem przekonany, że Polska również w dziedzinie VIP-turystyki stanie się potentatem.

Wojciech Stanisławski 

Przeczytaj również: Felietony Wojciecha Stanisławskiego z cyklu „Barwy kampanii”

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

05 znak uproszczony kolor biale tlo RGB 01