Nawet w czasach urodzonego w 1791, a zmarłego w 1866 Rzewuskiego, to jest w wieku XIX, choć można było mieć zasadne na poziomie intelektualnym wątpliwości, czy Polska jako niepodległy naród kiedykolwiek jeszcze powstanie, również czysto racjonalnie nie można było takiej możliwości wykluczyć – pisze Konrad Wyszkowski w „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Kazimierz I. Restytucja politycznego ładu”.
„Formą żywotną narodu polskiego była federacja szlachty posiadającej zbiorowe pełnowładztwo, którego cząstkę zawierzała dożywotnio obranemu królowi, bez wyzucia się jednak z najobszerniejszej jego części, a tę część sprawowała przez siebie w porządku zwyczajnym, w czasie elekcji królów i na sejmikach relacyjnych i wyborczych, a niekiedy nadzwyczajnie zawiązując konfederacje, czyli opór legalny władzom konstytucyjnym…. Że była żywotną, tego dowód oczywisty w tym, że kiedy naród od niej odrzekł się uroczyście, w kilka chwil potem z rzędu żyjących został wymazany”[1].
W przytoczonym cytacie zawierają się dwie tezy pojawiające się w różnych pismach filozoficznych wybitnego beletrysty, Henryka Rzewuskiego: Polska nieodwracalnie zniknęła; jej zniknięcie było śmiercią w znaczeniu organicznym, podobnym, jeśli nie tożsamym do śmierci pojedynczego organizmu badanego przez biologię albo medycynę wraz z weterynarią. Oba ta twierdzenia uderzają swoją krańcowością, a także ekscentrycznością, jeśli nie ekstrawagancją. Pierwsze, gdyż nawet w czasach urodzonego w 1791, a zmarłego w 1866 Rzewuskiego, to jest w wieku XIX, choć można było mieć zasadne na poziomie intelektualnym wątpliwości, czy Polska jako niepodległy naród kiedykolwiek jeszcze powstanie, również czysto racjonalnie nie można było takiej możliwości wykluczyć. Pomijając paradoksalnie najbardziej pesymistyczny z perspektywy niezależnych polskich struktur politycznych okres od trzeciego rozbioru w 1795 do powstania Księstwa Warszawskiego w 1807, przez cały wiek XIX istniały jakieś, także czysto administracyjne zaczątki ewentualnej przyszłej polskiej państwowości, jak w szczególności powstałe po kongresie wiedeńskim Wielkie Księstwo Poznańskie, Królestwo Polskie (Kongresówka) oraz Rzeczpospolita Krakowska zmieniona później w Wielkie Księstwo Krakowskie, a także po dyplomie październikowym (1860) autonomia Galicji i Lodomerii.
Niemniej rażące jest rozszerzenie organicznej metafory (względnie organicznego pojęcia) narodu na jej zwykle niewybrzmiewające konsekwencje geriatryczne i tanatologiczne. Rzecz jasna, już chociażby Thomas Hobbes nazwał państwo lub naród „bogiem śmiertelnym” – w odróżnieniu od nieśmiertelnego Boga – jednak rzadko kiedy, jeśli w ogóle, śmiertelność tę rozumiano jako nieodwracalną utratę możliwości egzystencji. Państwo czy naród winno funkcjonować jak organizm, musi wręcz funkcjonować jak organizm, zgodzi się większość myślicieli politycznych na przestrzeni wieków, ma swoje okresu rozwoju, dojrzałości i uwiądu, ale w przeciwieństwie do pojedynczego organizmu, zwłaszcza zwierzęcego, nie może w jakiś ostateczny sposób zniknąć. Naturalnie, można uznać Rzewuskiego za pioniera koncepcji ludobójstwa (choć w wersji samobójczej, czyli niesankcjonowanej przez prawo międzynarodowe), jednak nadal wnioskowanie z poprawności atrybucji do narodu metafory bądź pojęcia organizmu o możliwości nieodwracalnej śmierci podmiotu zbiorowego pozostanie czymś niecodziennym i uderzającym.
