Każda encyklopedia obarczona jest pewną fundamentalną niedoskonałością. Nie ogarnia wszystkiego. Daje nam złudzenie kompletności, ale dziś już mało kto daje się zwieść tej ułudzie. Encyklopedia była zawsze jedną z rękojmi spójności świata dla umysłów jego mieszkańców. Jak ma więc przetrwać w świecie, który się rozpada? – pisze Paweł Majewski w „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Izydor z Sewilli. Res publica christiana”.
Twórczość Izydora z Sewilli, a zwłaszcza Etymologie, których pełny polski przekład właśnie otrzymujemy (tom pierwszy ukazał się w zeszłym roku, drugi zapowiadany jest na ten rok), to jeden z najważniejszych łączników między światem antyku śródziemnomorskiego a światem europejskiego średniowiecza. Jest to łącznik tekstowy, czyli taki, który przekazując zasób słów i znaczeń, jednocześnie dostarcza dla nich pewnej określonej przez autora interpretacji. Chyląca się ku upadkowi antyczna kultura intelektualna podążała kilkoma drogami. Jedną z nich poszli neoplatonicy, poddający dziedzictwo filozofii klasycznej silnym przemianom w duchu mistycyzmu, magii i synkretyzmu religijnego. Można wątpić, czy Platon łatwo zobaczyłby własne myśli w komentarzach, które napisał Proklos do jego dialogów w osiem stuleci po jego śmierci. Autorzy antyczni zapewne nie bez trudu rozpoznaliby ślady swojej twórczości również w Etymologiach, mimo że Izydor, próbując ocalić dziedzictwo przeszłych epok, podążył w zupełnie innym kierunku niż mistycyzujący filozofowie późnego pogaństwa. Starał się on rozumieć słowa, pojęcia i terminy sprzed wieków jak najdokładniej i jak najbardziej zgodnie z ich pierwotnymi znaczeniami – oczywiście na tyle, na ile pozwalała mu jego religia. Nie mając jednak – podobnie jak i Proklos – dostępu do ich pierwotnych kontekstów, dochodził do ich zrozumienia za pomocą rozbudowanej procedury etymologizowania. Dzięki tej metodzie, zamiast rozmytego pojęciowo mistycyzmu w jego dziele znajduje się zbiór starannie uporządkowanych informacji, chociaż ich porządek słabo rezonuje z umysłowością ludzi z późniejszych epok.
Idea stworzenia encyklopedii, której Izydorowe Etymologie są wczesną realizacją, należy do najbardziej ambitnych i rozległych przedsięwzięć w dziejach cywilizacji zachodniej. „Encyklopedia” miała być kompletnym obrazem świata w słowach, zamkniętym w ramach jednej książki lub zestawu książek, tak aby dawać swoim czytelnikom poczucie, że mając ją w zasięgu, mogą czuć się zabezpieczeni przed chaotycznością tego świata. Co więcej, mogą też, wertując ją, poczuć się w pewien sposób obserwatorami całego świata – nie tylko przez odczytywanie haseł, ale też przez oglądanie ilustracji, tabel poglądowych, rycin, schematów i spisów, które w każdej nowoczesnej encyklopedii zajmują sporą cześć jej objętości, wzmacniając wrażenie, że wszechogarniająca wizja powszechnej wiedzy zostaje oto urzeczywistniona na naszych oczach.
W historii encyklopedii dają się wyodrębnić przynajmniej dwa główne etapy. Do końca epok przednowożytnych była ona konstruowana według rozmaitych klasyfikacji i kategorii pojęciowych, których wadą było zawsze to, że nie były kompletne. Żadna z nich nie ogarniała całości zjawisk i rzeczy. W żadnej nie można było uniknąć powtórzeń, sprzeczności i niekonsekwencji. Dla dawnych encyklopedystów był to problem niemożliwy do usunięcia, a w XVII wieku, ostatnim, w którym podejmowano takie projekty, nastąpił wysyp koncepcji mających rozwiązać ten problem. Głównym rezultatem okazało się jednak uświadomienie sobie przez ówczesnych myślicieli, że porządek słów nie jest zbieżny z porządkiem rzeczy, przynajmniej jeśli oba rozpatruje się z ludzkiego punktu widzenia.
Między innymi to fiasko encyklopedii-katalogu sprawiło, że wszystkie nowoczesne encyklopedie, począwszy od tej, którą stworzyli francuscy oświeceniowcy, mają układ alfabetyczny. Zamiast obmyślać wciąż na nowo klasyfikacje dziedzin wiedzy, z których każda okazywała się niedostateczna, zdano się na porządek znacznie bardziej fundamentalny, a zarazem na pewno, bo z konieczności, kompletny – porządek liter alfabetu, którego nie da się zmienić, bo nie zależy on od czyjegokolwiek osobistego punktu widzenia i jest zawsze taki sam. Najbardziej oczywista cecha nowoczesnej encyklopedii – jej układ „od A do Z” – jest niczym innym jak jedynym możliwym rozwiązaniem kwestii porządku świata oglądanego i pojmowanego przez ludzki umysł.