Wrażenia te wzmocni fakt, że kiedy Rzewuski bierze na warsztat samo pojęcie narodu podważa oczywiste dla nas mniemanie, iż kiedykolwiek istniał naród polski. „Wyznawszy szczerze (bo przedewszystkim trzeba być prawdziwym, ile że obłuda na nic się nie przyda), nigdy nie było narodu Polskiego w tém znaczeniu, jakie dziś przyznają temu wyrazowi”[2]. „Polska pod względem moralnym nie była narodem ale kastą władnącą, od wszystkich innych różniąca się. Im żywotniejsze były w Europie wyobrażenia kastowe, arystokratyczne, tym potężniejsza musiała być Polska, która najszczytniéj te wyobrażenia wyrażała w swojém stowarzyszeniu. Skoro te wyobrażenia od czasu reformacyi religijnéj omdlewać zaczęły, potęga Polski tajać musiała. Aż nakoniec współcześnie z tryumfami demokracji runęła z niewypowiedzianą łatwością. Bo idea, która jéj służyła za podstawę, już z niéj się była ulotniła”[3].
Polska – rozumiana jako naród polski względnie jako narodowe państwo (nation-state)[4] Polaków – nigdy nie istniała. Nie było żadnego „wymazania z mapy Europy” czy „świata”. Słowo „Polak” oznaczało, jeśli kogokolwiek, szlachcica. W tym kontekście zupełnie serio zabrzmi persyflaż propagandy sowieckiej autorstwa Jacka Kaczmarskiego: „Już wolny Żyd i Białorusin, / Już nigdy więcej polska ręka / Ich do niczego nie przymusi” (Ballada wrześniowa).
Wciąż jednak coś musiało umrzeć, coś, co wydaje z siebie ostatnie tchnienie literatury narodowej (w szerokim sensie Maurycego Mochnackiego) i co jest rozkładane przez robaki w postaci działaczy niepodległościowych. „Tak jak zwykle chory, przed samym skonaniem, okazuje jakieś dziwne przejawy życia, które przecież biegłego lekarza płonną nadzieją nie omamią, tak i duch konającego narodu jeszcze czas jakiś ściśnie się w umysłach kilku znakomitych mężów, aby starą synagogę ze czcią pogrzebać… Wybucha raptownie, jakby jakimś cudem, bogata, różnobarwna literatura; literatura bez miłości dla położenia obecnego, bez nadziei w przyszłość, sięgająca jakichś dawnych pamiątek, dawnych podań, wszystkiego tego, co już nie jest, i ożywiająca to wszystko jakimś sztucznym żywotem… Co się zaś tyczy rozkładu fizycznego, tu ciało społeczne ma jeszcze więcej wspólnego z ciałem indywidualnym; i w nim także robactwo coraz obrzydliwsze toczy szczątki, opuszczone przez ten boski ogień, który im dawał jednolitość, ruch, żywot. Tym robactwem są pokątne stowarzyszenia, chcące na próżno zatrzymać ten żywot społeczny, ulotniony z dostojnego ciała”[5]. Nie umarł naród. Umarła unikalna wspólnota, która żyła obok narodów, ale sama jednym spośród nich nie była.
Poopowiadaliśmy sobie różne baśnie, można na to wszystko odrzec, w każdym razie wiemy przecież, że Polska zmartwychwstała. Najpierw w 1918 roku, dzięki czemu mógł już w cytowanej pieśni zaśpiewać Kaczmarski „już starty z map wersalski bękart”, następnie odradzała się powoli od roku 1944. Jest też naród polski, o wiele, co najmniej czterokrotnie, większy niż dziesięć milionów, na które obliczał jego stan osobowy jeszcze Karol Libelt w połowie XIX wieku. Czyż więc cała krótko wyżej streszczona narracja Rzewuskiego nie jest urojeniem?