Ale czy na pewno rozwiązaniem? Każdy, kto choć raz, choćby dla żartu, zaczął czytać hasła w encyklopedii jedno po drugim, odczuł chyba, że ich kolejność jest zupełnie przypadkowa. Co mają do siebie „kamaryla”, „Kamasutra” i „kamasz”? Otóż nic. Jedynym, co łączy te pojęcia, jest fakt, że w języku polskim ich nazwy zaczynają się tym samym szeregiem liter. Ceną za odejście od utopii uniwersalnej klasyfikacji jest więc zgoda na całkowitą dowolność zestawiania atomów znaczenia, z których składa się encyklopedia – jako że w pismach alfabetycznych litery nie mają żadnego związku ze znaczeniami tworzonych z nich słów.
W tym chaotycznym porządku tkwi jednak praktyczna użyteczność encyklopedii (jeśli tylko wiadomo, jakiego słowa się w niej szuka, jego znalezienie jest dziecinnie proste), a także jej specyficzny czar, jeśli pozwolimy sobie zapuścić się w jej odmęty. Aby osiągnąć ten efekt, encyklopedyści przeszli do porządku dziennego nad utratą „wielkiego planu”, na którym opierali się ich poprzednicy (wśród nich Izydor) i przyjęli bez oporów nie tylko to, że na początku świata zencyklopedyzowanego znajduje się litera „a” (co można jeszcze od biedy skojarzyć z mistyką kabalistyczną), ale i to, że zaraz po niej figuruje na przykład mrównik (po angielsku „aardvark”). W XIX i XX wieku encyklopedia święciła triumfy. Była zarówno pomnikiem wiedzy ludzkiej i cywilizacji przemysłowej, jak i narzędziem budowania statusu dla przedstawicieli klas umysłowych w nowoczesnych społeczeństwach. „Britannica”, „Larousse” czy „Brockhaus” stały się hasłami rozpoznawalnymi tak, jak dziś „Facebook” czy „Instagram”.
Ale wszystko, co ma początek, musi mieć kres. Kiedy w drugiej połowie ubiegłego wieku zaczęły się chwiać fundamenty, na których zbudowano potęgę nowoczesnej cywilizacji zachodniej, zauważono, że encyklopedia jest niedemokratyczna i wykluczająca, że jej uniwersalność to pozór, że siatki jej haseł konstruowane są przez elitarne gremia intelektualne, które faworyzują określone pola dziedzinowe i tematyczne, a inne marginalizują lub pomijają, że – krótko mówiąc – jest to jedno z narzędzi powielania i utrwalania hegemonii kulturowej elit. W istocie, idea encyklopedii tworzonej oddolnie wydaje się wewnętrznie sprzeczna – aby zbudować bardzo duży gmach ze słów, potrzebna jest jakaś centrala koncepcyjna i kierująca.
A jednak taka oddolna encyklopedia powstała. Kiedy wybuchła rewolucja mediów cyfrowych, jednym z pierwszych szeroko zakrojonych projektów, które zaczęto realizować w internecie, była Wikipedia, „wolna encyklopedia”, jak brzmi jej oficjalna nazwa. Z początku wyśmiewana i lekceważona, od początku narażona na wiele ryzyk nieznanych jej papierowym starszym siostrom – od prostych błędów faktograficznych i językowych po rozległe manipulacje ideologiczne i lobbing grup interesu – weszła na stałe do zasobu narzędzi codziennej pracy chyba każdego, kto zajmuje się działalnością intelektualną. Czasy, kiedy w celu sprawdzenia najdrobniejszego fakciku, jeżeli nie miało się odpowiednego reference work pod ręką, trzeba było wybrać się do biblioteki publicznej, to już zamierzchła przeszłość. Zaś wielotomowe encyklopedie, które jeszcze na początku naszego wieku, były ozdobą inteligenckich księgozbiorów, walają się na wyprzedażach u bukinistów. Smutny to koniec pięknej idei.
Ale każda encyklopedia – od Etymologii Izydora (i ich poprzedniczki, Historii naturalnej Pliniusza) przez dziewiętnastowieczne Laroussy i Brockhausy aż po dzisiejszą Wikipedię z jej wadami i zaletami – obarczona jest pewną fundamentalną niedoskonałością. Nie ogarnia wszystkiego. Daje nam złudzenie kompletności, ale dziś już mało kto daje się zwieść tej ułudzie. Encyklopedia była zawsze jedną z rękojmi spójności świata dla umysłów jego mieszkańców. Jak ma więc przetrwać w świecie, który się rozpada?
prof. Paweł Majewski
fot. Diliff / WikiCommons (lic.)