„Przodkowie moi byli szlachtą polską: stąd to posiadam we krwi wiele instynktów rasowych, kto wie? może nawet liberum veto?”[6] – brzmi fragment sławnej, przynajmniej w Polsce, wypowiedzi Nietzschego. Szczycimy się tą i wieloma innymi autoidentyfikacjami, być może zresztą niepozbawionymi podstaw, jednego z największych filozofów wszechczasów. Czy jednak w ogóle na nie zasłużyliśmy? Czy istotnie Nietzsche pisał o tej Polsce, z którą my się identyfikujemy, czy może jednak o tej, z którą identyfikował się Rzewuski? A jeśli z tą drugą, czy istotnie rzeczywistość, którą my, Polacy, tworzymy dziś jest godna nazwy „Polska”?
„Przodkowie nasi pragnęli spolszczyć te obce zaludnienia, które podgarnęli byli pod swoje władztwo, bo czuli dobrze, że lubo siebie nazywali narodem, rzeczywiście składali tylko kastę, a dopiero przepolszczeniem, czyli uszlachceniem gminu zostaliby narodem… Że była dążność do uszlachcenia stopniami całego narodu, o tém przekonywa rozważne czytanie praw polskich i uwagi dziejopisarzów współczesnych”[7]. „Wnuk neofity, lub innego plebejusza uszlachconego mógł z pewną dumną powiedzieć o sobie: »szlachcic na zagrodzie, równy wojewodzie« bo rzeczywiście był jemu równy. Polska więc przez szlachectwo rozpowszechniała się… Niebyło ku temu skuteczniejszego środka, jak wszelkimi sposobami mnożyć małe właścicielstwa, które były jakoby apostolstwem polityczném”[8].
Polska może być tylko jednym spośród wielu narodów żyjących między innymi narodami i przepychających się z nimi łokciami w różnorakich wyścigach o najwyższe pozycje w międzynarodowych rankingach. Jeśli chcemy mieć królów jak inne narody (1 Sm 8: 5), nie powinniśmy się jednak krzywić na diagnozę Rzewuskiego.
Konrad Wyszkowski
Przypisy:
[1] H. Rzewuski, Próbki historyczne, w: tenże, O cywilizacji, władzy i prawach polskich. Wybór pism, Kraków 2023, s. 27.
[2] Autor Listopada (H. Rzewuski), O dawnych i teraźniejszych prawach polskich słów kilka, Kraków 1855, s. 123.
[3] Tamże, s. 125 i n.
[4] Polska kategoria „państwa narodowego” wciąż waha się w dyskursie publicznym między znaczeniem politologicznym (nation-state) a politycznym (państwa nacjonalistycznego w specyficznie polskim tego słowa znaczeniu, według którego nacjonalizm jest różny od patriotyzmu i opiera się na dyskryminacji ludzi o innym pochodzeniu w sensie czysto biologicznym). Według definicji encyklopedii Britannica (wyd. internetowe, niepaginowane, hasło „nation-state”, opublikowane 19 marca 2026, autorstwa Y. Feinsteina) definicja „nation-state” brzmi: „ograniczona terytorialnie suwerenna jednostka polityczna – tj. państwo – która jest rządzona w imieniu wspólnoty obywateli, którzy identyfikują się jako naród” („a territorially bounded sovereign polity—i.e., a state—that is ruled in the name of a community of citizens who identify themselves as a nation”). Dla „państwa narodowego” w sensie politologicznym ius sanguinis jest opcją; w sensie politycznym – koniecznością.
[5] H. Rzewuski, Mieszaniny obyczajowe, t. 1, w: tenże, Wędrówki umysłowe. Mieszaniny obyczajowe, Kraków 2010, s. 405 i n. Poniżej pozwolę sobie przytoczyć ten niezwykle ciekawy fragment in extenso: „skoro śmierć rzeczywista przyjdzie na… ciało zbiorowe, natenczas dusza narodu nie przenosi się do wieczności, jak dusza człowieka pojedynczego, bo dla narodów nie ma wieczności; ale ulatniając się z ciała społecznego, uświetnia swój zgon ostatnim zjawiskiem, oderwanym już jednak od życia społecznego. Tak jak zwykle chory, przed samym skonaniem, okazuje jakieś dziwne przejawy życia, które przecież biegłego lekarza płonną nadzieją nie omamią, tak i duch konającego narodu jeszcze czas jakiś ściśnie się w umysłach kilku znakomitych mężów, aby starą synagogę ze czcią pogrzebać. Ci mężowie, bez istotnych związków ze społecznością, nad którą się wznieśli, nawet niewiele przez nią miłowani, nie mniej się od niej odosobniają, z siebie samych snując tę przędzę intelektualną, której osnowy w społeczności znaleźć nie mogą. Wybucha raptownie, jakby jakimś cudem, bogata, różnobarwna literatura; literatura bez miłości dla położenia obecnego, bez nadziei w przyszłość, sięgająca jakichś dawnych pamiątek, dawnych podań, wszystkiego tego, co już nie jest, i ożywiająca to wszystko jakimś sztucznym żywotem. Rzecz dziwna, ten utwór różnorodnych pomysłów, bez ich ścierania się ze sobą, bez hartu opinii publicznej, bądź skrzywionej, bądź nawet nie istniejącej, ukazuje jednak w sobie coś jednolitego, jakieś poetyzowanie żalu, smutku, złowieszczego przeczucia. Jednym słowem, jest to dzieło pogrobowe ducha narodowego, ostatnie jego wysilenie; po czym, gdy on się ulotni, nastąpi milczenie – nim wszedłszy w skład obcych mu dotąd żywiołów intelektualnych, znowu nie przemówi, ale już językiem innym; a jego język rodzimy, przybrawszy swoją ostateczną formę, w niej się skrystalizuje i stanie obok sanskryckiego, greckiego, celtyckiego, rzymskiego, którymi także oddawały myśli swoje społeczeństwa żywotne, a które już dziś są tylko pomnikami. Co się zaś tyczy rozkładu fizycznego, tu ciało społeczne ma jeszcze więcej wspólnego z ciałem indywidualnym; i w nim także robactwo coraz obrzydliwsze toczy szczątki, opuszczone przez ten boski ogień, który im dawał jednolitość, ruch, żywot. Tym robactwem są pokątne stowarzyszenia, chcące na próżno zatrzymać ten żywot społeczny, ulotniony z dostojnego ciała. Z początku to robactwo będzie bardziej foremne, bo wylęgłe w świeższym opuszczeniu organizmu. Ale w następnych jego formacjach, ród po rodzie, coraz więcej się każąc, dojdzie do ostatecznych krańców obrzydliwości. Będą z początku Filarety, Promieniści, potem związki patriotyczne, Kosoniery, Templariusze, a na koniec Skórkowi i Baragoli, których nazwy najlepiej wyrażają cele i dążności: pierwsze miano jest godłem bydlęcia, drugie posługacza żydowskiego; już bardziej zniżyć się nie można” (tamże). Nazwy tych grup tłumaczą autorki wstępu i przypisów, Iwona Węgrzyn i Katarzyna Węglarczyk: zob. tamże, s. XXXIV, przyp. 35, s. 161, przyp. 148, s. 571, przyp. 5, i s. 574, przyp. 25.
[6] F. Nietzsche, Ecce homo. Jak się staje – kim się jest, przeł. L. Staff, Warszawa-Kraków 1912, s. 12 i n.
[7] Autor Listopada (H. Rzewuski), O dawnych…, s. 127.
[8] Tamże, s. 131.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury